Wydanie: MWM 03/2014

Koniec pieśni, kostucha zaprasza do tańca

Article_more
W ostatni wtorek karnawału bas musiał spocząć w trumnie, opłakiwany przez wdowę i licznych birbantów, a muzyka milkła na czterdzieści dni. O tańcach nie mogło być mowy, chyba że zapraszała tancerka, której strach odmówić.

Niby na karnawał w starym Wrocławiu dziennikarze kręcili nosem – że nie dorównuje temu w Wenecji, ani nawet w Kolonii lub chociaż w Warszawie („klimat i charakter ludu widać nie sprzyjają hucznym zabawami karnawałowym”) – ale przyznawali, że muzycy mieli dość okazji do zarobku. W 1865 roku wrocławski korespondent warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego” Jan Mikołaj Fritz ocenił, że „mnogie koncerta nastręczają posobność do przyjemnego przepędzenia pory zimowej”. Narzekał jednak, że orkiestry za bardzo próbują zadowolić wszystkich słuchaczy (bo ostatecznie wszyscy tyle samo zapłacili za bilet). W efekcie „stosownie do tego układa się program, wykonując symfonie Beethovena, Mozarta i innych mistrzów obok walców i polek, a tym samym wszystkim dogadza”.

Rok później Fritz również uznał, że „muzyki było do syta, a to za tanie stosunkowo pieniądze. Brzmiała ona po salach resursowych, gdzie z gospodarności swej okrzyczane Niemki wraz z wystrojonymi córeczkami do wieczora nie ruszały się z miejsca. […] Brzmiała w szatach klasycznych w gmachu giełdowym. Brzmiała nareszcie i w koncertach, co drugi tydzień urządzanych przez Towarzystwo Orkiestrowe, a znakomitych rzeczywiście, co do wyboru programatu i wykonania”.

Dopiero podczas karnawału 1867 roku było podobno zbyt cicho, choć korespondent „Tygodnika Ilustrowanego” uznał za dużą atrakcję występ słynnej francuskiej mezzosopranistki Michele Ferdinande Pauline Viardot (należała do rodziny García, słynnych hiszpańskich śpiewaków). „Głosu wprawdzie posiada już niewiele, ale czego z tej strony jej brakuje, z drugiej zastępuje koloraturami po mistrzowsku wykonanymi, biegłością podziwienia godną pasażów, które w najszybszym tempie nawet brzmiały jak srebrne dzwoneczki, przewyborną deklamacją i wzorową dramatycznością”.

Najbardziej szalone i głośne zabawy odbywały się w ostatnie trzy dni karnawału, zwane również kusymi dniami. Tańce, hulanki, swawola, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, bo jak pouczali członkowie towarzystwa miłośników bicykli, którzy w 1892 roku bawili się w Starej Giełdzie, „zanim więc przez długi czas / przyjemności pójdą w las / i nie będzie już befsztyków / ani innych smakołyków / wzmocnij się ostatni raz, / karnawału nastał czas” (cyt. za: G. Sobel Przy wrocławskim stole). Oczywiście, owe befsztyki należało solidnie podlać, ale skoro „szlachetne wina z beczki / leje panna… jak z bajeczki”, to niebezpieczeństwa śmierci z pragnienia nie było.     

Moraliści rzucali wprawdzie gromy, że uczestnicy karnawału pogrążają się w otchłani występku, ale wielowiekowe doświadczenie ludzkości stawało po stronie tych, którzy nie żałowali ani nóg, ani żołądka.

W średniowieczu pobożni francuscy mnisi oliwetanie postanowili umartwić się i wyrwali wszystkie krzewy z klasztornej winnicy oraz pogruchotali beczki na wino. Pochorowawszy się jednak od wody, musieli się z winem przeprosić. Mało tego, zaczęli pijać tylko najlepsze (najgorsze sprzedawali…). Książę legnicki Henryk XI nie miał tyle szczęścia i refleksu. Dopóki na jego stole gościło wino, cieszył się dobrym zdrowiem. Umarł dopiero po wypiciu… trzech szklanek mleka.

Już Hipokrates twierdził, że „wino jest rzeczą cudownie przeznaczoną dla człowieka”, ale jednocześnie zastrzegał: „jeżeli zdrowy lub chory będzie je przyjmował w stosownej porze i umiarkowanie”.

Gdyby biskup Fugger (ze słynnej rodziny z Augsburga) wziął do serca ostrzeżenie ojca medycyny… Udając się do Rzymu na koronację cesarza Henryka V, wysłał przed sobą pachołka, który słowem „est” (jest) wypisanym na ścianie oberży znaczył miejsca, gdzie podają ulubione przez biskupa białe wino. Trunek z oberży w Montefiascone, sto kilometrów na północ od Rzymu, tak mu smakował, że trzykrotnie napisał magiczne słowo. Biskup polegał na zdaniu sługi i zaczął degustować. A że był człowiekiem w latach podeszłym i próbował wina zbyt ochotnie, został w Montefiascone na wieki. Jeszcze niedawno, w rocznicę śmierci biskupa, miejscowi winiarze wlewali do jego marmurowego grobowca beczułkę wina zwanego „Est, est, est”.

Wprawdzie Eklezjastes powiada, że „wino i kobiety sprowadzają ludzi rozsądnych z drogi cnoty”, ale św. Paweł zalecał w Pierwszym Liście do Tymoteusza (5,23): „Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości!”. Zresztą, jak twierdził kardynał Richelieu, jeśliby Bóg zakazywał picia, czy uczyniłby wino tak dobrym?

Ale taki Konrad Świnka z dolnośląskiego zamku Świny został prawie pięć wieków temu ukarany śmiercią od pioruna, bo nadużywał. Wina i cierpliwości boskiej. Padł martwy w chwili, gdy popijał winko ze srebrnego kielicha, a stopiony metal oblał mu dłoń, uniemożliwiając wyjęcie naczynia. Kara ewidentna, więc zabawa też musiała mieć swój kres.       

Ten nadchodził w kusy wtorek (w tym roku 4 marca) o północy. Wraz z wybiciem godziny dwunastej muzyka musiała zamilknąć. Na Śląsku, a szczególnie na Opolszczyźnie popularnym obrzędem ostatkowym był tzw. „pogrzeb basu”. Godzinę przed północą wchodził na salę gospodarz zabawy i nakazywał wybór „wdowy”, gdyż zbliża się godzina śmierci starego, zmęczonego zabawami basu. To powiedziawszy, zaczynał co kwadrans odpinać jedną z czterech strun basu, przy akompaniamencie zawodzeń „wdowy”, którą zostawała zwykle najlepsza tancerka. W końcu czterech ubranych na czarno młodzieńców brało bas niby trumnę na ramiona i wraz z całym konduktem pogrzebowym obchodziło salę kilka razy dookoła, kończąc pochód przy bufecie, gdzie gospodarz częstował wszystkich śledziami, które były – obok żuru – symbolem postu. Kiedyś zastępowały mięso, które (tak przynajmniej sądzono) rozpalało namiętności, rodziło lubieżność, nie sprzyjało modlitwie. A przy chudym śledziu łatwiej było rozważać kwestię „memento mori”. I nie wracać pamięcią do tańców i swawoli z pannami jak z bajeczki.

 

Jedynym tańcem, o którym należało myśleć w czas postu, był ten, do którego tak ochoczo wszystkich zapraszała interlokutorka mistrza Polikarpa, Kuma Śmierć: „Goła głowa, przykra mowa, / ze wszech stron skarada postawa / Wypięła żebra i kości, / Groźno siecze przez lutości”.

 

We Wrocławiu znajdował się niegdyś obraz (zaginął, znamy go tylko dzięki archiwalnej fotografii) przedstawiający taniec śmierci na tle panoramy Wrocławia w obecności św. Rocha i św. Sebastiana, czyli patronów strzegących do zarazy. Upamiętniał najprawdopodobniej epidemię dżumy w 1585 roku, gdy miasto straciło około sześciu tysięcy swoich obywateli. Cykl rysunków z przedstawieniem władzy śmierci znalazł się także w wyjątkowym rękopisie z około 1625 roku, będącym własnością Theodora Rindfleischa (syna znanego we Wrocławiu humanisty i równie wybitnego lekarza Daniela Rindfleischa zw. Bucretiusem). Rękopis ów nosi tytuł Theatrum vitae et mortis i znajduje się w zbiorach wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej (Oddział Rękopisów, sygn. B 1950). Jak podkreśla prof. Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu, cała jego zawartość to niekończący się taniec śmierci ukazany w bardzo bogatym, erudycyjnym kostiumie.

Warto obejrzeć, bo korowód taneczny, który wiodła z biegłością najwybitniejszego wodzireja, inspirował wielu kompozytorów, między innymi Ferenca Liszta (Totentanz na fortepian i orkiestrę z 1849 roku, bardzo popularny w XIX wieku) i poemat symfoniczny Camille’a Saint-Saënsa Taniec szkieletów (1875), więc programy postnych koncertów mogły być au courant. Jest północ, śmierć sprasza duchy na zabawę, można tańczyć. Do piania koguta.