Wydanie: MWM 03/2014

Wojciecha Kilara wspomina Andrzej Wajda

Article_more
Filmy raz się udają, innym razem – nie, ale muzyka Wojciecha Kilara ma zawsze tę samą siłę wyrazu.

Wojciecha Kilara poznałem dawno, jeszcze w Krakowie. Wiadomo było już wtedy, że jest wyjątkowym twórcą. Spotkaliśmy się ponownie po latach, kiedy przygotowywałem film Ziemia obiecana; wydawało mi się wówczas, że potrzebna będzie jakaś nowa, inna muzyka, ale sam nie wiedziałem, czego chcę. Wojciech Kilar był już wówczas autorem muzyki do kilku filmów Krzysztofa Zanussiego i miałem świadomość tego, jaka to będzie z nim „przygoda” . Mieszkał w Katowicach, tam tworzył, a do Warszawy przyjechał, gdy film był już gotowy. Oczywiście miał już gotową muzykę, znał książkę, a razem z nim przyjechała z Katowic Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. Nagranie odbywało się w hali zdjęciowej wytwórni filmowej. Muszę powiedzieć, że kiedy tylko usłyszałem tę muzykę, zrozumiałem, jaki film zrobiłem. Na początek nagrywaliśmy muzykę do obrazu Łodzi o poranku i gdy kilka lat temu przemontowywałem film, zdecydowałem, że zacznie się on właśnie tą fantastyczną „poranną” muzyką. A kiedy po raz pierwszy usłyszałem walca, to wiedziałem już, że nasz film przybliżył się do widza.

Nie mamy czasami świadomości tego, jak ważna jest w filmie muzyka, jak potrafi przybliżyć widzowi najtrudniejsze i niechętnie oglądane sceny – coś jest w tym połączeniu obrazu i dźwięku, coś homogenicznego, a muzyka Wojciecha Kilara jest za każdym razem inna i energetyczna, wtapiająca się w obraz. Napisał muzykę konkretnie do tego, a nie innego filmu, do konkretnych scen, obrazów, i to było fantastyczne. Od początku było między nami świetne porozumienie, ponieważ ja lubię rzeczy skrajne, wyraziste. Kilar to rozumiał i popierał. Podczas przygotowań do kręcenia Pana Tadeusza miałem wiele wątpliwości dotyczących wierszowanego tekstu, który był wyjątkowo trudnym wyzwaniem. Gdy już nakręciłem film, okazało się jednak, że dialogi mówione wierszem są lepsze niż proza. A Wojciech Kilar wiedział to już wcześniej i zrobił coś, co mi się nigdy do tej pory nie zdarzyło. Przysłał mi płytę z nagraniem i liścik, w którym pisał, że to jest polonez, który powinien być użyty w filmie Pan Tadeusz. Prosił, abym uważnie go posłuchał, bo może być wskazówką, jak zrobić film. Bardzo mnie to ujęło i jeszcze mocniej utrwaliło naszą przyjaźń.

Oczywiście są filmy wyrazistsze – takie, w których muzyka nie odgrywa tak ważnej roli. Tak było z Korczakiem. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo będzie to film ciemny, dlatego w muzyce napisanej przez Kilara nie ma tego, co zwykle jest jej siłą – nieopanowanej radości życia. A to właśnie tę radość, moim zdaniem, publiczność pamięta najbardziej. Kilar był człowiekiem, który potrafił zrobić coś niespodziewanego, aby tę radość wyrazić. Kiedy przed laty dostałem Oscara i wróciłem do Krakowa, kompozytor zaprosił mnie do radia, żeby przedstawić mi utwór, który napisał dla mnie i zatytułował Oscar. Na moją cześć, a jakże! Wspomnienie o tym niezwykłym wydarzeniu porusza moje stare serce do dziś. 

Wojciech Kilar był człowiekiem niezawodnym. Kiedy się czegoś podejmował, zawsze dotrzymywał terminu. Ale najbardziej podziwiałem jego entuzjazm! A jak pracowaliśmy? Jechałem do niego do Katowic, oglądaliśmy sceny filmu, on mówił, jak je słyszy, czasem grał coś na fortepianie, żeby pokazać, co by to miało być. Zanim pojawiałem się w jego domu z gotowym materiałem, on był już przygotowany i nie było żadnej improwizacji.

Filmy raz się udają, innym razem – nie, ale muzyka Wojciecha Kilara ma zawsze tę samą siłę wyrazu. Film Kronika wypadków miłosnych nie porywał widzów, z różnych powodów nie udało mi się zrobić go tak, jak bym tego chciał. Ale w jednej ze scen pojawia się marsz 13. Pułku Ułanów Wileńskich Jazdy Tatarskiej. Marsze pisali różni kompozytorzy i zazwyczaj były do siebie podobne, a tu nagle pojawiło się coś tak porywającego, coś tak niezwykłego, że scena ta stała się najważniejsza w całym filmie; jest pamiętana do dziś dzięki muzyce Wojciecha Kilara: pułk ułanów z odwagą i szaleństwem jedzie dokądś na zatracenie.

Notowała Anna Skulska