Wydanie: MWM 03/2014

Poeta, który wysadzał Amerykę

Amiri Baraka
Article_more
Dziewiątego stycznia zmarł w Newark prawdopodobnie jedyny współczesny amerykański pisarz skazany za nielegalne posiadanie broni. Ale to przede wszystkim swój dorobek literacki Amiri Baraka (do czasu konwersji na islam znany jako Everett LeRoi Jones) budował tak, jak terrorysta buduje swój arsenał. Z tą różnicą, że Baraka nie czekał na dogodny moment, nie zwlekał z detonowaniem swoich wierszy i swojej prozy. Czasami były to akty straceńczej (i niepotrzebnej) odwagi.

O takich jak on zwykło się pisać, że w poszukiwaniu prawdy popełniali błędy. Autorzy artykułów próbują przypiąć im łatkę prowokatorów, chowają za określeniem „kontrowersyjny” własne poglądy lub, co gorsza, własną niewiedzę. Łatwiej niż ujawnić własne stanowisko jest przytoczyć opinię lub nabrać wody w usta. Trochę w tym ostrożności, trochę poprawności politycznej, trochę koniunkturalizmu.

Tymczasem Amiri Baraka mylił się, mylił się wiele razy, i to wcale nie w poszukiwaniu prawdy. Popełniał błędy, kiedy szukał swojego miejsca. Bywał ślepym neofitą, podkreślając (czasem karykaturalnie) własną tożsamość. Zbudowawszy już swoją pozycję obiecującego poety i dramaturga (kontakty z Kerouakiem i Ginsbergiem, debiut poetycki, nagradzana jednoaktówka Dutchman z 1964 roku…), wykonał gwałtowną woltę i został „czarnym nacjonalistą kulturalnym”. Uznał wtedy, że nie powinien żyć w związku z białą kobietą, toteż po siedmiu latach małżeństwa rozwiódł się z pisarką Hettie Cohen, zostawiając dwie córki, i wyprowadził się do Harlemu.

Amiri Baraka mylił się, wspierając reżim Fidela Castro. Mylił się, kiedy umieszczał w swoich esejach homofobiczne postulaty, które notabene wprawiały w konsternację jego ówczesnych i dawnych homoseksualnych przyjaciół.

Nacjonalista, marksista, radykalny muzułmanin – urodzony ekstremista, chciałoby się powiedzieć. Kardynalny błąd popełnił, pisząc przejmujący poemat Somebody Blew Up America, wściekłą litanię, w której wymienia zbrodnie dokonane przez (białego) człowieka, w tym Holokaust. Niestety, rozbijając odwieczne pytanie unde malum? na molekuły, zagalopował się, a temat zamachów z 11 września to materia niezwykle delikatna. Opierając się na wyssanych z palca plotkach lub zgoła na własnej wyobraźni, Baraka zapytał retorycznie: „Who knew the World Trade Center was gonna get bombed / Who told 4000 Israeli workers at the Twin Towers / To stay home that day” (Kto wiedział, że na WTC spadną bomby / Kto powiedział czterem tysiącom izraelskich pracowników z wież / Żeby zostali tego dnia w domu).

Wybuchł skandal, sugestię zawartą w tych trzech wersach uznano za skrajnie antysemicką, a na głowę pisarza posypały się gromy, czemu zupełnie się nie dziwię. Trzeba jednak zauważyć, że tekst powstawał raczej na zasadzie galopady skojarzeń (jakie bomby?!), a poza tym ataki na World Trade Center były pierwszą w historii tragedią tej skali przekazywaną niemal na żywo na całym świecie. Wiele głupot powiedziano w formie bieżących komentarzy, niejeden intelektualista się skompromitował. Baraka nie był ani pierwszy, ani ostatni, ani najgorszy. Trudno mi za to zrozumieć, dlaczego uparcie wracał do tego wiersza i recytował go publicznie prawie do końca życia. Dlaczego nie zmienił tych trzech obrzydliwych wersów?

 Był Amiri Baraka uparty, ale był też niezbędny i, co ważne, przez długie lata aktywnie obecny. Recytował, wydawał, prowokował i drażnił. Trudno przecenić jego wpływ na kształtowanie świadomości dzisiejszych Afroamerykanów, tysiące artystów uważają go za swojego duchowego ojca. Ale dlaczego Amiri Baraka pojawia się na łamach „Muzyki w Mieście” w kontekście jazzowym?

Po pierwsze dlatego, że free jazz hartował się w ogniu walki o równouprawnienie ras. To nie przypadek, że legendarny album Joego McPhee Nation Time ukazał się w 1970 roku, podobnie jak tomik Baraki noszący tytuł ...It’s Nation Time.

Po drugie Amiri Baraka był niezwykle uważnym słuchaczem jazzu, jego miłośnikiem i przenikliwym dziejopisem. Jego głos można usłyszeć na kilkunastu albumach z muzyką improwizowaną, a eseje Blues People: Negro Music in White America (1963) i The Music: Reflections on Jazz and Blues (1987) to dziś pozycje klasyczne.

Po trzecie poeta w ostatnich latach odwiedzał Polskę w towarzystwie wybitnych improwizatorów, między innymi Williama Parkera i Pheeroana akLaffa. Z Williamem Parkerem występował w ramach przedsięwzięcia poświęconego twórczości Curtisa Mayfielda, wtedy też z Amirim Baraką rozmawiał Tomasz Gregorczyk. W wywiadzie dla radiowej Dwójki pisarz mówił: „Nie przypadkiem w muzyce takich twórców jak Coltrane czy Sun Ra zawsze chodziło o zmianę i odnalezienie prawdy. Bo prawda nie jest oczywista w społeczeństwie opartym na kłamstwach”. I dodawał z rozbrajającą szczerością: „Muzyka jest najszerszą i najbardziej ekspresyjną formą sztuki, bardziej nawet niż pisanie. Literatura jest dla mnie najwyższą formą wypowiedzi, bo nie potrafię na niczym grać”.

 

Zanim zacząłem pisać ten tekst, żmudnie przeszukiwałem serwisy internetowe polskich mediów w poszukiwaniu informacji o śmierci wybitnego amerykańskiego poety. W mediach „ogólnoludzkich” nie było nawet wzmianki, co mnie szczególnie nie zaskoczyło. Informację po polsku odnalazłem w Jazzarium.pl i na kilku blogach. Na stronie „Jazz Forum” – ani słowa.

 

Teraz otwieram stronę poświęconą pisarzowi, którą Facebook utworzył automatycznie, na podstawie Wikipedii. Pod skróconym biogramem czytam: „Znajomi, którzy polubili stronę Amiri Baraka”, niżej tylko jedno zdjęcie i jedno nazwisko – Roy Campbell. Dziwny zbieg okoliczności. Obaj – ważny pisarz i wybitny trębacz – zmarli 9 stycznia 2014 roku.