Wydanie: MWM 02/2014

Alles walzer i zaczynamy karnawał

Article_more
W karnawale tańczył kiedyś cały Wrocław, bale wydawano w teatrach, salach hotelowych, gospodach i kawiarniach. Najznakomitszymi tancerzami byli podobno szewcy, zwłaszcza młodsi, którzy zadawali szyku bogato zdobionymi butami, uszytymi specjalnie na tę okazję.

Lucyna Ćwierczakiewiczowa, autorka sławnych poradników kulinarnych, wspominała po latach wieczór taneczny, na którym spotkała Ryszarda Zmorskiego. Poeta, tłumacz, autor interesujących relacji z podróży po Śląsku był wówczas przystojnym młodzieńcem, a pani Lucyna – urodziwą panną Bachman. Podeszła i zapytała więc: „Pan nie tańczy?”. „Nie, pani”. „Dlaczego?”. „Bo tańczyć nie lubię”. „Niech pan da się przekonać, przetańcz pan ze mną!”. „Z panią? Mniej niż z każdą inną”. „A to dlaczego?”. „Dlatego, żeś pani blondynką, a dla mnie ostryga, ryba, blondynka – to jedno”.

Hrabina Schlegenberg, która 5 stycznia 1741 roku zatańczyła z królem Fryderykiem II, otwierając bal maskowy w sali Hôtel de Pologne (zwanego także lokalem signory Locatelli, Włoszki, założycielki tego przybytku), przy dzisiejszej ul. Biskupiej we Wrocławiu, miała chyba więcej szczęścia. Wprawdzie władcy płeć piękna nie interesowała, ale hrabinie afrontu nie zrobił. Król ubrany był w niebieski strój ze srebrnymi obszyciami i miał na twarzy maskę. Zaproszeni zostali urzędnicy państwowi, wyższa szlachta i członkowie rady ze swoimi żonami i córkami, łącznie około dwustu osób. Choć Najjaśniejszy Pan opuścił salę już o 21:30, wszyscy inni bawili się do trzeciej nad ranem.

Ów bal był jedną z pierwszych redut we Wrocławiu, czyli zabawą, na którą wstęp miał każdy, kto wykupił bilet. Sala redutowa w Hôtel de Pologne była w tym czasie najbardziej elegancka, ale bogate mieszczaństwo bawiło się także w salach Starej Giełdy (wciąż stoi na pl. Solnym), a wiek później tańczono walca z zapałem także w Nowej Giełdzie (gmach Gwardii przy ul. Krupniczej) lub w Resursie Kupieckiej (dziś Teatr Lalek). Sporą popularnością cieszyła się także mała sala redutowa w gospodzie Zum Blauen Hirsch (przy dzisiejszej ul. Oławskiej).

Pod koniec XIX wieku sale do tańca bywały zwykle salami wielofunkcyjnymi, ale projektanci dbali o wygodę tancerzy. Dla jednej pary planowano przynajmniej 2,7–3,5 metra kwadratowego powierzchni, zwykle zakładano parkiet dębowy, bo to drewno mało elastyczne i twarde, więc podłoga pod hołubcami nie ugina się ani szybko nie ściera. Wskazane było oczywiście sąsiedztwo bufetu albo restauracji i możliwość wyjścia do ogrodu. O szatni i toalecie nie trzeba wspominać, to się rozumie samo przez się. Takie bale oczywiście kosztowały, więc dla tancerzy mniej zasobnych przygotowywano podesty do tańca (tzw. Boden) w ogrodach lokali gastronomicznych na przedmieściach.

Niestety, nawet na eleganckich redutach zbierali się szulerzy, awanturnicy, poszukiwacze przygód i rajfurki. Za kilka dukatów amatorzy przygód dostawali klucze do „chambres separes” przeznaczonych na miłosne schadzki. Podręczniki savoir-vivre’u odradzały paniom z towarzystwa bywanie na publicznych balach kostiumowych, a jeżeli już koniecznie chciały, to powinny tańczyć tylko w swoim kółku i z panami przedstawionymi. Nawet gdyby damie groziła śmierć z głodu i pragnienia, nie wolno jej było iść do płatnego bufetu bez męża lub kuzyna.

Również władza (rodzaju męskiego) uważała, że maski są poważnym zagrożeniem dla moralności oraz prawa, dlatego też magistrat wrocławski dostał 5 lutego 1727 roku cesarski reskrypt zalecający wydanie zakazu noszenia masek i wszelkich przebrań w karnawale. Wrocławianie jednak nie pozwolili się rozebrać. Co tam moralność, skoro ciekawe maski wzbudzały taką ekscytację, że ludzie rozprawiali o nich tygodniami.

Stanisław Morawski opisał w swoich wileńskich wspomnieniach historię karnawałowej maski marszałka gubernialnego Sulistrowskiego, który wcisnął się w szwedzki piecyk. Nad wytwornymi drzwiczkami piecyka zrobionymi z białej blachy widniał napis: „A na co ta ciekawość?”. Piecyk toczył się z wolna po balowej sali, aż uczestników zabawy zaczęła korcić ochota, by chociaż na chwilę zerknąć do środka. Każdy, kto próbował zaspokoić niewczesną ciekawość, zamykał drzwiczki z trzaskiem, a molestowany o wrażenia przez współbiesiadników wymigiwał się od odpowiedzi. Nic w tym zresztą nie było dziwnego, bo zamknięty w piecyku Sulistrowski wypinał na wysokości drzwiczek obnażoną tę część ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.

Czasem bal poprzedzał kulig z orkiestrą na saniach, która przygrywała w czasie jazdy (bal wydany przez hrabinę Proskau 12 stycznia 1739 roku), a czasem goście jechali do gospodarza w powozach przystrojonych zielenią (bal barona Zentnera 14 lutego 1673 roku). Popularne wśród wrocławskiej arystokracji były także bale stylizowane na chłopskie wesela. Goście ubierali się w stroje ludowe z różnych rejonów Europy: Szwajcarii, Tyrolu, Szwarcwaldu, Norwegii, Francji, Szwabii. Mową wiązaną składali życzenia „młodej parze”, a przy okazji przedstawiali zgromadzonym reprezentowane przez siebie krainy. Bal na ludowo był zresztą modny przez kilka wieków. Taką zabawę zorganizował w 1912 roku Związek Artystów Rzemieślników Prowincji Śląskiej. Barwne kobiece czepce z pewnością przyciągały męskie oczy.

Do rozrywek karnawałowych wypada także zaliczyć maskarady na ślizgawkach: „…kanały świdnicki i oławski formalnie są zalane publicznością. W tych dniach przy oddźwięku dwóch kapeli odbyła się na świdnickim kanale rosyjska gwiazdkowa ślizgawka. Z obu stron kanału urządzono na lodzie dwie groty, które wieczorem oświetlono jedną czerwonym, drugą żółtym ogniem” – pisał 11 stycznia 1893 roku „Dziennik Poznański”. Takie bale na lodzie cieszyły się wielką popularnością, choć bywały niebezpieczne dla zdrowia, bo przeziębienie nie zawsze dawało się wyleczyć herbatką z malinami.

Bywało jednak, że karnawał wrocławski surowo recenzowano: „Czas karnawałowy z dniem dzisiejszym zaczynający się, w tym tylko różni się od innej pory roku, że wrocławianie tu i ówdzie, publicznie i prywatnie, tańcują i pączkami się karmią, czego, nawiasem, i w poście nie zaniedbują” – pisał 1 stycznia 1865 roku w „Tygodniku Ilustrowanym” J.M. Fritz. A dwa lata później stwierdził na tych samych łamach: „Jak stolica Śląska pruskiego wygląda w czasie karnawału?... Nie tak jak Wenecja lub miasta nadreńskie, zwłaszcza Kolonia, nawet nie tak jak Warszawa. Prawda, że muzyka wszędzie huczy, że tańcują, gdzie tylko sposobność ku temu. Ale mimo wszelkiego usiłowania zabawom czy to publicznym, czy prywatnym zbywa na owej werwie serdeczną cechującej wesołość, a bale w resursach i klubach w niczym prawie nie różnią się od tych, które rozmaite cechy rzemieślnicze wyprawiają”.

Być może zabrakło wodzireja. Dobry wodzirej był wart tyle złota, ile sam ważył. Świetny tancerz, spostrzegawczy, taktowny, dowcipny, po prostu „dusza towarzystwa”. „Wodzirej powinien być, jeżeli nie muzykiem, to przynajmniej dobrze obeznanym z muzyką i językiem francuskim, w którym jest dyrekcja tańca” – radził Mieczysław Rościszewski w Księdze obyczajów towarzyskich. Bal zwykle rozpoczynał się walcem, tylko wyjątkowo uroczyste imprezy otwierał polonez. Grzegorz Cydzik, porucznik 13. Pułku Ułanów Wileńskich, opisał w swoich wspomnieniach wielki bal Polonii, który odbył się w Wilnie w 1935 roku z udziałem Polaków z Litwy, Łotwy i Estonii. Bal miał rozpocząć polonez na sto dwadzieścia par. Figury korowodu polonezowego układał przez kilka dni pięcioosobowy sztab wodzirejski. W myśl przyjętych zasad w pierwszej parze winien był kroczyć gość najstarszy funkcją i godnością z równą mu dostojeństwem panią, czyli wojewoda pułkownik Ludwik Bocianowski i generałowa Skwarczyńska. Szkopuł w tym, że wojewoda był wyjątkowo niski i szczupły, a generałowa bardzo wysoka i tęga. Ponieważ polonez był filmowany do kroniki, połączenie takiej pary mogło wyglądać na próbę ośmieszenia prominentów. Od czego jednak dobry wodzirej. Mistrz ceremonii umówił się z operatorem kroniki, że ten będzie filmował generałową i wojewodę na przemian, zależnie od tego, kogo odsłoni idący przed czołem korowodu wodzirej. Wszystko wypadło doskonale.

Beata Maciejewska