Wydanie: MWM 03/2014

Wojciecha Kilara wspomina Janusz Olejniczak

Article_more
Był jednym z nielicznych kompozytorów, którzy mieli odwagę poruszać się poza dość konserwatywnym środowiskiem, zwłaszcza w latach swojej młodości. Miał przyjaciół wśród filmowców, aktorów. To wzbogaca życiorys, a także poszerza grono słuchaczy.

Śląska premiera I Koncertu fortepianowego Wojciecha Kilara odbyła się w Katowicach, dyrygował Wojciech Michniewski. Kompozytor był obecny, co wywoływało we mnie niepokój , obawiałem się jego opinii. Na bankiecie po koncercie poznałem uroczego, ujmującego, ciepłego człowieka, który najpierw mnie nad miarę komplementował, a potem uczynił parę drobnych, ale istotnych uwag. Koncert dał mi wiele dobrego, bardzo ten utwór polubiłem i grałem na całym świecie. Wtedy zaczęła się moja telefoniczna przyjaźń z kompozytorem, ponieważ zwykle dzwoniłem i informowałem go, dokąd jadę z jego utworem. Kilar zawsze bardzo się cieszył, pytał o dyrygentów, orkiestrę…

 

Był jednym z nielicznych kompozytorów, którzy mieli odwagę poruszać się poza dość konserwatywnym środowiskiem, zwłaszcza w latach swojej młodości. Miał przyjaciół wśród filmowców, aktorów. To wzbogaca życiorys, a także poszerza grono słuchaczy. Nawet najgorsze wykonania jego muzyki silnie oddziałują na publiczność. To dlatego, że nawet jeśli jeden temat nie zabrzmi należycie, to inny ludzi poruszy. To fenomen.

 

Zastanawiam się, czy genialna Ziemia obiecana bez muzyki Wojciecha Kilara miałaby ten sam rytm i wyraziste zmiany nastroju. Uważam, że nie, że rola tej muzyki była większa niż zwykle. Mówi się, że najlepsza muzyka filmowa to ta, której nie słychać. Ale tak nie jest w tym wypadku ani w wypadku Pana Tadeusza. Tu mam osobiste i niewesołe skojarzenie, ponieważ mój nieżyjący już, pierworodny syn na balu maturalnym tańczył poloneza z Pana Tadeusza – to był chyba pierwszy rok, kiedy tańczono tego poloneza zamiast Ogińskiego. Ta muzyka kojarzy mi się więc nie z filmem, ale z obrazem mojego tańczącego syna. Traktuję tego poloneza bardzo osobiście i z wielkim wzruszeniem.

Z Kilarem pracowaliśmy wspólnie przy Pianiście Romana Polańskiego. Jednak nasze drogi się rozmijały, bo on pisał muzykę oryginalną, ja grałem utwory Chopina. Ale spotkaliśmy się kilka razy. W cudowny sposób wspominał swoje czasy paryskie, młodość, czerwienił się podczas przywoływania jakichś swoich przygód, do tej pory je przeżywał… a były to epizody tak niewinne, tak urocze!

 

Ostatnia nasza poważniejsza rozmowa odbyła się przed dwoma laty, gdy powstał projekt, nazwijmy go umownie, „górski”. Graliśmy go w Teatrze Wielkim, a także w Szwajcarii. Osią programu, poza mazurkami Szymanowskiego i muzyką Góreckiego, był cały I Koncert fortepianowy i Orawa Kilara. Zadzwoniłem do Wojtka i powiedziałem o naszym pomyśle: że ja będę grał wszystko po bożemu, żadna nuta nie zostanie zmieniona, ale chcielibyśmy, żeby tematy góralskie wykonane były nie tak, jak zostały zinstrumentowane, ale przez kapelę Sebastiana Karpiela-Bułecki. Chodziło o powrót do źródeł inspiracji. Pomysł sprawdził się znakomicie – publiczność świetnie go przyjęła, a kompozytor zaakceptował. Lubił, kiedy jego muzyka żyła, miał zaufanie do wykonawców. Podobała mu się na przykład Orawa w wykonaniu orkiestry dętej marynarki Stanów Zjednoczonych…

 

Nie mam wątpliwości, że muzyka Wojciecha Kilara zostanie na zawsze w naszej pamięci, że będzie słuchana i grana, ponieważ sprawia wielką przyjemność słuchaczom i wykonawcom. 

Notował Krzysztof Komarnicki