Wydanie: MWM 07/2012

Wakacje z duchami,

czyli co nocami słychać we Wrocławiu
Article_more
Śpiewają, zawodzą, dzwonią, skrzypią, mlaszczą, piłują – wrocławskie duchy nie zawsze są muzykalne, ale chcą, żeby było o nich głośno. Kto nie wierzy, niech się przejdzie nocą po mieście.
 

Najlepiej zacząć od Ostrowa Tumskiego, najstarszej części Wrocławia, „wyspy księży”, jak pisał Bartłomiej Stein, XVI-wieczny geograf. Czas płynie tu wolniej, zgiełk wielkiego miasta ledwo dochodzi, a gdy zaczarowany latarnik zapali gazowe latarnie, przechodniom wydaje się, że stali się częścią idyllicznej baśni. Ale to złudzenie, terra sancta Wrocławia była widownią krwawych wojen, pojedynków, skandalizujących związków miłosnych i afer politycznych. Więcej tu śladów grzeszności i namiętności niż świętości. Dlatego trzeba się          przygotować na niebezpieczne spotkania.

Z duchem biskupa Konrada, który nikomu prebendy bez baryłki słodkiego wina nie dawał, ze zjawą biskupa Wawrzyńca, ofiary nocnych przechadzek po ogrodzie, słodko pachnących róż i jeszcze słodszej siostrzenicy oraz z pokutującym kanonikiem z kolegiaty Świętego Krzyża, Giovannim Battistą Bastianim. Chociaż podbił serce Casanovy – znakomitą kuchnią, jeszcze lepszą biblioteką i uroczą damą w pałacyku, której córki kochał jak własne – a także zdołał się wkraść w łaski króla pruskiego Fryderyka II, to z Opatrznością sobie nie poradził i teraz musi straszyć.

Heinricha pamięci rapsod żałobny

Najbardziej przerażający horror rozgrywa się jednak nocami w katedrze. „Śmierć nadchodzi, a nie wiesz, gdzie, kiedy i jak. Bóg jednak często daje znak. I dał. Gdy kanonik umrzeć miał, świątynia zadrżała, uderzył na trwogę dzwon, ponurej pieśni ton przeniknął katedry mur” – to  fragment wiersza, który widniał kiedyś na dwóch tablicach wmurowanych po obu stronach katedralnego chóru (łaciński tekst podał niemiecki folklorysta Richard Kühnau).

Wrocławianie od wieków opowiadali, że jeśli jeden z kanoników miał umrzeć, w dniu 22 stycznia, czyli w dzień śmierci św. Wincentego, patrona Kapituły, wrocławską katedrę nawiedzały zjawy budzące grozę. Strwożeni świadkowie zaklinali się, że słyszeli modły i śpiewy, choć kościół był pusty. Czasem przez nawę przesuwał się orszak pogrzebowy, a na katafalku pojawiała się trumna, obok której płonęło osiemnaście świec.

Widma zaczęły pojawiać się podobno po tragicznej śmierci w katedrze pary kochanków – Heinricha i Elsbeth. To była kara za grzeszną miłość, bo Heinrich nie powinien podnosić oczu na kobietę. Był bratankiem kanonika kapituły katedralnej, niejakiego Rudolfa, męża nabożnego i uczonego. Za namową stryja przyjął święcenia kapłańskie. Niestety, los sprawił, że w dniu święceń do katedry przybyła Elsbeth, dawna miłość Heinricha.

Heinrich na jej widok oszalał i zaczął prosić matkę Elsbeth o oddanie mu córki. Ta niechętnie oświadczyła, że jeśli nie uzyska zwolnienia ze ślubów kapłańskich, musi zapomnieć o Elsbeth. W noc po tej rozmowie Heinrichowi przyśnił się sen – ujrzał dwunastu kanoników niosących trumnę przez główną nawę katedry. Wśród nich kroczył stryj Rudolf, który nagle otworzył wieko trumny. Wówczas Heinrich spostrzegł, że zmarłym jest... on sam. Zlekceważył jednak to ostrzeżenie i wykradł Elsbeth z jej rodzinnego domu. Kochankowie uciekli do Wrocławia. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli, że świątynia jest jasno oświetlona. Zdziwienie zmieniło się w przerażenie, bo usłyszeli żałobną pieśń i zobaczyli, że przez nawę sunie orszak z trumną, Ten sam, który Heinrich ujrzał we śnie. Młodzieniec padł jak rażony piorunem, chwilę później umarła dziewczyna, a dwie chwile później dwa widma przepłynęły przez katedrę. I na razie nie ruszają się stamtąd.

Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni

Nie należy im się dziwić, bo o nowy lokal dla starego ducha we Wrocławiu jest trudno. Musi to być przecież dom z tradycją i o dużym metrażu, a takie znikają z pejzażu miasta. Na szczęście wciąż istnieją w legendach. Taką kamienicą jest dom Pod Złotym Aniołem, który stał przed wojną przy ul. Szewskiej 59/60 (Goldene Engel). Jego szczyt ozdabiały końskie głowy, a wrocławianie zarzekali się, że chabety cichym rżeniem dają znak życia.

Legenda mówi, że mieszkał tu niegdyś bogaty mieszczanin zajmujący się przewozem towarów. Parter domu przeznaczył na stajnie dla koni, a sam urządził się na piętrze. Pewnego dnia umarła mu żona, niewiasta piękna i łagodna. Wdowiec urządził pogrzeb pełen przepychu i kazał złożyć trumnę połowicy w rodzinnym grobowcu. Tymczasem rzekoma nieboszczka ocknęła się z letargu i w nocy zdołała dotrzeć do domu. Służąca nie chciała jej wpuścić za próg. W końcu roztrzęsiona pobiegła do kupca, aby mu oznajmić, że jego żona wróciła. Ten oczywiście nie uwierzył. A może nie chciał uwierzyć. – To niemożliwe! Prędzej moje konie wyjdą ze stajni i wdrapią się na poddasze domu – oświadczył. Ledwo wypowiedział te słowa, gdy na schodach zastukały kopyta i już po chwili przez okienko na poddaszu wystawały końskie łby. Podobno mąż entuzjastycznie przywitał nieboszczkę, a na pamiątkę osobliwego zdarzenia kazał końskie głowy wykuć w kamieniu.

Z kolei mieszkańcy domu Pod Złotym Psem, stojącego u zbiegu Rynku i ul. Wita Stwosza, musieli znosić występy złośliwego stolarza. Zaczynał on strugać i piłować, gdy tylko zegar wybijał północ. Lokatorzy nawiedzonej kamienicy nie byli zachwyceni pracowitym duchem, ale wszelkie próby jego uciszenia kończyły się sromotną klęską. Gdy tylko ekspedycja karna wyruszała w pościg za stolarzem na strych, odgłosy piłowania zaczynały dobiegać z piwnicy. Duch był do tego stopnia złośliwy, że nie oszczędził nawet królewskiego majestatu. Podobno Fryderykowi Wielkiemu, który miał nocować w tej kamienicy, jakaś tajemnicza siła wydarła pióro z ręki, a potem bez pardonu zrzuciła władcę z krzesła. Tak przynajmniej opowiadali niechętni Jego Królewskiej Mości, a duch nie złożył dementi.

Znacznie mniej uciążliwe widma osiedliły się w kamienicy przy ul. Łaciarskiej, za kościołem pw. św. Marii Magdaleny. Jedynym znakiem ich obecności była muzyka dobiegająca z piwnic domu. Nie cichła nawet wtedy, gdy prawowici lokatorzy robili w piwnicy wizję lokalną. Muzykalni byli także mieszkańcy domu Pod Zielonym Wiankiem Rucianym przy ul. św. Mikołaja 69, zburzonym w 1866 roku. Urządzili się gdzieś w głębokich piwnicach – w dzień siedzieli cicho jak myszki, a gdy nadchodziła noc, zawodzili chóralne pienia. Opowiadano, że w miejscu domu stał niegdyś klasztor. Pozostały po nim tylko podziemia i chór dawno pomarłych zakonnic, który wciąż głosił chwałę Pana. Ponoć najlepiej było je słychać w okresie adwentu, ale podczas wakacji też dają koncerty.

Komu bije dzwon

Jednak mistrza mocnego uderzenia trzeba szukać w pobliżu kościoła pw. św. Marii Magdaleny przy ul. Szewskiej. „Ludwisarz doskonały raz we Wrocławiu żył, /za biegłość w swym rzemiośle cenionym majstrem był. /Tak wiele odlał dzwonów, stapiając cynk i miedź, / by mogły z wszystkich dzwonnic na Bożą chwałę brzmieć!” – głosi ballada Wilhelma Müllera Der Glockenguss zu Breslau w tłumaczeniu Romana Kołakowskiego.

Nazywał się Michał Wilde i był równie pyszny, jak porywczy. Gdy zamówiono u niego dzwon dla kościoła pw. św. Marii Magdaleny, postanowił, że wzniesie się na szczyty swego kunsztu i wydobędzie z metalu taki ton, jakiego wrocławianie jeszcze nie słyszeli. Sporządził więc ogromną formę i zaczął w kotle stapiać spiż. A ponieważ był już zmęczony, postanowił pokrzepić się kufelkiem. „Jeszcze zdążę skoczyć na jednego szepca, a potem odleję mój dzwon. W dniu św. Aleksego, roku Pańskiego 1386, powstanie najwspanialszy dzwon Wrocławia” – pomyślał i zawołał czeladnika. – Pilnuj kotła, ale nie dotykaj kurka! – przykazał srogo.

Patrzy uczeń na przelewający się metal, patrzy na kurek i ręce go świerzbią. – Odkręć, odkręć... – coś go kusi. „I chłopak kran odkręcił, to skusił go zły duch”. Wylał się spiż do formy, a czeladnik pobiegł po mistrza. Stanął przed nim bez ducha, obłapił za kolana i o przebaczenie prosił. Lecz ludwisarz, gniewem ogarnięty, chwycił nóż i przebił pierś czeladnika. Potem pobiegł do warsztatu. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że odlew już gotowy. Bez jednej skazy, jednej rysy, lśniący jak klejnot. Ale cóż, życia chłopcu nikt już nie mógł wrócić.

Żałował swej porywczości ludwisarz Wilde, żałowali ludwisarza sędziowie, ale krew domagała się krwi. Majster został skazany na śmierć przez ścięcie. W swym ostatnim życzeniu poprosił o możliwość posłuchania głosu dzwonu. „Wszak praw to nie narusza – trybunał zgodę dał, by w drodze na stracenie mistrzowi dzwon ów grał”. Był 11 kwietnia 1387 roku, gdy nad miastem popłynął potężny głos Dzwonu Skazańca. Ważył on 113 cetnarów, a gdy uderzono w niego 50 razy, następne 50 wybijał z rozpędu! Przypomniano sobie tę historię 16 czerwca 1526 roku. Prowadzono wówczas na śmierć pisarza z Głogowa, Jana Behra, skazanego za krzywdę wyrządzoną małemu chłopcu. W drodze na stos towarzyszył mu śpiew dzwonu z Marii Magdaleny, najsłynniejszego dzwonu Śląska.

Porywczy ludwisarz miał podobno naśladowcę. Był nim mistrz, któremu rada miejska kazała w 1543 roku odlać ogromne działo, większe od wszystkich armat broniących dotąd murów miasta. Pochodził z Miśni, a nazywał się Michał Heiliger. Zrobił formę działa, ale metal do formy wlał czeladnik, co go kosztowało życie. Na pamiątkę zdarzenia na lufie działa wypisano zdanie: „Boże, dopomóż w obierzy, młodzieniec martwy leży”. Działo, zwane oficjalnie Samsonem, a nieoficjalnie Starą Świnią, ważyło 87 cetnarów i było niebezpieczne dla obsługi. Podobno wciąż zdarzały się przy nim wypadki, aż w 1760 roku rozerwało się przy wystrzale. Dzwonu Skazańca też już nie ma, padł ofiarą wojennej zawieruchy. Tylko legenda została i ostrzeżenie dla szefów – nie zabijajcie nadgorliwych pracowników. Oraz dźwięk dzwonu, który w księżycowe noce płynie nad miastem.

Tańce, hulanki, swawole

 

Jeśli nie chcecie tylko słuchać widmowej muzyki, ale marzycie też o zjawiskowych tańcach, musicie przyjść na dziedziniec siedziby Etnologii i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego (nr 50/51), obok Instytutu Historii. Zobaczycie utrwalone w kamieniu tańczące panny. To kara za grzech pustoty.

 

Dziewięć pięknych córek ubogiej wdowy spędzało czas na tańcach, zabawach i spotkaniach z kawalerami. Pewnego razu, gdy chciały się wybrać na tańce w Wielki Piątek, matka zamknęła je na klucz w ich izdebce. Ale lekkomyślne pannice postanowiły wyjść przez okno. Ledwo jednak stanęły na gzymsie, gdy powiał wiatr i dziewczęta zamieniły się w kamień. Budynek, w którym miała mieszkać wdowa i jej córki, został wyburzony na początku naszego wieku, a jego miejsce zajął w 1904 roku obszerny dom Towarzystwa Pomocy Wzajemnej Pracowników Handlu. Każdy subiekt, który zdecydował się wstąpić do tego towarzystwa i płacić składkę, mógł liczyć na wsparcie w przypadku utraty pracy czy jakiś wypadków losowych, a nawet pokrywanie kosztów leczenia czy wynajmu mieszkania.

 

Niestety, ubezpieczenia nie obejmowało kosztów grzechu. Ale w ramach prewencji przeniesiono fryz z tancerkami na budynek towarzystwa. Proszę nie liczyć skamieniałych panien. Jest ich aż dwanaście i legenda nie wyjaśnia, skąd się wzięły dodatkowe trzy tancerki.  Sceptycy twierdzą, że to nie są grzeszne wrocławianki, tylko tańczące nimfy, otaczające Chronosa i muzę Talię, ale kto by im wierzył…