Wydanie: MWM 03/2014

Teatr księcia regenta

Article_more
Prinzregentenstrasse to ostatnia wielka aleja, o którą Monachium wzbogaciło się w XIX wieku. Ulica nazwana została na cześć powszechnie kochanego w Bawarii księcia-regenta Luitpolda Karla Josepha Wilhelma von Bayern, który władzę przejął po ubezwłasnowolnieniu najsłynniejszego wielbiciela Richarda Wagnera, którym był król Ludwik II.

Ulica zaplanowana została – podaje nader skrupulatny Baedeker – zgodnie z regułami późnodziewiętnastowiecznej urbanistyki. Rzadziej rozstawione potężne domy nie tworzą zwartej pierzei, ulica idąca po łuku wychodzi na szeroko otwierające się place – takie założenie sprawia, że spacerując Prinzregentenstrasse czuje się dojmujący wpływ konserwatywnego gustu zamożnego mieszczaństwa doby fin de siècle’u, potęgowany przez świeże alpejskie powietrze. Przy ulicy księcia-regenta w cieniu drzew kryje się pomnik Richarda Wagnera, wykonany przez Heinricha Waderé w 1913 roku. Na wysokim postumencie niemłody już Wagner siedzi pogrążony w zadumie, wyniosły i nieprzystępny, do tego przeskalowany tak, że jego postać przytłoczyć może najbardziej nawet rosłego człowieka. Trzeba przejść kilkadziesiąt metrów, by od pomnika dotrzeć do wspaniałego Prinzregententheater, wzniesionego wedle projektu Maxa Littmanna w latach 1900–1901. Pierwotnie osławiony „Kini”, czyli Ludwig II, chciał wybudować w tej okolicy teatr festiwalowy, który zaprojektować miał Gottfried Semper, „etatowy” architekt oper i teatrów w niemieckim kręgu kulturowym, stało się jednak inaczej, powstała bowiem niemal kopia Wagnerowskiego sanktuarium, jako że Littmann ściśle wzorował się na budynku domu festiwalowego w Bayreuth stworzonego wedle koncepcji samego Richarda Wagnera.

Na otwarcie Prinzregententheater 21 sierpnia 1901 roku wystawiono Śpiewaków norymberskich Richarda Wagnera. Scenę teatru wykorzystywano do rozmaitych celów, nie tylko operowych, jednak w latach 1919–1944 rokrocznie największą atrakcją sezonu był letni festiwal twórczości Richarda Wagnera. Pod koniec wojny budynek srodze ucierpiał wskutek bombardowań, udało mu się jednak ocaleć w przeciwieństwie do Nationaltheater, czyli siedziby Bawarskiej Opery Państwowej, która w oczekiwaniu na odtworzenie budynku przy Max-Joseph-Platz rezydowała „u księcia-regenta” do 1963 roku. W tym właśnie roku zaczęła się przebudowa Prinzregententheater. Prace remontowe trwały bardzo długo, bo do 1996 roku, kiedy ostatecznie otwarto teatr, zresztą ponownie dziełem Wagnera – tym razem pokazano Tristana i Izoldę. Błędem byłoby jednak sądzić, że w Prinzregententheater nic się poza Wagnerem nie gra. To tu odbyły się światowe prapremiery takich dzieł jak Palestrina Hansa Pfitznera (1917), Pas d’action Hansa Wernera Henzego (1952) czy Harmonia świata Paula Hindemitha (1957). To tu działa znakomita Bayerische Theaterakademie August Everding, w której kształci się nie tylko aktorów, śpiewaków i reżyserów, lecz także dramaturgów, specjalistów w dziedzinie świateł, a nawet krytyków. 

Prinzregententheater przez Niemców zwany jest „demokratycznym teatrem Monachium”. Teatr zasługuje na to określenie ze względu na charakterystyczne rozplanowanie widowni, dzięki któremu praktycznie ze wszystkich miejsc dobrze widać i słychać to, co dzieje się na scenie. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet na tej „demokratycznej” widowni porządek być musi, nawet w czasach kryzysu. Skłania do tego sam budynek, który zdaje się być niewzruszoną ostoją tego, co Niemcy nazywają gutbürgerlich. Życie lubi jednak płatać figle.

Podczas ubiegłorocznego letniego festiwalu operowego w Monachium w Prinzregententheater miałem okazję oglądać Ariadnę na Naksos Richarda Straussa. Spektakl był wyprzedany z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, powszechne zdziwienie wzbudził więc fakt, że w samym środku sali po trzecim (tak, po trzecim!) dzwonku wciąż było kilkadziesiąt wolnych miejsc. Widzowie będący w posiadaniu biletów na miejsca położone nieco bardziej z boku zaczęli przesiadać się na środek, początkowo nieco nieśmiało, później zdecydowanie odważniej, gdy zobaczyli, że przesiadają się niemal wszyscy. Orkiestra zaczęła się stroić. Nagle drzwi zamknięte przez bileterów punktualnie o 19:00 otworzyły się ponownie, co sprawiło, że sala natychmiast zamilkła. Orkiestra też. Starszy rangą bileter wprowadził spóźnioną grupę greckiej młodzieży szkolnej, w większości małych dzieci. To właśnie ich miejsca zostały zajęte. „Wszystkie osoby siedzące na miejscach innych niż wskazano na bilecie proszone są o natychmiastowy powrót na miejsca wskazane na bilecie” – donośnie oznajmił starszy rangą bileter. Jego prośba posłusznie została spełniona. I wtedy na poszukiwanie swoich miejsc w środku sali wyruszyli winni kryzysowej sytuacji Grecy. Wyruszyli nader nieśpiesznie. Gdy w końcu bileterzy ponownie zamknęli drzwi, wytworny monachijski meloman siedzący z mojej lewej strony wymownie spojrzał na zegarek. Była 19:21. Orkiestra zaczęła grać pierwsze takty Ariadny na Naksos, które tym razem zdały mi się bardziej zabawne niż zwykle.