Autor: Tomasz Cyz
Wydanie: MWM 07/2012

Muzyka uruchamia wewnętrzne myślenie

Rozmowa z Andrzejem Chyrą
Article_more
"Gdy słucham, rozwijam się. Mam wrażenie, że przez częstszy kontakt z muzyką coraz więcej o niej wiem, odkrywam w niej kolejne warstwy. Siłą rzeczy, podczas słuchania utworu kolejny raz, zaczynam rozumieć, z czego się składa, czym jest."
 

Tomasz Cyz: Pytania mogą brzmieć nieco banalnie. Słuchasz muzyki? Oczywiście poza sceną.

Andrzej Chyra: Słucham. Ostatnio zresztą rzadko gram, więc żeby słuchać muzyki, muszę to robić poza sceną. Najczęściej słucham w samochodzie, zwłaszcza na długich trasach. Głównie radiowej „Dwójki”, mam kilka swoich ulubionych audycji, z Płytowym Trybunałem Dwójki na czele. Jeśli trasa jest akurat dłuższa, to te dwie godziny mijają idealnie, a ja mogę poznać dzieło w różnych interpretacjach. Chodzę też oczywiście na koncerty – kiedyś to był głównie jazz, teraz także muzyka najnowsza. Czasem zdarzy się jakieś przedstawienie operowe. No i słucham też oczywiście w domu. Kiedy chcę, żeby tak po prostu „leciała” w tle, wracam do jazzu. Ale nie słucham muzyki tak dużo, jak kiedyś. Wyłączył mi się jakiś wewnętrzny automat, który sprawiał, że gdy wstawałem, to od razu włączałem muzykę. Mam poczucie, że nasyciłem się muzyką, słucham jej coraz bardziej wybiórczo.

A jest ci potrzebna?

W różnych chwilach i z różnego powodu. Jest naturalnym elementem życia, może nie tak niezbędnym jak powietrze, ale wypełnia jakąś ważną sferę. Czasem rzeczywiście działam jak automat: wsiadam do samochodu i włączam muzykę, chyba że chcę posłuchać pracy silnika, ale to już jest inna sprawa (śmiech). Mam skromne wykształcenie muzyczne – spędziłem trzy lata w ognisku muzycznym, grałem na skrzypcach, a wcześniej rok na flecie poprzecznym. Podstawowe pojęcie więc mam, ale nie jestem w stanie słuchać muzyki, śledzić jej przebiegu w sposób profesjonalny. Zwykle muzyka uruchamia moje wewnętrzne myślenie. To nawet czasem dość zabawne. W styczniu 2013 roku reżyseruję w Operze Bałtyckiej Graczy Szostakowicza/Meyera i ostatnio, nawet słuchając Lutosławskiego, myślę o Szostakowiczu. Zresztą, wykształcił się we mnie jakiś wewnętrzny próbnik: jeśli nie łapię z muzyką dialogu, kontaktu, choć się staram, to znaczy, że coś tu nie gra – nie tyle, że ta muzyka jest zła czy słaba, tylko że nie udało się jej obudzić we mnie energii. Gdy słucham, rozwijam się. Mam wrażenie, że przez częstszy kontakt z muzyką coraz więcej o niej wiem, odkrywam w niej kolejne warstwy. Siłą rzeczy, podczas słuchania utworu kolejny raz, zaczynam rozumieć, z czego się składa, czym jest. Słucham też dla czystej przyjemności albo po to, by się obudzić . Lubię sobie czasem włączyć z rana jakiegoś Milesa Davisa – niekoniecznie elektrycznego – i obudzić się.


A jak to było z tymi skrzypcami? To dość morderczy instrument.

Fakt. Na szczęście szybko okazało się, że nie mój. Byłem w czwartej klasie, kiedy przeprowadziliśmy się do Polkowic. W tym samym budynku, w którym mieściła się moja szkoła podstawowa, siedzibę miała orkiestra górnicza i już nie pamiętam, czy ojciec znał kapelmistrza, czy jakoś inaczej. Zacząłem grać, chodziłem w górniczym mundurze i grałem na werblu. Kapelmistrz grał na flecie, mógł pożyczyć mi instrument, ale niestety tylko na rok. To był początek lat 70., po flet można było pojechać tylko do NRD i dostać go za duże pieniądze. Ale ćwiczyłem przez rok. Potem uznaliśmy, że może lepiej zacząć od innego instrumentu i padło na skrzypce. Dzięki grze na flecie miałem jakieś pojęcie o muzyce, więc pierwszy semestr gry na skrzypcach był super. Potem, niestety, zaczął się etap żmudnej techniki i okazało się, że albo ja jestem za leniwy, albo jesteśmy w jakimś sensie ze skrzypcami niekompatybilni. „Piłowałem” tak jeszcze ze trzy lata, ale wreszcie trzeba było sobie powiedzieć dość. Taka podstawowa wiedza pozwala mi, oczywiście, udawać czasem, że jako postać gram na jakimś instrumencie – byłem już saksofonistą, skrzypkiem, flecistą. W sumie na każdym instrumencie mogę prymkę zagrać. Niestety, nie zostałbym nigdy wirtuozem, więc w tej materii jestem raczej odbiorcą.


Żałujesz?

Mam poczucie, że to nie moja sfera. To samo ze śpiewem – wielokrotnie miałem propozycje występowania w jakiś piosenkach aktorskich i konsekwentnie odmawiałem. Przez rok byłem nawet zatrudniony w Teatrze Rampa, ale na szczęście dla mnie teatr był wtedy w remoncie, a w chwili, kiedy miałem wejść za kogoś na zastępstwo, poszedłem do wojska. Może to był dla mnie znak, że się do tego nie nadaję.

Życzyłbym każdemu, kto nie nadaje się do gry na instrumencie, mieć taką scenę jak Dionizos w Bachantkach w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, kiedy przez dobrych kilka minut grasz na flecie chińskim…
Tu chodziło bardziej o obudzenie jakiejś energii niż muzykę sensu stricto. Teraz jestem w kropce, bo słyszę, że Krzysiek chce robić przedstawienie, w którym trzeba będzie śpiewać. Trochę się tego boję.


Pisarka i eseistka Ewa Bieńkowska powiedziała mi kiedyś, że stanom jej głębokiego smutku towarzyszy brak muzyki.

Ciekawe, może moje niesłuchanie muzyki, na pewno nie tak częste jak kiedyś, jest jakąś diagnozą… (śmiech)


Pytam raczej o to, czy muzyka jest w stanie wydobyć cię z jakiegoś bólu?

Nie wydaje mi się, żeby muzyka, która niesie jakąś emocję, np. jasną, pogodną, potrafiła zadziałać jak kontrapunkt. Mam raczej wrażenie, że w stanach gorszego samopoczucia słucham muzyki melancholijno-cierpiącej. Może to się znosi, nie wiem, ale na pewno nie pomaga mi się odbić. Sam najbardziej lubię stan wewnętrznego spokoju, kiedy mam poczucie, że mogę przebierać po rozbebeszonych i porozrzucanych w nieładzie płytach (niestety, nie jestem typem konesera odkładającego płyty po wysłuchaniu do odpowiednich opakowań, moje płyty mają swoje życie…).


A jak jest z muzyką w teatrze? Pomaga również w trakcie pracy?

Muzyka jest częścią teatralnej atmosfery. Przypomina rolę, słowa, emocje, sytuacje. W trakcie spektaklu muzyka działa jak kompas, który pozwala zorientować się, gdzie jestem. Krzysztof Warlikowski, z którym najczęściej pracuję w teatrze, bardzo lubi używać muzyki w trakcie prób. Czasem to działa, czasem pomaga bardziej jemu niż aktorowi, czasem wręcz przeszkadza, bo narzuca nastrój. To silny instrument i partner.

Ulubiona forma? Gatunek?
Kiedyś był taki czas, że namiętnie słuchałem kwartetów. Ta forma, ten gatunek, wydawał mi się pełny i wystarczający. Liderem był oczywiście Szostakowicz. Potem miałem okres kantat. Zdarzały się też odkrycia nieoczekiwane – jednym z nich był Haydn, którego muzyka wydawała mi się jakaś taka perfumowana, aż tu nagle posłuchałem Pór roku – i zakochałem się.


Czyli nie zamykasz się na muzykę?

Nie. Choć najwięcej kłopotów mam z romantyzmem spod znaku Schumanna czy Schuberta. Choć tej tzw. muzyki poważnej zaczynałem słuchać od Mendelssohna. To były pierwsze płyty, które udało mi się dostać. Potem był Penderecki (Tren ofiarom Hiroszimy), nagrania Warszawskiej Grupy Perkusyjnej, także Beethoven. Szukałem V Symfonii, kupiłem płytę i ciągle zastanawiałem się, gdzie jest ten słynny motyw. Okazało się, że to V Koncert fortepianowy i piątka na okładce mnie zmyliła. Wreszcie – chyba największe licealne odkrycie, poza Szostakowiczem – X Symfonia Mahlera. Pamiętam, że dyrygował wielki Karajan, grali Filharmonicy Berlińscy. Muszę wrócić do tej płyty, odszukać ją, to wykonanie było niesłychanie energetyczne, bardzo ostre dynamicznie. Pamiętam, że już na studiach przegrałem sobie ten utwór na kasetę i z kolegą, który dostał właśnie magnetofon, siedzieliśmy we dwóch w Dziekance i słuchaliśmy tego nagrania przez cały wieczór. To może dziwne, że Mahlera poznałem od końca, w zasadzie od ostatniego utworu, którego zresztą jest autorem tylko w części. Ale on jest jakimś moim centrum muzyki.


Ciągnie cię bardziej do muzyki XX wieku i współczesności?
Chyba tak. Kiedy studiowałem reżyserię w warszawskiej Akademii Teatralnej, miałem zajęcia z historii muzyki ze Zbigniewem Bagińskim. Słuchaliśmy głównie muzyki XX wieku. Może to stąd.


Masz jakieś utwory, do których chętniej wracasz? Mógłbym właściwie zadać nieśmiertelne pytanie: jaką muzykę zabrałbyś na bezludną wyspę?

To idzie falami. Oczywiście Adagio z Dziesiątej Mahlera, może zresztą całą tę symfonię. Symfonie Szkocką i Włoską Mendelssohna – to mi zostało głęboko. Miałem „fazę” na Ravela, który zupełnie niesłusznie jest sprowadzany do kompozytora Bolera czy Pawany na śmierć infantki. Mam też słabość do kompozytorów, którzy nie są w tzw. ścisłej czołówce, jak Elgar czy Copland, którego chciałbym kiedyś wysłuchać na żywo. Będąc raz w Nowym Jorku, zobaczyłem, że w Carnegie Hall grają Tako rzecze Zaratustra Straussa i coś Coplanda. Oczywiście kupiłem bilet, wchodzę i słyszę, że grają być może muzykę z początku XX wieku, ale raczej nie jest to Zaratustra i na pewno nie jest to Copland. Okazało się, że pomyliłem dni i w programie tego dnia był Strawiński i Czajkowski. Do Czajkowskiego nie mam kompletnie słabości, więc po Strawinskim zrezygnowałem.

Czyli słuchasz wybiórczo…
Raczej się snuję.

 

Rozmawiał Tomasz Cyz

 

Andrzej Chyra – aktor teatralny i filmowy, absolwent Wydziału Aktorskiego i Wydziału Reżyserii PWST w Warszawie. W filmie zadebiutował w 1993 roku rolą Benvollo w "Kolejności uczuć" w reżyserii Radosława Piwowarskiego. Za role w filmach "Dług" Krzysztofa Krauzego i "Komornik" Feliksa Falka otrzymał nagrodę w kategorii „pierwszoplanowa rola męska” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Polską Nagrodą Filmową – Orła, do której nominowany był również za rolę w filmie Marka Koterskiego "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Grał m.in. w "Zmruż oczy" Andrzeja Jakimowskiego, "Tulipanach" Jacka Borcucha, "Symetrii" i "Palimpseście" Konrada Niewolskiego, "Strajku" Volkera Schlöndorffa, "Sponsoringu" Małgorzaty Szumowskiej, "Katyniu" Andrzeja Wajdy. W teatrze współpracował m.in. z Jerzym Grzegorzewskim, Agnieszką Glińską, Grzegorzem Jarzyną i Krzysztofem Warlikowskim. Jest laureatem Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza za rolę Roya M. Cohna w przedstawieniu "Anioły w Ameryce" Tony’ego Kushnera w TR Warszawa. Od 2008 roku jest członkiem zespołu Nowego Teatru w Warszawie.