Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 02/2014

Czynele. Singapur, 7 maja 1939 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Skoro napisało się A, trzeba napisać i B – jeśli w poprzednim tekście zrelacjonowałem dramatyczne zabójstwo chicagowskiego gangstera, Johnny’ego „Rubinowe Usta” Taranto, teraz powinienem wspomnieć o porachunkach mafii po drugiej stronie globu.

Zimą 1938 roku osiemnastoletni Ulrich Altstätter, najmłodszy członek rodziny zamożnych berlińskich Żydów, zawinął do portu na drugim końcu kuli ziemskiej. Kiedy antysemickie represje w hitlerowskich Niemczech przybrały na sile, jego ojciec, fabrykant pinezek, trafił na jakiś czas do obozu – wyszedłszy stamtąd, szybko zatroszczył się o opuszczenie Rzeszy. Rodzice popłynęli więc do Argentyny, a syn – do Singapuru, gdzie spędzić miał kolejne trzy lata życia.

 

W półmilionowym mieście mówiono dwudziestoma sześcioma językami; w jego dzielnicach eleganckich i w dzielnicach podłych szpiedzy kilku wywiadów mieszali się z luksusowymi kurtyzanami i resztkami białorosyjskiej arystokracji, z brytyjskimi urzędnikami i tanimi fordanserkami, z oficerami sipajskiego regimentu i Chinkami z chłopskich rodzin, podającymi się za córki mandarynów. Młody, niepozbawiony uroku i ogłady chłopak zaczął się obracać w singapurskim półświatku – nocami balował, za dnia pracował jako fotograf półamator dla miejscowej gazety „The Straits Times”, która częściej jednak jego zdjęcia odrzucała, niż przyjmowała. Bywało, że niedojadał – ale że obracał się w kosmopolitycznym towarzystwie, w krytycznej chwili zawsze udawało mu się załapać na obiad lub weekend przepędzany między jednym a drugim klubem, między palarnią opium a restauracją ze sprowadzonym z Francji kucharzem.

 

7 maja pod cieszącą się zasłużoną sławą restaurację „U wdowy Wei” zajechały dwie riksze i kremowy sportowy auburn należący do Ricka McDermotta. Rick był jedynym synem Michaela, właściciela dużej firmy, zajmującej się od ponad czterdziestu lat eksportem dalekowschodnich przypraw na stoły brytyjskich klas uprzywilejowanych. Oprócz Ricka do lokalu wdowy Wei weszły jeszcze dwie młode damy do towarzystwa: Rosjanka Elena (rzekoma córka zamordowanego przez komunistów carskiego generała, w istocie – kieszonkowca z Tobolska, żyjącego w dobrym zdrowiu do 1954 roku) i Malajka, występująca pod pseudonimem „Wonny Jaśmin”, a także oficer angielskiego wywiadu, którego prawdziwe nazwisko do dziś pozostaje nieznane (przedstawiał się jako „Harry Smith, import-eksport”), amerykańska dekoratorka wnętrz, miss Jenny Marylebone (najnowsza kochanka Ricka) oraz berliński Żyd, Ulrich Altstätter, z zawadiacko przewieszonym przez ramię aparatem. Wszyscy zostali ulokowani w osobnym „gabineciku”, oddzielonym od reszty sali grubymi kotarami, tłumiącymi odgłosy rozmowy. I wszelkie inne odgłosy, rzecz jasna.

 

To jednak, co w założeniu miało służyć zachowaniu prywatności, stało się groźną pułapką. Kiedy tylko bowiem wniesiono i ustawiono na niskim stoliku potrawy, kiedy do kieliszków wlano – w zależności od życzeń – amerykańskie koktajle i wino ryżowe, a także odsunięto haftowaną w smoki zasłonę, skrywającą niskie łóżko i nabitą opium fajkę, kiedy obsługa w niskich pokłonach „gabinecik” opuściła, za kotarą rozległo się szurnięcie tak nieznaczne, że nikt z gości nie zwrócił na nie uwagi. Przez tę krótką chwilę wszystko się jeszcze mogło zdarzyć – rozbawione towarzystwo dzielił od śmiercionośnej broni jedynie haftowany w feniksy i spienione fale jedwab.

Mały Liu, bo takie imię nosiła Nemezis Ricka McDermotta, był pochodzącym z Makao karłem-albinosem, płatnym mordercą, wysługującym się każdemu, kto był mu gotów zapłacić wystarczającą – czyli bardzo wygórowaną – sumę. Słynął z zamiłowania do maskarady (często popełniał zbrodnie przebrany za łysawą prostytutkę, dziecko ze szpotawą stopą czy wędrownego handlarza żeń-szeniem) oraz z niebywałych wprost umiejętności akrobatycznych, w czym pomagał mu jeszcze niewielki wzrost. Powiadano o nim – weźmy pod uwagę chińską skłonność do retorycznej przesady – że miał na sumieniu więcej ludzi niż jest nazwisk wypisanych na kamiennych stelach w Świątyni Konfucjusza w Pekinie.

 

Tego wieczora, odziany w szatę z szafirowego szantungu, udawał muzyka; unieszkodliwiwszy ochroniarza, wystawianego zawsze przez wdowę Wei przed „gabinecikami”, wślizgnął się bezszelestnie za kotarę i przytupując lekko stopami, rozpoczął czarowną grę na chińskich czynelach; kiedy – w półmroku, rozpraszanym tylko czerwonymi lampionami – zbliżył się nieco do McDermotta, dwoma błyskawicznymi ruchami przesunął po szyi ofiary specjalnie naostrzonymi krawędziami czyneli.

 

Traf chciał, że w tym właśnie momencie Ulrich Altstätter, odchylony do tyłu, pstrykał Rickowi zdjęcia: pierwsze, drugie, trzecie; Mały Liu, któremu cała operacja zabrała najwyżej osiem sekund, po chwili był już na parapecie i dalej, wspiąwszy się na dach po sękatych pędach wistarii, gnał już po kalenicy, by przeskoczyć na sąsiedni budynek i zniknąć w mrokach orientalnej nocy.

 

*

  

Czy chodziło o porachunki finansowe? Spisek wywiadów? Czy, jak głosiła jedna z plotek, McDermott odbił pannę Marylebone synowi sułtana pobliskiego Brunei, którego macki sięgały aż do Singapuru? Wówczas trudno było cokolwiek ustalić, poza może tym, że Mały Liu był tylko „ślepym mieczem” – czy raczej „ślepymi czynelami” – a kierowała nim dłoń kogoś innego.

 

Dopiero prywatna korespondencja McDermotta, sprzedana na aukcji w Sotheby’s w styczniu 1978 roku, pozwoliła na odtworzenie prawdopodobnej wersji wydarzeń. Z listów wynikało, że niemal dwa lata wcześniej młody dziedzic firmy handlującej korzeniami bawił w Pekinie, gdzie związał się z Szurą Giraldim, a właściwie Aleksandrem Michajłowiczem Sośnickim, rosyjskim hermafrodytą i właścicielem kasyn, barów i burdeli w dzielnicy pekińskiego półświatka. Szura urodził się ponoć jako dziewczynka, a z wiekiem stopniowo nabierał cech męskich; odkąd uciekł z ogarniętej rewolucją Rosji do Chin, zyskiwał stopniowo sławę jako jedna z najbarwniejszych postaci pośród imigrantów. Jednego dnia, z biustem skrępowanym bandażami, wciśnięty w czarny frak, był krupierem lub wykidajłą w jednym ze swoich klubów; następnego dnia, w pięknych, wielobarwnych szatach chińskiej tancerki, uwodził ambasadorów, szpiegów i wojskowych. Przybierał najrozmaitsze wcielenia, a w każdym z nich, jak twierdzili naoczni świadkowie, był równie pociągający; w zamiłowaniu do masek był pokrewny duchowo Małemu Liu, o ile ten jednak zrzucał przebranie w chwilę po dokonaniu zbrodni, o tyle Szura żył życiem każdej z wymyślonych przez siebie postaci.

 

Jeśli wierzyć listom, romans z McDermottem stał się dla niego źródłem prawdziwej obsesji; uczucia te jednak nie do końca były odwzajemnione, zwłaszcza kiedy Rick, niewtajemniczony w pekińskie plotki, nieoczekiwanie dowiedział się o dwoistej naturze swojej ukochanej. Przez jakiś jeszcze czas utrzymywali bliższe stosunki, ale osobliwość tej relacji przerosła McDermotta w istocie lubiącego raczej przelotne miłostki, do których nie przywiązywał większego znaczenia, niż głębokie związki. Zerwawszy z Szurą, wrócił do Szanghaju i przez rok nawiązał kilka szybkich romansów z miejscowymi pięknościami. Panna Marylebone miała być, jak się okazało, ostatnią z nich.

 

Co stało się z pozostałymi gośćmi wdowy Wei? Obie prostytutki błyskawicznie znikły, podobnie jak brytyjski szpieg. Jenny Marylebone zemdlała i została ocucona przez młodego Ulricha szklanką whisky z sodą i lodem. On jeden – jakkolwiek wstrząśnięty brutalnym mordem – wyszedł z tego zdarzenia nieco wzbogacony: w aparacie miał serię niesłychanych wprost fotografii. Niestety, nie zarobił spodziewanych kokosów; rolka z filmem, która trafiła do redakcji, uległa tam – rzekomo przypadkowo – zniszczeniu. Z całej serii nie ocalało ani jedno zdjęcie. Wkrótce, już po wybuchu wojny, został – jako obywatel wrogiego państwa – internowany przez Anglików w Australii. Tam zaciągnął się do armii, po wojnie zaś – już pod zmienionym nazwiskiem, jako Ulrich Faraday – został znanym fotografem modowym. Nigdy już nie powrócił do Singapuru.

 

Jacek Dehnel