Wydanie: MWM 03/2014

Lutnia, Dalkey pod Dublinem, 20 lutego 1976 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Niewiele wiadomo o młodości Johna Dowlanda, największego chyba lutnisty, jakiego zrodziła Anglia; niepewna jest i data – rok 1562 lub 1563 – i miejsce jego narodzin. Przeważnie przyjmuje się, że przyszedł na świat w Westminsterze, jednak w 1906 roku w czasopiśmie „The Gentleman’s Magazine” ukazał się artykuł sugerujący, że Dowland był rodowitym Irlandczykiem i urodził się w miasteczku Dalkey (obecnie przedmieście Dublina).

Autorem tekstu był, rzecz jasna, Irlandczyk, dr William Henry Grattan Flood, organista katedry św. Aidana w Enniscorthy, kompozytor muzyki kościelnej (między innymi trzech mszy ku czci św. Aidana, św. Cartha i św. Wilfryda), kawaler papieskiego orderu św. Grzegorza Wielkiego (a później także szambelan papieski), współpracownik licznych periodyków i autor tak epokowych dzieł, jak Historia dud (praca pożyteczna, acz kontrowersyjna), Historia harfy i Historia diecezji Ferns (jest to, dodajmy, jedyna po dziś dzień monografia tej diecezji).

Dowody przytoczone przez Flooda w wymienionym artykule i późniejszych publikacjach były skąpe – otóż w 1577 roku w gospodarstwie pod Dalkey mieszkał niejaki John Dowlan (a właściwie: Dubhlaing lub O’Dolan) i to on miałby być ojcem słynnego lutnisty; w księdze wypłat dublińskiego Trinity College badacz znalazł innego Dowlanda, ale w 1605 roku, kiedy to kompozytor z pewnością nie przebywał w Irlandii, natomiast dedykacja „dla Johna Forstera młodszego, mego krajana, kupca w Dublinie” odnosi się zapewne do członka angielskiej rodziny, która prowadziła interesy na Zielonej Wyspie. Słabość tych argumentów nie miała, rzecz jasna, większego znaczenia dla mieszkańców Dalkey, miasteczka, które może się pochwalić tylko dwiema normańskimi wieżami, zwanymi szumnie „zamkami”, zimną plażą oraz wysepką z fortem.

 

Nic więc dziwnego, że w miarę zbliżania się trzysta pięćdziesiątej rocznicy śmierci Dowlanda – który zmarł i został pochowany 20 lutego 1622 roku w Londynie, na cmentarzu przy kościele św. Anny w dzielnicy Blackfriars, zniszczonym zresztą czterdzieści cztery lata później w wielkim pożarze metropolii – dalkejczycy coraz częściej myśleli o upamiętnieniu szacownego, nawet jeśli adoptowanego wbrew faktom, syna swego miasta. Po burzliwych obradach i akcji gromadzenia funduszy stanęło w końcu na tym, żeby skwer przykościelny ozdobić wielką spiżową lutnią.

Tymczasem po Jamesie O’Keeffe nowym burmistrzem Dublina został Patrick „Paddy” McCann, człowiek przesadnie pewny siebie, „rozmiłowany w brzmieniu własnego głosu”, który szybko zraził do siebie zarówno miejscową katolicką większość, jak i protestancką mniejszość; lokalne gazety zaczęły na wyprzódki publikować pikantne informacje o jego podejrzanych interesach deweloperskich, machlojkach przy wewnątrzpartyjnych wyborach, wreszcie o „nieuporządkowanym” życiu seksualnym (słynny „Owczy skandal” w grudniu 1975 roku). Po paru miesiącach McCann był skończony jako polityk, twardo jednak trzymał się burmistrzowskiego stołka i kategorycznie odmawiał podania się do dymisji. Brał udział w kolejnych wydarzeniach publicznych, nie bacząc na coraz głośniejsze protesty obywateli: został obrzucony rozgotowaną brukwią w trakcie otwierania przedszkola na północy miasta, a także wytupany i wygwizdany na dorocznym balu na rzecz sierot. Kiedy w Dalkey ogłoszono, że pomnik zostanie odsłonięty przez burmistrza Dublina, w miasteczku zawrzało. 


20 lutego 1976 roku na placu przed dziewiętnastowiecznym, neogotyckim kościołem Wniebowzięcia Panny Marii w Dalkey zgromadziła się spora grupa protestujących, którzy wnieśli na teren parafii transparenty, częściowo obelżywe, oraz – jak czytamy w raporcie ze śledztwa – „dwie skrzynki nieświeżych artykułów spożywczych”. McCann pojawił się, zgodnie z zapowiedziami, około godziny dziesiątej rano; powitały go niechętne okrzyki, zagłuszające wątłe brawa od kilku pracowników ratusza. Podszedł z mikrofonem do mównicy, którą umieszczono tuż obok monumentalnego, okrytego płótnem pomnika. Cienki materiał, powiewając na wietrze idącym od morza, ujawniał co jakiś czas ten czy inny kontur spiżowej lutni.

 

Być może, gdyby McCann nie upajał się brzmieniem własnego głosu, przeżyłby katastrofę; niestety, kiedy dochodził do końca trzeciego akapitu laudacji poświęconej Dowlandowi, zignorował suchy trzask pękającego metalu i wrzask zgromadzonej publiczności, który wziął za jeszcze jeden przejaw wrogości; w głowę burmistrza uderzył trzeci kołek naciągu strun. Poza tą jedną osobą, której śmierć nastąpiła natychmiastowo, nie ucierpiał nikt inny; sama rzeźba uległa jedynie wgnieceniu w obszarze pudła rezonansowego.

 

W cztery godziny po śmierci McCanna do skrytobójczego zamachu przyznała się Irlandzka Armia Republikańska – poprzedniej nocy przy pomniku miał majstrować sabotażysta, który nadpiłował wsporniki, by „pozbyć się tego pryszcza na pięknym obliczu Éire”. Zaraz potem do dublińskich gazet wpłynęło oświadczenie organizacji Ulster Volunteer Force, która z kolei twierdziła, że McCann został zgładzony jako „kanalia wspierająca katolickich terrorystów”. W ciągu następnych dwóch dni do zabicia burmistrza Dublina przyznały się jeszcze cztery organizacje paramilitarne biorące udział w konflikcie o Irlandię Północną.

 

Śledztwo, które zostało zakończone cztery miesiące później, wykazało niezbicie, że winnym śmierci McCanna był tylko jeden człowiek: dwudziestojednoletni magazynier odlewni Moore’a w Cobh. Z powodu jego pomyłki twórcom pomnika wydano wsporniki, których parametry techniczne były niezgodne ze specyfikacją. Wprawdzie żadna z organizacji terrorystycznych oficjalnie nie wycofała swojego oświadczenia, ale ich rzekomy udział w „zamachu” stał się obiektem wielu żartów. Dziś naprzeciwko kościoła działa pub „Pod sześcioma zamachowcami”, sprzedający koszulki z McCannem grającym na lutni oraz nutami arii Flow, my tears Johna Dowlanda.