Wydanie: MWM 07/2012

Obraz z płyty

Article_more
Yehudi Menuhin powiedział kiedyś, że muzyka z płyty smakuje tak, jak jedzenie z puszki. Czy podobnie niewyrazisty smak mają obrazy, które znamy tylko z małych reprodukcji? Latem, gdy dobiegnie końca sezon koncertowy – o ile nie udajemy się na tournée po niezliczonych dziś w samej Europie festiwalach – nadchodzi czas wakacyjnych remanentów i porządków także w płytach, których przez kilka zimowych miesięcy zebrało się bardzo wiele.
 

Gdy przeglądamy równo ułożone rzędy, na okładkach podziwiać możemy arcydzieła malarstwa w wersji mini, czasem nawiązujące bezpośrednio do zawartego na danym albumie repertuaru, niekiedy zaś dodanych jako dekoracja skojarzona z muzyką dość swobodnie. Musimy zgodzić się z Menuhinem i przyznać, że obrazki te odsłaniają swoje tajemnice dopiero, gdy oglądamy je z bliska, na ścianach galerii i muzeów. A tropienie ich to wspaniała zabawa, zwłaszcza że zdarza się, iż niespodziewanie spotkanemu malowidłu w naszej głowie towarzyszą dźwięki z płyty, którą jego reprodukcja zdobi.

 

To właśnie przydarzyło mi się w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum. W stonowanym świetle klimatyzowanych sal zwiedzających było niewielu, skupiali się wokół dzieł najbardziej znanych, pośpiesznie biegali między wielkimi nazwiskami, a w pojemnych pamięciach swoich cyfrowych aparatów zapisywali chaotycznie robione zdjęcia. W małej, bocznej sali było pusto. Żaden z turystów nie oglądał obrazów Giuseppe Arcimbolda. Ten urodzony w 1527 roku mediolańczyk zasłynął dzięki kompozycjom z przedmiotów, którym nadawał ludzkie kształty. Na widok ułożonego z warzyw i owoców Lata moje wewnętrzne ucho niespodziewanie zaczęło słyszeć odgłosy muzycznej bitwy – Fechtschule Johanna Heinricha Schmelzera, później zaś skrzypcowe kukanie kukułki z sonaty Imitatione del Cuccu Johanna Jakoba Walthera. Oba utwory znajdują się na tym samym albumie zespołu Musica Antiqua Köln, prowadzonego przez Reinharda Goebla. Jego okładkę zdobi właśnie praca Arcimbolda.

 

W ten sposób odkryłem nową zabawę, a na kolejną niespodziankę nie trzeba było długo czekać. Wysoko pod sufitem wisiał słynny portret Christopha Willibalda Glucka pędzla Josepha-Sifrède’a Duplessisa, który przed rewolucją pracował dla francuskiego dworu, później zaś, przeczekawszy na prowincji lata terroru, w 1796 roku został kuratorem nowo powstałego muzeum w Wersalu. Duplessis portretował Glucka dwie dekady wcześniej. Twórcę Orfeusza i Eurydyki pokazał w chwili tworzenia, ze wzrokiem skierowanym ku niebu, z lewą ręką uniesioną nad klawiaturą, prawą trzymającą akord. Natchniony Gluck zdobi książeczkę towarzyszącą nagraniu Ifigenii na Taurydzie w niezwykle żywiołowej interpretacji Marca Minkowskiego. Początek utworu to straszliwa burza, podczas której Ifigenia błaga bogów o miłosierdzie: „Grands Dieux, soyez-nous secourables”. Pełen pobożnego spokoju Gluck Duplessisa jest niezwykle odległy od dźwięków, które obraz wywołuje w pamięci. Portret jest tak wysoko, że kompozytorowi nie można spojrzeć prosto w oczy.

 

Zupełnie inaczej wyglądają moje wielokrotne spotkania z Richardem Wagnerem w Alte Nationalgalerie na Wyspie Muzeów w Berlinie. Nie ukrywam, że Wagnera odwiedzam przy każdej nadarzającej się sposobności. Portret namalowany przez Franza von Lenbacha wisi na końcu długiej, wąskiej, przypominającej korytarz sali. Zawieszony jest w taki zaś sposób, że nawet dość wysoka osoba jest zmuszona spojrzeć twórcy Tristana i Izoldy prosto w oczy, co, przypomnijmy, nie zawsze spotykało Wagnera za życia, był bowiem dość niskim mężczyzną. Przed jego wzrokiem trudno uciec, ale też nie każdy go wytrzyma. Nie pomaga w tej konfrontacji wewnętrzne ucho przywołujące wszechogarniające dźwięki Wagnerowskich partytur. Podczas ostatniej wizyty w mojej głowie obudziły się przytłaczające siłą skojarzeń akordy wstępu ze Śpiewaków norymberskich w nagraniu Herberta von Karajana. Uciekając przed nimi, odwróciłem się i znalazłem ciszę, tyle że złowrogą – naprzeciwko Wagnera wisi bowiem potężny Otto von Bismarck, także pędzla von Lenbacha. Trudno o dobór godniejszych siebie przeciwników. Chcąc uwolnić się od chmurnych fizjonomii obu panów, udałem się w miejsce znane i bezpieczne, na parter berlińskiej galerii. Najwięcej tam dzieł opiewających chwałę Prus, a dominują wśród nich prace Adolpha von Menzla.

 

Urodzony w 1815 roku we Wrocławiu artysta doskonale umiał pokazać czasy Fryderyka Wielkiego, zwłaszcza gdy z wielką pieczołowitością przedstawiał umundurowanie pruskiej armii. Jego słynny Koncert fletowy w Sanssouci zachwyca światłem świec, które sprawiają, że zaciera się granica między cieniem a mrokiem. Czyja muzyka tu rozbrzmiewa? Być może Carla Philippa Emanuela Bacha, Franza Bendy albo Johanna Joachima Quantza? A może to koncert napisany przez samego króla? Możemy zgadywać, wszyscy wspomniani kompozytorzy są na obrazie obecni. Gra Fryderyk Wielki, wybitny flecista-amator. Wielu współczesnych muzyków poświęciło mu swoje nagrania, mnie przypomina się opalizujący dźwięk złotego fletu Patricka Gallois ze starego już dość albumu wydawnictwa Deutsche Grammophon. Obraz von Menzla zaskakuje potężnym rozmiarem, nijak nie pasującym do miniaturowych reprodukcji z okładek płytowych. W Berlinie jest jeszcze płótno przedstawiające salonowy koncert Fryderyka Chopina. Do niego już jednak nie dotarłem. Słuchając Menuhina, czekam na muzyczną niespodziankę, którą zgotuje mi kolejne muzeum.