Wydanie: MWM 04/2014

„Ludzka rzecz"

Elżbieta Sikora poleca książkę Pawła Potoroczyna „Ludzka rzecz", Wydawnictwa W.A.B. 2013
Article_more
Z więzienia Smyczek wyszedł inny jakiś, odmieniony, przetrącony jakby. Cała wieś wyległa, żeby zobaczyć przybysza, który wolnym krokiem schodził drogą z górki od strony cmentarza. Pełną wiatru, szeroko rozpiętą lnianą koszulę zamienili mu na kaftan, podgarbili, ostrzygli, wyuczyli dreptania i picia bez zakąski. Niósł ze sobą czarny futerał, kształtu coś jak piórkowskiej baby w miniaturze, nieduże to, mała głowa jakby bez szyi i szyja bez głowy, duże cyce i rozłożysty zad bez nóg.

Pokłonił się ojcom, przywitał z sąsiedztwem, księdza jak należy w rękę ucałował, poprosił – naprawdę poprosił! – o konia, po czym na oklep pokłusował do Zatylnej, przycisnąwszy ramieniem czarne pudło. Najbliższy telegraf był w Bołtuciach, telefon chyba w Częstochowie, ale piekarzowa Wanda już znała nowinę i już biegła mu na wprost, z zakasanym fartuchem, ubielona, jedną ręką podtrzymując spódnicę, drugą próbując podczas biegu okiełznać piersi wylewające się z koszuli.

O więzieniu Smyczek powiedział tylko, że było w Tarnowie. Skrzypce, przyznawał, ukradł pijanemu lichwiarzowi.

– Powiedzcie, Smyczku, gdzieście się nauczyli grać – pytali Piórkowscy.

– U Cyganów – odpowiadał Jasiu, uśmiechał się jakoś tak na czarno, stroił instrument, pociągał smyczek kalafonią, stawał w małym rozkroku na lekko ugiętych kolanach i już było po nim – szedł prosto w objęcia swojego własnego Pana, szafarza talentów, Pana złoczyńców, cudzołożników i straceńców. 

I było w tej muzyce wszystko, czym Smyczek słynął, zanim ktokolwiek nazwał go Smyczkiem, było o wybitych zębach osiłków z kolonii Siwe, były druhny dupcone po krzakach wokół weselnego domu, pot i przekrwione oczy, smak gorzałki. Grywał rozwiązłe tanga i surowe mazury, piękne jak pogrzeb chłopskiego senatora. Kiedy indziej brzmiał wyszukanymi zdaniami, wolnymi od gramatycznych błędów, a w jego walcach kandelabry przeglądały się w pałacowych parkietach, po czym nagle targał trzema wierzbami i zaś

skrzypił kołami karawanu na piaszczystej drodze do Broniszewa.

 

W dziewięć grzesznych miesięcy potem piekarzowa urodziła martwego chłopca. Przez te dziewięć miesięcy Jasiu najpierw grał Wandzie, potem jej chciwemu dźwięków brzuszysku, wreszcie grał dla chleba, którego już nikt nie chciał u Wandy kupować. Chodził ze swymi skrzypcami do Krostek, do Bołtuciów, do Częstochowy, był nawet w Krakowie i w Kielcach. W Tarnowie – nie, za żadne pieniądze. Grał na weselach i pogrzebach, w kościołach i na kirkutach, na chrzcinach, w domach schadzek i na odpustach, a potem jeszcze i dziedzicowi na melankolię. Grał wszędzie tam, gdzie ich grzech nie zagłuszał muzyki. Skrzypce były kradzione, prawda, ale muzyka była Smyczka, a Smyczek był Pana i Pan się tego nie wypierał, inaczej byłby Smyczek zginął od pioruna albo choroby, albo od żmii, a nie od Niemca. Zresztą, czy może grzech od Pana pochodzić?

 

Ludzie znów zaczęli piec chleb po domach. W rok po śmierci piekarza z trzech czeladników został pięknej Wandzie jeden, a i to niemowa, trzymany raczej z litości niż z potrzeby. Ludzie woleli swój własny chleb, kwaśny jak ich uczucia, jak oni sami w kolorze ziemi. Taki to był odwet jak ich małe, płaskie bochenki, niewyrośnięty. Zawiść ludzka rzecz. Grzech i inne żywioły, jakie są zazdrość i plotka-obmowa, szkaradnie rozpętane na długie miesiące zawisły nad szczęśliwym domem.

 

Nie przyszło Wandzie łatwo wyspowiadać się po śmierci piekarza. Na wszelki wypadek w tamtą Wielkanoc w ogóle nie zjawiła się w kościele. W Wielką Sobotę ze święconym posłała przygłupiego niemowę i wróciła do Smyczka, tyle już wydobrzałego, że mu przez ten kwadrans, co Wanda święcone szykowała, już zaczęło jej brakować. W niedzielę zaś oznajmiła Jasiowi, że się piekarzowi zmarło. Nie dochodził Smyczek, co i jak. Zmarło się, to się zmarło, i już. Ludzka rzecz. Miał widać Franciszek pisane. Tyle w nim życia było, co w zakopcowanych ziemniakach.

 

Piórkowscy też myśleli, że dobrze się stało, bo pora i czas już były dla piekarza, i dobrze, że człowieczej męce też przychodzi kres, bo to zawsze jest jakaś nadzieja, i jeszcze dlatego dobrze, bo dawno tak uczciwie zasłużonego pogrzebu nie było.

 

Morga nie mógł uwierzyć. O harcach ze Smyczkiem słyszał, ale co innego ludzkie gadanie, a co innego spowiedź święta. Był środek tygodnia, w kościele nie było nikogo prócz Wandy, księdza i może jeszcze Ducha Świętego. Wanda mówiła powoli i wyraźnie, a nie było w jej głosie bojaźni ani skruchy, tylko zakłopotanie. Morga słuchał, nerwowo kręcąc się w konfesjonale, jeszcze nim doszła do kiszonych ogórków. Kiedy wyznała, jak odszedł piekarz, proboszcz zerwał się i łopocząc sutanną, wybiegł z konfesjonału. Wanda, wciąż na kolanach, wodziła za nim wzrokiem, w miarę jak Morga, na zmianę to łapiąc się za głowę, to czyniąc znak krzyża, przybliżał się i oddalał.

– Nieszczęsna! – wołał. – Mężobójczyni!

Wanda w końcu wstała z kolan.

– Czy to grzech jaki skrócić męki?

– Czyje?! Jawnogrzesznico, czyje? Twoje czy twego dobroczyńcy?

– Tego, kto cierpi – bardzo spokojnie odpowiedziała Wanda.

 

Paweł Potoroczyn Ludzka rzecz, Wydawnictwo W.A.B. 2013