Wydanie: MWM 04/2014

Jazzujące Eurydyki (i Orfeusze)

Article_more
Podróż do Włoch i Grecji nie była obowiązkowym elementem wykształcenia pierwszych jazzmanów. Jeśli możemy mówić o „jazzowej mitologii”, to odnosi się ona raczej do amerykańskiego Południa i opowieści o bluesmanach sprzedających dusze diabłu na rozstajach. Z czasem jednak jazz dojrzewał, wyczerpywał tradycyjne źródła inspiracji i zaczął szukać nowych – również w dawnych historiach ze Starego Świata.

Nie ma co szukać w jazzie dzieł na miarę Ifigenii w Taurydzie Glucka czy Popołudnia fauna Debussy’ego, niemniej pełno w jazzowych dyskografiach ostatnich lat Ikarów, Dedalów i Prometeuszów. Z mitologicznych koncept-albumów wymienić warto choćby Labyrinth Dimitriosa Vassilakisa, I comme Icare Nicolasa Folmera czy też interpretację interpretacji (ale ważną), czyli Mity Karola Szymanowskiego w odczytaniu Włodzimierza Nahornego. Pomijając Odyseję, mitem, który improwizujący muzycy upodobali sobie najbardziej – zresztą nie oni jedni – jest opowieść o Orfeuszu i Eurydyce.

Relacja tytułu i treści w przypadku muzyki najczęściej instrumentalnej i najczęściej pozbawionej programowych pretensji zawsze była problematyczna. Ciekawe, że większość utworów poświęconych znanym mitom spowija ten sam, specyficzny nastrój. Tak jakby cały kompleks skojarzeń z antykiem naturalnie ewokował tę atmosferę – mieszankę intelektualnej powagi, tchnienia tajemnicy, chłodu marmuru i odrobiny ludzkiej zmysłowości.

Sięgnijmy choćby po kilka płyt Johna Zorna z ostatnich lat. Niegdyś krnąbrny i kontrowersyjny twórca, dziś przepadł bez reszty w fascynacji gnozą i ezoteryką kultury hellenistycznej. Na płycie Mysterium z 2005 roku umieścił między innymi kompozycję Orphée, inspirowaną tyleż greckim mitem, co muzyką Claude’a Debussy’ego – utwór oniryczny, niezwykle jak na Zorna delikatny, przyprawiony na szczęście nieco współczesną elektroniką Ikue Mori. Nie ma w nim miejsca na ironię czy pastisz. Największy postmodernista świata spoważniał w obliczu dwóch tysięcy lat historii?

Systematyczni poszukiwacze motywów Orfeusza w muzyce jazzowej powinni zacząć swoje odkrycia zapewne od utworu Eurydice Wayne’a Shortera z 1971 roku, wydanego na pierwszym albumie mocno eksperymentującej wówczas grupy Weather Report. Porwany, rozmarzony temat i szkicowa, pełna niedopowiedzeń improwizacja saksofonu sopranowego kontrastuje z bardzo konkretną, swingującą rytmiką; zawieszone, poetyckie brzmienie elektrycznego fortepianu Joego Zawinula może skierować nas ostatecznie w stronę mitologicznych konotacji.

 

Saksofonista Chris Potter nagrał w 2001 roku przesycony delikatnym dramatyzmem utwór Eurydice, kompozycję o podwójnym dnie – dedykowaną Wayne’owi Shorterowi, który (poza tym, że jak wiemy, jest autorem własnej Eurydyki) sam stracił ukochaną żonę, Anę Marię, w tragicznej katastrofie lotniczej w 1996 roku. (W 2013 roku saksofonista Chris Potter wydał w oficynie ECM płytę The Sirens, owoc swojej długoletniej fascynacji mitem o Odyseuszu).

Jazz doczekał się zresztą Orfeusza znacznie bliższego własnemu kulturowemu DNA. Umieszczoną w realiach brazylijskich faweli adaptację greckiego mitu ze sztuki Orfeu da Conceição Viniciusa de Moraesa rozsławił film Czarny Orfeusz Marcela Camusa z 1959 roku. A wyśmienite filmowe piosenki Luiza Bonfy i Antônia Carlosa Jobima weszły na stałe do repertuaru muzyków jazzowych na całym świecie – od specjalistów od bossa novy w rodzaju Charliego Byrda po awangardzistów z Anthonym Braxtonem na czele.

Jeśli jednak pominąć Czarnego Orfeusza, niemal każde muzyczne nawiązanie do postaci trackiego poety odbywa się w jazzie w cieniu interpretacji, być może, najważniejszej – czyli Orfeusza Monteverdiego. Wśród jazzowych wersji fragmentów tej opery znajdziemy pirotechniczną aranżację duetu Flavio Boltro–Danilo Rea na trąbkę i fortepian (album Opera, ACT 2011) czy erudycyjne trio fortepianowe niezawodnego interpretatora klasyki Richiego Beiracha (Round About Monteverdi, ACT 2003).

 

Ale największym jazzowym specjalistą od Orfeusza, niekryjącym fascynacji dla Monteverdiego, lecz zdecydowanie wykraczającym poza dzieło włoskiego kompozytora, jest inny Włoch, klarnecista i saksofonista Gianluigi Trovesi.

 

W utworze Sogno d’Orfeo (Fugace, ECM 2007) oktet klarnecisty lawiruje między barokowymi cytatami i Nowym Orleanem, pogłosem tajemniczych szmerów a dosłownością reggae. We wcześniejszych o kilka lat Sekwencjach orfickich (Charmediterraneen, ECM 2002), prawdziwych free-jazz-rockowych misteriach, toccata z Orfeusza Monteverdiego stała się podstawą do serii wariacji dla Orchestre National De Jazz. Na płycie orkiestrowego przedsięwzięcia Gianluigi Trovesi all’Opera (Profumo di Violetta, ECM 2008) usłyszymy utwór Il Mito: Euridice. Z kolei Grappoli orfichi z Vaghissimo Ritratto (ECM 2009; tym razem nagranie tria klarnetu z fortepianem i perkusją) to luźna interpretacja ritornelu z Orfeusza, z opadającą melodią mającą symbolizować zstępowanie bohatera do podziemi Hadesu. Nie dramat, lecz nastrój melancholijnej rezygnacji dominuje w orfickich kompozycjach Trovesiego, jak gdyby do postaci Orfeusza i Eurydyki włoski muzyk podchodził z wyjątkową czułością i zrozumieniem.

Zbyt daleko idące interpretacje obrosłych w kulturowe znaczenia tytułów mogą też okazać się niezwykle nietrafione. Searching for Eurydice amerykańsko-rumuńskiego duetu Mal Waldron–Nicolas Simion (The Big Rochade, Tutu 1999) również ma w sobie tę charakterystyczną nutę zadumy i liryzmu. „Po prostu improwizowaliśmy – opowiada jednak zapytany o ten utwór Simion. – Nie myśleliśmy za wiele o mitologicznej opowieści. Mal wymyślił tytuł, który jakoś oddawał idee muzyczne zawarte w tym utworze. A miał do tytułów dobrą rękę”. Cóż, bywa i tak.

Ale przynajmniej Mort d’Euridice, jedna z najpiękniejszych kompozycji Pierre’a Favre’a, jest z całą pewnością zanurzona w micie orfickim, intrygującym szwajcarskiego poetę perkusji od wielu lat. Utwór napisał Favre na potrzeby spektaklu teatralnego Orfeusz wraca na ziemię, a ponownie sięgnął po niego na płycie Fleuve (ECM 2005; z m.in. Hélène Breschand na harfie i Michelem Godardem na serpencie). Długo ciągnie się renesansowy niemalże, ulotny niczym cień podążającej za Orfeuszem ukochanej temat, rozbijany co rusz niepokojącymi erupcjami instrumentów Favre’a. „Ciekawe – mówi perkusista – że w melodii tej kompozycji nie ma żadnego powtórzenia. Ani jednego. Niektórzy nalegają, żebym rozbudował ten utwór, może coś powtórzył… Odmawiam. Śmierć Eurydyki to jedna melodia bez repetycji. I koniec”.

Jak zaskakująco mocno rezonuje to kategoryczne stwierdzenie z tekstem znakomitego, elegijnego utworu Orpheus-Sonnet z albumu Mythologies Patricii Barber, który kończy się słowami:

Uparcie, niczym Syzyf ze swoim kamieniem

Idę naprzód, lecz tak rzadko dostaje się drugą szansę

Kiedy potykam się, taktowni świadkowie odwracają wzrok

A teraz upadam za każdym razem, kiedy spoglądam wstecz.