Wydanie: MWM 03/2014

O Wojciechu Kilarze opowiada Leszek Polony

Article_more
Spędziliśmy z kompozytorem trzy dni. Wojciech Kilar był znakomicie przygotowany do rozmowy, dlatego mogliśmy pracować bardzo szybko. O swoim życiu rozmawiał niechętnie; nalegał, abyśmy więcej uwagi poświęcili samej twórczości. Dlatego część biograficzna monografii jest bardzo skromna.

Z Wojciechem Kilarem poznałem się w 1981 roku w Polskim Wydawnictwie Muzycznym przy okazji spotkania poświęconego edycji dzieł wszystkich Mieczysława Karłowicza. Bliższą znajomość zawarliśmy jakiś czas potem, gdy otrzymałem zaproszenie do poprowadzenia spotkania z kompozytorem w Zakopanem. Wojciech Kilar ukończył właśnie partyturę Angelusa. To spotkanie wspominam z wielkim sentymentem. Książki [Cieszę się darem życia. Rozmowy z Wojciechem Kilarem oraz Kilar. Żywioł i modlitwa] napisałem wiele lat później. Najpierw zrodziła się inicjatywa wywiadu-rzeki, który powstał w ekspresowym tempie. Przyjechałem do Katowic wraz ze współautorką, Klaudią Podobińską. Spędziliśmy z kompozytorem trzy dni. Wojciech Kilar był znakomicie przygotowany do rozmowy, dlatego mogliśmy pracować bardzo szybko. O swoim życiu rozmawiał niechętnie; nalegał, abyśmy więcej uwagi poświęcili samej twórczości. Dlatego część biograficzna monografii jest bardzo skromna. Myślę jednak, że zawiera zasadnicze informacje. Kompozytor usiłuje odmalować czasy dzieciństwa, młodości, kolejne etapy drogi twórczej, a był to czas bogaty w wydarzenia.

Poznajemy lata wojenne, które Kilar przeżył we Lwowie oraz powojenne spędzone w Rzeszowie i Krakowie, a następnie czasy studenckie w Katowicach. Okres okupacji wiąże się – szczególnie u lwowian – z wielką traumą. Najpierw przeżyli okupację sowiecką, czas straszny, czas niepewności. Z rodziny matki kompozytora dwie osoby zostały wywiezione. Późniejsze trudne przeżycia wiążą się z okupacją hitlerowską. Niemcy otworzyli cele sowieckich więzień, młody Wojciech pobiegł je zobaczyć, a były tam jeszcze ślady dokonanych zbrodni. Sam kompozytor opowiadał o swoim „lwowskim Campo di Fiori”, nawiązując do placu kwiatów, na którym spłonął Giordano Bruno, także do wiersza Czesława Miłosza opisującego pożar warszawskiego getta. Jadąc tramwajem na kąpielisko w Zamarstynowie, przejeżdżał przez opustoszałe lwowskie getto. Niewątpliwie te przeżycia wojenne wpłynęły  na jego psychikę.

Przed drugim wkroczeniem armii radzieckiej Kilar wraz z matką uciekli do Krosna, gdzie znaleźli się w samym środku walk o Przełęcz Dukielską. Pewnego dnia wybierali się na spacer. Wydarzył się cud. Mama musiała z jakichś powodów wrócić do domu i wtedy na trasę ich spaceru spadły pociski z katiusz. Od tej pory Wojciech Kilar wierzył w Opatrzność i w to, że Pan Bóg czuwa nad jego losem.

Wojciech Kilar, jak wiadomo, po wojnie nigdy nie pojechał do Lwowa, a była ku temu znakomita okazja, kiedy Joanna Wnuk-Nazarowa, dyrektor Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, zorganizowała wielką eskapadę Pociąg do muzyki Kilara. Orkiestra, chór, soliści, dyrygent jechali specjalnym pociągiem do Lwowa, aby tam, pod batutą Kazimierza Korda, wykonać Missa pro pace w kościele katedralnym pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kompozytor tłumaczył się niedyspozycją zdrowotną, ale myślę, że przyczyna była głębsza: obawa przed zobaczeniem Lwowa, który nie jest już tym miastem, jakie opuścił przed laty. Trasa koncertowa pokrywała się z trasą jego pełnej przygód podróży ze Lwowa do Katowic.

W Katowicach Kilar znalazł drugi dom, azyl i poczuł się kompozytorem śląskim. To tam studiował u Władysławy Markiewiczówny, a następnie u Bolesława Woytowicza, u którego mieszkał i korzystał z jego przebogatej biblioteki nutowej. Rozwój kompozytora był błyskotliwy, od razu pisał efektowne utwory. Myślę o napisanych jeszcze w czasach studiów Kwintecie na instrumenty dęte, Sonatinie fletowej, Małej uwerturze na orkiestrę symfoniczną. Tak jak Krzysztof Penderecki i Henryk Mikołaj Górecki debiutował na Warszawskiej Jesieni. Z okresu awangardowego pochodzą takie utwory, jak Riff 62 czy Générique, ale ten etap nie trwał długo. Muzyka Kilara zaczęła się oczyszczać, sublimować. Wielki zwrot nastąpił w Krzesanym.

Wojciech Kilar był człowiekiem bardzo zrównoważonym, stoicko spokojnym. Nigdy nie spotkałem się w rozmowie z nim z przejawami nerwowości czy jakiegoś poczucia krzywdy, kiedy krytycy źle pisali o jego utworach. Sam byłem zawsze entuzjastą jego twórczości, chociaż starałem się zarazem zachować obiektywizm. Oczywiście nie oszczędzono mu recenzji i krytyk zdecydowanie złych, wręcz złośliwych, krzywdzących. Ale on miał poczucie własnej wartości, wiedział, w którym momencie trwać przy swoim i złymi opiniami się nie przejmować. Napisałem w monografii, że był człowiekiem utkanym ze sprzeczności: z jednej strony głęboka religijność, z drugiej otwarty stosunek do współczesnych zjawisk, na przykład ociekających krwią amerykańskich filmów, atmosfery Hollywood, lotów samolotami nad Atlantykiem. Ale te przeciwstawne cechy były zharmonizowane w jego osobowości i połączone w nierozerwalną całość. Był człowiekiem łagodnym, tolerancyjnym, życzliwym ludziom, czego sam wielokrotnie doświadczyłem.

Notowała Anna Skulska