Wydanie: MWM 03/2014

Wojciecha Kilara wspomina Wojciech Michniewski

Article_more
Podczas wielu naszych spotkań „niezawodowych”, ot takich, żeby sobie siąść i przez godzinkę czy dwie pogadać, o niczym szczególnym, o wszystkim po trochu – gdyby nagle przypadkiem (czego, co prawda, nie mogę sobie nawet wyobrazić) zabrakło nam tematów do rozmowy, zawsze można by było liczyć na dwa: nasze koty i góry właśnie, z którymi ja też, szczególnie z Tatrami i Orawą, związany jestem od dzieciństwa.

Ze wszystkich utworów Wojciecha Kilara chyba najbliższe są mi te, które czerpią inspirację ze świata gór. Orawa, Krzesany, Kościelec, Siwa mgła. Bliskie zresztą były one również samemu kompozytorowi, tak jak bliskie mu były góry. Podczas wielu naszych spotkań „niezawodowych”, ot takich, żeby sobie siąść i przez godzinkę czy dwie pogadać, o niczym szczególnym, o wszystkim po trochu – gdyby nagle przypadkiem (czego, co prawda, nie mogę sobie nawet wyobrazić) zabrakło nam tematów do rozmowy, zawsze można by było liczyć na dwa: nasze koty i góry właśnie, z którymi ja też, szczególnie z Tatrami i Orawą, związany jestem od dzieciństwa. Orawę Kilara prawykonywałem w Zakopanem z Polską Orkiestrą Kameralną, z Janem Staniendą jako koncertmistrzem i Jerzym Klockiem grającym w sposób przepiękny kilkunastotaktowe solo wiolonczelowe w środku utworu. W związku z próbami, które odbywały się w Zakopanem i w sali Domu Związku Podhalan w Ludźmierzu pod Nowym Targiem, spędziliśmy tam wówczas z Wojtkiem kilka dni, najczęściej w towarzystwie Andrzeja Bachledy, niezrównanego wykonawcy Siwej mgły; nasze długie „posiady” w rozmaitych zakopiańskich i nowotarskich knajpkach, długie, typowo „zakopiańskie” pogaduchy, próby, wszystko to tworzyło szczególny klimat, który kojarzył się z Zakopanem z dawnych lat, kiedy była to oaza ludzi osobnych, szukających tutaj kontaktu z jakąś metafizyką, która w górach bywa wręcz namacalnie obecna, i azylu od „normalnego” życia. Bo Wojtek był właśnie – ze swoją delikatnością, nerwowością, pewnym wycofaniem, a przy tym jednak silnym zdecydowaniem w swojej sztuce – człowiekiem bardzo osobnym. Prawykonanie Orawy w Sali Biura Wystaw Artystycznych w Zakopanem stało się również bardzo szczególnym świętem – przyjechała na nie grupa orawskich górali spod Jabłonki, która po wykonaniu założyła nieco zakłopotanemu, ale myślę, że bardzo szczęśliwemu Wojtkowi na głowę góralski kapelusz. W dedykacji na partyturze wydanej przez Petersa Wojtek napisał mi potem: „Wojtkowi Michniewskiemu, współwłaścicielowi – jeśli pozwoli – Orawy...” i jest to najpiękniejsza zapewne rzecz, jaką kompozytor mógłby powiedzieć wykonawcy swojego utworu.

Gdy dowiedziałem się, że Wojtek odszedł od nas, zajrzałem do Internetu. Przeczytałem, że pogrzeb będzie w piątek o jedenastej. Kupiłem bilet do Katowic i ułożyłem swoje zajęcia tak, żeby móc się z nim w piątek na tej ceremonii pożegnać. Dotarłem do katedry w Katowicach przed jedenastą. Nie było tam żywego ducha, a Internet w komórce poinformował mnie, że uroczystości pogrzebowe są jednak w sobotę. Pomyślałem, że skoro przyjechałem, to pójdę pożegnać się z Wojtkiem na cmentarz na grób Barbary, jego żony – jeśli gdzieś można go jeszcze spotkać, to chyba właśnie tam. Na cmentarzu grób otoczony był przez grupę wysokich rangą wojskowych, którzy ustalali ruchy wojsk i taktykę działań na następny dzień („… jak tu zrobić, żeby ludzie się tu nie wepchali…”, „… może ustawmy zapory z tamtej strony…”, „… tu już tak było, że jak jest taki tłum, to i BOR nie dał rady…”, „… najważniejsze, żeby nikt się tutaj w to miejsce nie wpychał, bo tu będzie Orzeł Biały, a Orzeł Biały jest najważniejszy…”). Czułem, że Wojtka najwyraźniej nie może tu być. Udało mi się doczekać chwili samotności, położyłem różę Barbarze, zapaliłem światełko i poszedłem z drugą różą dla Wojtka pożegnać się z nim przed jego domem. Ale tam go też w sposób dla mnie oczywisty nie było, dom stał samotny i pusty, w siatce ogrodzenia znajdowały się kwiaty od tych, którzy byli tu przede mną. Swoją różę dołączyłem do innych. Z Wojtkiem pożegnam się dopiero, gdy pojadę w Tatry – tam będzie on na pewno. I sądzę, że lubiłby opowieść o moim skomplikowanym, prywatnym się z nim żegnaniu.