Wydanie: MWM 03/2014

Wojciecha Kilara wspomina Krzysztof Zanussi

Article_more
Był wielkim majstrem, to znaczy wiedział wszystko na temat muzyki w filmie, umiał „połamać” temat na kawałki, przekształcić go i przeinstrumentować tak, żeby pojawiał się w coraz to nowej postaci.

Utwory Wojciecha Kilara (dla mnie Wojtka), na przykład Missa pro pace, Krzesany czy Orawa, są czymś, co zobowiązuje. Słucham ich uważnie; to muzyka, w której pragnę uczestniczyć. Z jego filmowej twórczości chyba najbardziej cenię muzykę do filmu Król ostatnich dni (König der letzten Tage) Toma Toelle, bo ma ona budowę mszy – takiej mszy, która jest nawiązaniem do muzyki średniowiecznej, ale potraktowanej współcześnie. Znajduję w niej kontrast podniosłości i pewnej ludyczności, co bardzo lubię.

Co się tyczy moich filmów, to wydaje mi się, że pobiliśmy rekord w historii kinematografii: współpracowaliśmy przy ponad siedemdziesięciu produkcjach, w tym przy około czterdziestu kinowych. Tworzyliśmy wspólnie także filmy telewizyjne i krótkometrażowe. Zaczęło się od spotkania przy Strukturze kryształu. Praca była niewdzięczna i podziwiam kompozytora, że ją wytrzymał. Byłem od niego siedem lat młodszy, nieporównanie mniej doświadczony i jako debiutant żądałem od niego rzeczy niemożliwych. Kilar jasno i cierpliwie objaśniał mi pewne zagadnienia, tłumaczył, że nie wszystkie moje pomysły są wykonalne, ale ponieważ się upierałem, powiedział: „Jeśli pan chce, to ja panu taką muzykę napiszę. Ostrzegam jednak, że to nie ma sensu”. Muzykę do Struktury kryształu nagraliśmy przed rozpoczęciem zdjęć. Na planie odtwarzałem ją jako playback, poruszaliśmy kamerą, synchronizując obrazy z akcentami muzycznymi. Wszystko to okazało się głupstwem. Czułem się wielkim awangardzistą, a dostałem po nosie! I wówczas muzykę trzeba było napisać po raz drugi. Wojciech Kilar to zrobił – skomponował tę piękną, bardzo wyszukaną i szlachetną muzykę, a ja zrozumiałem, że już nikt inny nie ucieszy mnie muzyką tak jak on. Było to w 1968 roku i od tego czasu datuje się nasza przyjaźń. 

Kompozytor mówił mi, że dużo łatwiej pisze się muzykę do filmów romantycznych, w których są wielkie namiętności. Iluminacja z kolei była dla niego niewdzięczna dlatego, że ani nie było wiele przestrzeni dla muzyki, ani nastrój tego spekulatywnego filmu nie był zachęcający. To biografia intelektualna, historia o życiu umysłu, a więc niełatwe wyzwanie dla kompozytora. Ale pan Wojciech napisał przepiękny temat w duchu baroku, przynoszący na myśl twórczość Albinoniego. Umówiliśmy się, że temat ten będzie towarzyszył wszystkim przełomowym chwilom w życiu bohatera. Kontrastować z nim miał temat trywialny, katarynkowy, który pojawiał się w mniej znaczących momentach. Jest to przykład semantyczności muzyki w filmie.

Wojciecha Kilara darzyłem bezgranicznym zaufaniem, większym niż on miał do siebie. Czasami widziałem u niego momenty niepewności, a ja zawsze wiedziałem, że jego muzyka będzie trafiona i zawsze taka była! Wykorzystywałem ją w filmach w takiej formie, w jakiej została skomponowana. Czasami pozwalaliśmy sobie na „odkręcenie wszystkich kurków”, jak to było w Bilansie kwartalnym. Muzyka w tym filmie jest trochę lelouchowska – grzmi na otwartym kanale – ale może dzięki temu ten film bardzo się „rozkołysał”. Nasza współpraca była symbiotyczna.

Wojciech Kilar używał swojego własnego języka muzycznego, który można rozpoznać we wszystkich jego utworach. Miał upodobania do pewnych konstrukcji dźwiękowych, brzmień, rytmów. Był też wielkim majstrem, to znaczy wiedział wszystko na temat muzyki w filmie, umiał „połamać” temat na kawałki, przekształcić go i przeinstrumentować tak, żeby pojawiał się w coraz to nowej postaci.

Zaliczałem Wojciecha Kilara do moich najbliższych przyjaciół, ale kluczem do opisania jego osobowości są koty. Kochał je i miał coś z ich natury. Jeśli ktoś sobie wyobrazi wrażliwość i naturę kota, to wtedy może zrozumie część osobowości pana Wojciecha. Co ciekawe, był człowiekiem niebywale przenikliwym, analitycznym, inteligentnym, a przecież wiadomo, że inteligencja nie sprzyja twórczości – przeciwnie, ona stwarza rodzaj cenzury. Na szczęście emocje pana Wojciecha były tak silne, że potrafiły wziąć górę. Oto fenomen artysty: połączenie głębokiej świadomości, pokory i umiejętności tworzenia z głębi serca.

Notowała Anna Skulska