Wydanie: MWM 03/2014

„Nie władam mymi marzeniami”

Article_more
Wyższe szkolnictwo muzyczne wciąż napotyka na spore trudności w odnalezieniu wspólnego mianownika dla debat z udziałem opinii „zewnętrznych”, pozaakademickich. Stąd też trudno wymagać szerszego kręgu odbiorców estetyki postulowanej przez Žižka i Dolara również na wydziałach artystycznych.

O tandemie Slavoj Žižek i Mladen Dolar zahuczało po ukazaniu się na polskim rynku bestsellerowego zbioru esejów Druga śmierć opery (S. Žižek, M. Dolar, Druga śmierć opery, przeł. S. Królak, Warszawa 2008). Dokonane przez autorów konfrontacje kart nieco arbitralnie „powyrywanych” z zeszytu dziejów muzyki, skojarzonych następnie z wybranymi wątkami filozofii krytycznej, socjologii, a nawet psychoanalizy, błyskotliwe, zgrabnie na miarę skrojone eksperymenty myślowe, skupienie uwagi na fabule oraz niestandardowe opisy stanów emocjonalnych bohaterów niestety nie zrekompensowały braku rozpoznawalnego teoretyczno-metodologicznego zaplecza. Spowodowało to rychłe wykasowanie tej pozycji z top listy cennych dla środowiska akademicko-muzykologicznego publikacji, z którymi rzesze melomanów nie miały okazji się zapoznać. Sytuacja jest dość emblematyczna, dlatego prowokuje mnie do sformułowania dwóch istotnych problemów. Pierwszy nazwę umownie czysto „systemowym”. Wyższe szkolnictwo muzyczne wciąż napotyka na spore (lecz swoiste) trudności w odnalezieniu wspólnego mianownika dla debat z udziałem opinii „zewnętrznych”, pozaakademickich. Stąd też trudno wymagać szerszego kręgu odbiorców estetyki postulowanej przez Žižka i Dolara również na wydziałach artystycznych. Tradycyjnego, niewykształconego muzycznie polskiego melomana abonamentowego średniej bądź starszej generacji, który dysponuje jeszcze jakąś głębszą świadomością potrzeby słowa o muzyce, zazwyczaj kształtowało pióro Kisiela, Myciela albo Waldorffa. Jakże więc filozof, i to rozpoczynający swój wywód stwierdzeniem, że to właśnie filozofowie zawsze niechętnie chadzali do opery, mógłby trafnie formę tę diagnozować? Nie rozstrzygam, bo sprawa recepcji książki w polskim przekładzie jest dla mnie pretekstem przejścia do sedna, czyli drugiego problemu. 

Wraz z wkroczeniem płynnej nowoczesności do sfery kultury granice jej zostały zniesione, wszelkie ściany ideowe rozpadły się, a wszechobecna dominacja wybiórczych mikronarracji spowodowała, że nowe formy awangardy muzycznej zamanifestowały się jako efemerydy, często stojąc na pograniczu świata wirtualnego i rzeczywistości. Autorzy nie omawiają tego zagadnienia szerzej, nie wchodzą na terytorium teatru muzycznego w XXI wieku, a szkoda, bo ich sposób ujęcia tematu mógłby zaintrygować miłośników muzycznej moderny i położyć solidniejsze podstawy pod dyskusje na temat, który był dotychczas dość zaniedbywany. Pole autonomii teatru operowego uległo już dziś całkowitemu rozmyciu. Nie obawiam się jednak, by tworzenie hybryd miało jakkolwiek całkowicie wyrugować zasadność używania pojęcia „opera” lub zwiastować jego domniemaną śmierć, a co za tym stoi, nie martwię się o niemożność kultywowania instytucjonalnego sensu teatru operowego.

Wojciech Blecharz, młody polski kompozytor działający na amerykańskim gruncie, eksploruje przestrzeń ukrytych na co dzień przed widzem przestrzeni gmachu Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w swoim Transcryptum. Jednocześnie odsłania przed odbiorcami świat osobistych, ukrytych, intymnych obaw, lęków, traum oraz pragnień. Jego opera jest opowieścią wielowymiarową, złożoną, wykorzystującą rekwizyty takie jak telewizyjne ekrany, spalone zapałki, ale też subiektywne domysły, erotyczne gesty, a nawet obsługę techniczną windy, którą z podziemi transportowane są elementy scenografii. Zaangażowane są też garderobianki, zakamuflowane komnaty czy korytarze ewakuacyjne. Widz zaś nieustannie przemieszcza się, podczas gdy sama akcja opery „stoi” w miejscu. Gdyby cofnąć się o parędziesiąt lat wstecz, wierzę, że duet Žižek–Dolar mógłby odnaleźć niezliczone przykłady świadczące o tym, że opera nie umarła, a wciąż rozwijała się, bez potrzeby przywoływania wiekopomnych librett Lorenza da Pontego czy Richarda Wagnera. Wystarczyłby jeden rzut oka na dzieje Fluxusu.