Wydanie: MWM 04/2014

Pistolety, muzyka i magia chaosu

Article_more
O Hannah Höch wiemy niewiele. Urodziła się pod koniec XIX wieku w Gotha, niewielkim mieście w Turyngii. Jako dwudziestolatka rozpoczęła studia artystyczne w Berlinie i dość szybko zaangażowała się w najbardziej awangardowy ruch swoich czasów, jakim był dadaizm. Jej dzieła – o czym rzadko się dziś wspomina – inspirowały legendarnych artystów, wśród których wymienić należy Raoula Hausmanna, George’a Grosza i Kurta Schwittersa.

Była świadkiem narodzin europejskiej awangardy i stopniowej emancypacji kobiet. Obserwowała narodziny fotografii, kina i mass mediów. Była też świadkiem dwóch okrutnych wojen, które zdziesiątkowały Europę i zmieniły w gruzy wiele miast stanowiących przez stulecia ważne centra kultury światowej. Wojna zabrała jej ukochany Berlin. Na otaczające ją kataklizmy, zmiany, głębokie przeżycia emocjonalne reagowała, tworząc. Jak pisze Iwona Blazwick w katalogu do znakomitej monograficznej wystawy artystki, którą można było oglądać w londyńskiej Whitechapel Gallery, „Höch pokazuje w rozbitym zwierciadle socjopolityczne zmiany, które zachodziły wokół niej. Jej estetyka przekracza jednak granicę jej czasów. Jej eksperymenty formalne dają widzowi możliwość odbycia tyleż poetyckiej, co wyzwalającej wyprawy w najdalsze dziedziny fantazji”. Mimo tak bliskich kontaktów z dadaistami twórczość Hannah Höch pozostaje wciąż mało znana.

 

„Chociaż teksty i obrazy były podstawową walutą, którą operowały niezliczone awangardy rozsiane po Europie, walutą, którą obracano na wystawach, na łamach prasy, w ogłoszeniach i korespondencji – pisze historyczka sztuki Deborah Lewer – publiczny profil, tożsamość dadaizmu oparta była na performansie, na wydarzeniach dziejących się na żywo, co dadaiści doskonale rozumieli”. Hannah Höch potwierdza to w swoich zapiskach – 30 kwietnia 1919 roku u boku Richarda Huelsenbecka i Jefima Gołyszewa wzięła udział w odbywającym się w Berlinie Dada soirée. Wydarzenie to towarzyszyło wystawie prac dadaistów w Graphisches Kabinett, galerii wpływowego handlarza dzieł sztuki I.B. Neumanna. „Tylko ten jeden raz stałam na Górze Olimp DADA”, wspominała później Höch. Wystąpiła wówczas jako głos w około dziesięcioosobowym chórze, który za zadanie miał improwizować „maksymalne decybele” przy udziale „infernalno-bruitystycznej orkiestry”. Na potrzeby występu Höch uzbrojona była (jak sama to ujmuje) w domowy oręż kakofoniczny – „pokrywkę od patelni i zabawkowy pistolet”. 

Jak podkreśla Deborah Lewer w eseju zamieszczonym w katalogu wystawy, nawet fachowcy rzadko mają świadomość, że „swoje zainteresowania ubiorem, tworzeniem barwnych wzorów, abstrakcją, tekstyliami, tańcem, lalkami i ciałem ludzkim Höch wykorzystała praktycznie”, przygotowując wraz z Kurtem Schwittersem dekoracje, kostiumy i „figurynki” do antyrewii zatytułowanej Schlechter und Besser (Gorsi i lepsi). „Pewnego wieczoru oglądaliśmy rewię w teatrze Metropol – wspomina Hannah Höch – i było to jedno z owych kiczowatych przedstawień, w których element brutalny obliczony jest na efekt natury erotycznej. Kurt natychmiast postanowił stworzyć swoją własną rewię. Miał powstać show gigantycznych rozmiarów. Przez osiem dni w pełnej harmonii pracowaliśmy w Berlinie w gorączkowym tempie”. Muzykę do tego dzieła napisać miał dziennikarz, muzykolog i kompozytor Hans Heinz Stuckenschmidt. Niestety projekt nigdy nie został w pełni zrealizowany. Być może stało się tak dlatego, że Höch – zakochana w holenderskiej poetce Til Brugman – coraz mniej czasu spędzała w Berlinie, coraz więcej zaś w Holandii. Nie można jednak wykluczyć, że Stuckenschmidta po prostu nie zainspirowały projekty abstrakcyjnych dekoracji i wytwornych, dowcipnych kostiumów. W jego korespondencji – podaje Lewer – można znaleźć dowody na to, że od początku do całego przedsięwzięcia odnosił się dość chłodno. Nie można też wykluczyć, że już wówczas H.H. Stuckenschmidt, przyszły wykładowca arcypoważnych Letnich kursów muzyki nowej w Darmstadt, nie potrafił się odnaleźć w świecie szalonego humoru Hannah Höch, podpisującej swoje prace roześmianymi inicjałami H.H., które po niemiecku – podobnie jak po polsku – czyta się „ha-ha”.