Wydanie: MWM 02/2014

Oddanie sprawiedliwości muzyce

Magdalena Łoś o Philippe’ie Herreweghe
Article_more
U Herreweghe nie ma miejsca na szpetotę, brud, zgrzyt, zniekształcenie, które mogą być – i wielu to udowodniło – bardzo istotnym środkiem wyrazu. Dziękuję mu za bachowskie chóry i – z powodów estetyczno-ideologicznych – za pojedynczą obsadę wokalną.

Początek lat dziewięćdziesiątych był dla mnie niezwykłym czasem regularnych spotkań z Philippe’em Herreweghe. Dyrygent występował wówczas co roku w S1. Wykonywał dzieła Johanna Sebastiana Bacha: Magnificat, wybrane kantaty, a w 1995 roku – wszystkie msze podczas trzydniowego festiwalu zorganizowanego przez Polskie Radio. W ramach tego bachowskiego triduum można było nie tylko słuchać koncertów, lecz także brać udział w otwartych dla publiczności próbach i spotkaniach z artystą. Dowiedziałam się wówczas, że nie ma głupich pytań, jeżeli udzielane są mądre odpowiedzi. Podczas prób zaś przekonałam się, że w muzyce Bacha nic nie jest przypadkowe – Herreweghe dowodził, że każdy Bachowski motyw wynika ze słowa, nawet jeśli jest to motyw czysto instrumentalny.

Tak więc mój Herreweghe to Collegium Vocale z lat dziewięćdziesiątych; to Sirkka-Liisa Kaakinen – niezapomniana wykonawczyni partii koncertujących skrzypiec i przez dekadę koncertmistrzyni zespołu; to oboista, Marcel Ponseele i pierwsza wiolonczelistka Ageet Zweistra, która wnosiła wiele życia i energii do tych pięknych, spokojnych interpretacji; to wreszcie zawsze obecny bas, Peter Kooy. 

Bach Herreweghe to Bach bez kontrastów, bez osobistego rysu, bez próby tłumaczenia muzyki baroku na język naszych współczesnych emocji. W tych wykonaniach zawsze chodziło przede wszystkim o oddanie sprawiedliwości samej muzyce, wnikliwe odczytanie kontrapunktycznej struktury i pokazanie całości czytelnie. U Herreweghe nie ma miejsca na szpetotę, brud, zgrzyt, zniekształcenie, które mogą być – i wielu to udowodniło – bardzo istotnym środkiem wyrazu. Dziękuję mu za bachowskie chóry i – z powodów estetyczno-ideologicznych – za pojedynczą obsadę wokalną. Jestem mu również wdzięczna za dawne nagrania motetów Josquina des Prés oraz responsoriów Gesualda. Te drugie są doskonałym, „laboratoryjnym” dowodem na to, że emocje i ekspresja nie muszą być siłą napędową muzyki.

Długo myślałam nad opinią Stefana Riegera, który uważa, że Herreweghe interpretuje Bacha jak Palestrinę. Przyznaję mu rację. Jeżeli Palestrina miał być wyrazicielem uniwersalnej myśli i powszechnego języka Kościoła katolickiego, to muzyka Bacha w wykonaniu belgijskiego dyrygenta wyraża uniwersalne piękno świata oglądanego przez szybę; świata, w którym nie ma indywidualnych rozterek, rozpaczy i dramatu.


Magdalena Łoś, dziennikarka Redakcji Muzycznej Programu 2 Polskiego Radia


Notował Piotr Matwiejczuk