Autor: Ewa Osińska
Wydanie: MWM 04/2014

Artur Rubinstein z bliska

Article_more
Pierwszy raz z bliska zobaczyłam Mistrza na uroczystych obchodach stupięćdziesięciolecia mojej uczelni, Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Po raz drugi – nazajutrz; na balu uczelni odtańczyłam parę kroków z Mistrzem, który z pewnością nie zwrócił uwagi na to, kto trzyma się jego ręki. Trzeci raz był w Paryżu.

Gdy opuszczałam Warszawę w celu kontynuowania dalszych studiów w Paryżu, wyjeżdżałam szczęśliwie zaopatrzona w cenny i życzliwy list mojego profesora, Zbigniewa Drzewieckiego, który z pewnością ułatwił mi późniejszy kontakt z Mistrzem. Zadzwoniłam. Telefon odebrała Aniela Rubinstein i tego samego dnia znalazłam się w loży Rubinsteina na koncercie Mistrza w Théâtre des Champs-Élysées, w którym od tego czasu wielokrotnie występowałam. Po koncercie, przyjętym przez publiczność wielką owacją, wdarłam się za innymi za kulisy, gdzie byłam blisko największej żyjącej legendy pianistyki, goniącej żwawo po mrocznym zapleczu teatru; za „legendą” – oszalały tłum uwiedzionych melomanów.

 

Dom Artura Rubinsteina przy skwerku Avenue Foch w Paryżu był dla wtajemniczonych miejscem najwyśmienitszych spotkań artystycznych ludzi z wielkiego świata. Dla mnie dom ten znajdował się niejako za miedzą. Wystarczyło przejść czterysta metrów od ulicy Spontini do Avenue Foch, bogatej w zieleń i zamożnych mieszkańców, aby dojść do pięknej bramy okalającej skwer. W najbliższym sąsiedztwie znajdował się pałacyk zaprzyjaźnionej pary książęcej z Monako; nieco dalej – willa Debussy’ego i dom słynnego adwokata polskiego pochodzenia, Samuela Pisara, i jego żony, Judith, których często spotykałam; nie mówiąc już o międzynarodowej finansjerze, która wokół skwerku miała wydzieloną oazę, chroniącą od zgiełku miasta i przypadkowych przechodniów.  

 

Tutaj żył i pracował Mistrz. Wszystko służyło komfortowi i wygodzie głównego lokatora.

Do domu wchodziło się po kilku stopniach na ganek. Mały, starannie wypielęgnowany ogród cieszył oczy pastelowymi kwiatami, starannie posadzonymi w rabatkach. Były to – w zależności od sezonu – bratki, tulipany lub róże, które dobierała z upodobaniem i wielkim gustem pani domu, Aniela Rubinstein.

 

Spośród reszty domów na skwerku ten wyróżniał się czymś niezwykłym – o różnych porach dnia i nocy płynęła z jego okien niebiańska muzyka. Mistrz lubił ćwiczyć przy otwartym oknie. Siedząc przy fortepianie, mógł obserwować, co dzieje się na zewnątrz. Było to w tym szczególnym wypadku doskonałe rozwiązanie, bowiem Rubinstein nie należał do artystów spędzających całe dnie przy klawiaturze. Uwielbienie i ciekawość życia we wszelkich jego przejawach stanowiła jego fascynację przez całe życie. Ogromna łatwość przyswajania repertuaru, dar niebios, pozwalała artyście na życie nieco swobodniejsze; talent ułatwiał i uskrzydlał pracę.

 

Życie osobiste Rubinsteina, bardzo prywatne, zamykało się na dwóch piętrach tego romantycznego domu, urządzonego z wielkim szykiem. W hallu prezentowane były setki płyt Mistrza z całego świata, opatrzone katalogiem sporządzonym w języku polskim; w głębi znajdował się ozdobny wieszak zajęty kapeluszami pianisty i jego żony, które to kapelusze stanowiły nieodłączną część wyjściowej garderoby tej słynnej pary.

Dalej, w ogromnym salonie stał koncertowy fortepian Steinway, dar Filharmonii Izraelskiej, który był duszą tej świątyni muzyki i wokół którego toczyło się życie Mistrza i jego najbliższych. Pośrodku – stary kominek otoczony trzema jasnymi kanapami; na niskim stoliku – obowiązkowy bukiet świeżych kwiatów oraz doskonała kawa i herbata, podawane w wykwintnych termosach. W zasięgu ręki zawsze znajdowały się cygara, których pianista był wielkim amatorem i znawcą. Piękna biblioteka z kolekcją klasyków literatury światowej starannie oprawionych w brązową skórę ze złoceniami zdobiła ogromną ścianę salonu. Rubinstein nie tylko był posiadaczem biblioteki, lecz także bibliofilem. Z upodobaniem wertował dzieła Prousta, Joyce’a, Manna. Obrazy, dekorujące dom, między innymi Chagalla, Hofmanna, Picassa, świadczyły o wyrafinowanym guście mieszkańców oraz o ich przyjaźniach z ludźmi ze świata sztuki. Obraz Kislinga, wybitnego przedstawiciela École de Paris (bukiet kwiatów zdobiący róg salonu), zawisł nad imponującym odlewem z brązu specyficznych, muskularnych rąk Rubinsteina. Dalej – zdjęcia najbliższych i słynnych artystów i polityków, z którymi Mistrza łączyła przyjaźń. Byli też i mniej sławni wierni przyjaciele, którzy stanowili ważną część życia prywatnego. Do takich należał wybitny polski muzykolog, kronikarz epoki, Roman Jasiński.

Obok znajdowała się wielka jadalnia, a w niej zawsze nakryty stół, gotowy do podjęcia nieustannie pojawiających się gości: artystów, polityków, intelektualistów. Mistrz był wielkim smakoszem, a żona z wielkim czarem zaspokajała jego wyrafinowane podniebienie. Nela Rubinstein potrafiła przekonać nierzadko nadzwyczajnych gości – pary książęce lub tylko snobów – o urokach polskiej kuchni i wyjątkowych walorach smakowych polskiego bigosu, który w zestawieniu z rarytasami kuchni światowej okazywał się rzeczywiście wyjątkowy. Przepisy kulinarne pani domu, jadalnia i kuchnia – laboratorium przysmaków – pozostały dla mnie encyklopedią gotowania i podawania na całe życie. 

 

Niełatwo było się dostać na Avenue Foch. Pierwszej selekcji dokonywała Nela Rubinstein, która chroniła męża przed zbędnymi spotkaniami oraz ludźmi, których talent nie uzasadniał odwiedzin. Kto miał szansę popisać się swoimi umiejętnościami przed Mistrzem, skrzętnie dopisywał to do biografii, ale niewielu wzbudzało jego trwałe zainteresowanie. Bo Mistrz cenił w grze to, co sam odczuwał: miłość do piękna w każdym szczególe; każdy dźwięk miał poruszać i trafiać do serca, muzyka powinna „płynąć z brzucha”, jak mawiał, musi być wykwintna, gorąca, czuła, namiętna, ma przenosić ludzi w świat marzeń, być źródłem doznań i wzruszeń, które może nigdy dotąd nie były ich udziałem – inaczej nie ma mowy o sztuce. Inne wykonawstwo staje się tylko kiepskim rzemiosłem. Często podkreślał różnicę między określeniami „pianista” i „muzyk”. Siebie nazywał „muzykiem”. Niestety nierzadko potrafił okazać swoje zniechęcenie, a nawet kompletną obojętność wobec stremowanego wykonawcy. A przecież niełatwo było zasiąść do „nieposłusznego” fortepianu Rubinsteina, gdy z lewej strony miało się Mistrza. Pamiętam moje przygotowania do takich spotkań – były to chyba najtrudniejsze koncerty w moim życiu. Obecność Mistrza odbierała połowę możliwości…

 

Rubinstein dużo słuchał muzyki, mało mówił o swoim graniu. Choć kochał towarzystwo, lubił samotne spacery. Często przed koncertem wyprawiał się na długą przechadzkę: czarny płaszcz, kapelusz, parasol, żywy krok, wyprostowana sylwetka znana paryżanom. Był bardzo rozpoznawalnym przechodniem na Avenue Foch, najpiękniejszej ulicy stolicy Francji. Zdarzały się również wyprawy na dwa seanse do kina, tuż przed koncertem. Mistrz był amatorem dobrych cygar, lubił prowadzić samochód, mimo że nie najlepiej panował nad kierownicą; często z przyjaciółmi grał w karty, w kanastę. Z upodobaniem chodził na koncerty. Mogła to być opera Lulu albo recitale pianistów, których cenił i których karierę śledził. Do takich należeli Krystian Zimerman, bywalec domu na Avenue Foch, Maurizio Pollini i Martha Argerich. Rubinstein miał sentyment do Daniela Barenboima. Często gościł Henryka Szerynga, któremu otworzył okno na świat, Isaaca Sterna, Mścisława Rostropowicza z Galiną Wiszniewską, Jerzego Semkowa, a także, oczywiście, największych pianistów rosyjskich ze Światosławem Richterem na czele oraz wielu innych znakomitych artystów

 

 

Rubinstein cieszył się wszystkim – udanym koncertem, spotkaniem z przyjaciółmi, wytrawnym posiłkiem w modnej restauracji, po prostu cieszył się życiem. Nie uczynił ze swego artystycznego zawodu żmudnego posłania może dlatego, że natura obdarzyła go nieprzeciętnym talentem, który umiał podporządkować życiu. Nuty przyswajał niezwykle szybko, nie zawsze zresztą ćwicząc na fortepianie. Swoistym rekordem szybkości było opanowanie i nagranie koncertu Griega, co zajęło mu tydzień. Za tantiemy z tego nagrania kupił piękny dom w Marbelli – dom, który okazał się na wiele lat ulubionym miejscem wypoczynku jego i jego najbliższych. Tam właśnie natknęłam się na nuty kompozycji Manuela de Falli opatrzone palcowaniem Mistrza. Co ciekawe, inne partytury, które przeglądałam, nie zawierały żadnych naniesionych przez niego uwag.

 

U schyłku życia Artur Rubinstein „zanurzał się” w słuchanie muzyki już bez pośpiechu, w skupieniu, często porównując różne nagrania, nierzadko dyskretnie gestykulując, jakby sugerował dyrygentowi swój udział, jakby chciał dołączyć do grona wykonawców. Piękno wywoływało jego wzruszenie, a nawet dyskretne łzy. 

 

Ostatnie, dziewięćdziesiąte paryskie urodziny Rubinsteina w domu na Avenue Foch były szczególnie pamiętne. Mistrz otoczony solistami z zespołu Mazowsze wysłuchał najpiękniejszych piosenek wybranych przez wieloletnią przyjaciółkę domu, Mirę Zimińską, obecną na tej uroczystości, piosenek, które poruszyły wszystkie polskie struny w sercu jubilata i każdego z nas. Siedzieliśmy wzruszeni, świadomi, że uczestniczymy w nadzwyczajnym popołudniu, stanowiącym przedostatni rozdział tego wyjątkowego życia. W podzięce bardzo wzruszony Mistrz zaproponował wysłuchanie Fantazji na tematy polskie Chopina, odtworzonej ze swojej amerykańskiej płyty. Było to zresztą chyba ostatnie spotkanie Rubinsteina z Polską.

 

***

 

Gdy Artur Rubinstein koncertował w Bydgoszczy w 1960 roku, stwierdził, że skoro istnieje tam tak wyjątkowa filharmonia, należałoby stworzyć międzynarodowy konkurs wypełniający lukę w kalendarzu pomiędzy wielkimi konkursami w Moskwie i Warszawie. Ewa Stąporek-Pospiech, dyrektor Zespołu Szkół Muzycznych w Bydgoszczy, podjęła cenną inicjatywę zorganizowania konkursu dla młodych pianistów w 1993 roku. I tak narodził się konkurs „Artur Rubinstein in memoriam”. Jan Popis, dyrektor artystyczny konkursu, znany i ceniony redaktor muzyczny Polskiego Radia, a od pięciu lat dyrektor Polskich Nagrań, jest pomysłodawcą programu konkursu. Uzupełnienie programu obowiązkowego o dzieła Karola Szymanowskiego okazało się doskonałym pomysłem i na pewno sprzyja popularyzacji dzieł tego kompozytora. Jak wiadomo, Rubinstein przez wiele lat utrzymywał bliskie kontakty z Szymanowskim. Był świadkiem trudności w przebijaniu się dzieł kompozytora na wielkie estrady. Dlatego postanowił wesprzeć przyjaciela grając przez rok wyłącznie jego dzieła. Był to piękny dowód przyjaźni.

 

Konkurs „Artur Rubinstein in memoriam” będzie obchodził w listopadzie tego roku swoje dwudziestolecie. Od początku istnienia Ewa Rubinstein przyznaje nagrodę ufundowaną przez jej matkę, Anielę Rubinstein. Od 2000 roku konkurs należy do Europejskiej Federacji Konkursów Muzycznych dla Młodych Pianistów. Do udziału w nim zgłaszają się muzycy w wieku od czternastu do dwudziestu jeden lat z wielu krajów, między innymi z Francji, Hiszpanii, Grecji, Izraela, Japonii, Niemiec, Rosji, Wielkiej Brytanii, Tajwanu, Ukrainy, Chile, Białorusi, ze Szwecji i z Polski. Jury jest zwykle międzynarodowe. Często – z wielkim pożytkiem dla uczestników i prestiżu tego wydarzenia – przewodniczy mu Adam Harasiewicz.

 

Cieszę się, że mogłam dotąd pełnić na przemian rolę członka jury oraz jego przewodniczącej. Patrząc na listę laureatów (Blechacz, Trifonow, Awdiejewa), można uświadomić sobie, że po raz pierwszy zaistnieli artystycznie właśnie w Bydgoszczy, która stała się trampoliną do ich wielkiej kariery. Sztuka zawsze wymagała mecenasa, dlaczego więc ten konkurs nie jest ulubieńcem mediów i instytucji kulturalnych?