Wydanie: MWM 02/2014

Zmysły przegnane

Stefan Rieger o Philippe'ie Herreweghe
Szkopuł w tym, że Herreweghe w istocie brzydzi się ekspresją: jak wszyscy producenci letniej, estetyzującej zupki z flamandzkiej szkoły barokowej nasz psychiatra-dyrygent brzydzi się wszystkim, co ma jakikolwiek wyraz, by nie ująć tego bardziej niecenzuralnie…

Szkoda, że w konflikcie między Bachem a jego konserwatywnymi zwierzchnikami [Herreweghe] wydaje się stawać po stronie tych ostatnich. Stępia wszelkie efekty dramatyczne, pacyfikuje recitativy i wygładza turbae, aby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że tłuszcza może być wściekła, złośliwa lub okrutna. To zresztą żadna nowość: Herreweghe od lat powtarza, że brzydzi się operą. Nie byłby to jeszcze grzech: ja też się brzydzę – wyłączając Mozarta, Haendla i w jakimś sensie Bacha, gdzie muzyka nie jest pretekstem dla teatru (jak u Włochów), lecz teatr pretekstem dla muzyki. Szkopuł w tym, że Herreweghe w istocie brzydzi się ekspresją: jak wszyscy producenci letniej, estetyzującej zupki z flamandzkiej szkoły barokowej nasz psychiatra-dyrygent brzydzi się wszystkim, co ma jakikolwiek wyraz, by nie ująć tego bardziej niecenzuralnie… Otóż u Bacha, ojca ponad dwadzieściorga dzieci, obdarzonego w dodatku charakterem (w dobrym tego słowa znaczeniu) – owa siermiężność, brutalność, silna charakteryzacja, dosadna artykulacja, a nade wszystko ekspresyjność linii basu, dyktującej frazowanie w innych rejestrach (Bach, największy z organistów, „myślał nogami”) – są moim zdaniem absolutnie nieodzowne.

Philippe Herreweghe zadbał o to, by z Bachowskiej świątyni przegnać wszelkie zmysły. Uniknijmy nieporozumień: kiedy mówię o „zmysłach”, nie mam na myśli jakichkolwiek naturalistycznych skojarzeń, lecz wyłącznie czystą muzykę, zdolną wchłonąć, przetrawić, wysublimować – słowem: przełożyć na własny, nieprzetłumaczalny język wszystkie żywioły, uczucia, sztuki i języki. […] gdy mówię o „zmysłach”, mam w istocie na myśli artykulację, prowadzenie basu, dynamikę, akcenty, sposób frazowania… […] Nikolaus Harnoncourt pisał kiedyś, że muzyka przed rokiem 1800 „mówi”, a po roku 1800 „maluje”. Herreweghe byłby zatem malarzem, jak Mendelssohn rekreujący Pasję Mateuszową w 1829 roku – tyle że bez jego geniuszu. Nie zgadzam się nawet z tymi, którzy widzą w nim świetnego „szefa chóru”. Chyba żebyśmy przyjęli, że chór ma śpiewać wyłącznie samogłoski, a starannie unikać spółgłosek. Wszystko legato, a nic broń Boże marcato. Tylko od czego wówczas się odbić, jak nadać frazie dynamikę, jak ukazać relief kontrapunktu?

 

Stefan Rieger, dziennikarz i krytyk muzyczny, autor książki Glenn Gould, czyli sztuka fugi


(Fragment tekstu „Letnia Pasja, albo spór o Philippe’a Herreweghe", opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym” w cyklu Strzyżenie uchem, nr 13, 31 marca 2002)