Wydanie: MWM 04/2014

Chopin i Złota Gęś

Article_more
Wrocławska złota gęś była mistrzynią skubania, a nawet oskubywania z ostatniego grosza. Nikt nie ośmieliłby się jej zarżnąć, a Polacy uznali ją za narodową relikwię. Przygarnęła pod swoje skrzydła i Słowackiego, i Chopina. Oczywiście, nie za darmo.

Jak na złotą gęś przystało, założyła gniazdo przy Pańskiej, czyli Junkernstrasse (dziś Ofiar Oświęcimskich) – junkrami bowiem nazywano w średniowiecznych Niemczech młodszych synów rodów panujących, a później także rodów szlacheckich i patrycjuszowskich. Byle kogo na Pańską nie wpuszczano. „Zamieszkują ją bogacze, nie z tej strony jednak, którą zajmują tyły domów stojących w Rynku (mają one piękne dachy, jak i wszystkie zresztą kamienice w Rynku), lecz z przeciwnej. Gdyby wydłużyć ich szereg, tworzyłyby z budynkami placu Solnego linię prostą. Przylegając tyłami do starego muru miejskiego, znajdują się tuż przy Oławie [fosie miejskiej zasypanej w XIX wieku – B.M.]. Chęć budowania i zamieszkiwania tam wynika z korzyści, jakie daje dostęp do wody”, zanotował Bartłomiej Stein, autor renesansowego opisu Wrocławia.

 

Dystyngowane pozory

W XIX wieku mieścił się tu jeden z najwytworniejszych hoteli Wrocławia, a złota gęś została jego patronką. Zajazd Zur Goldenen Gans otworzył swoje podwoje na parceli nr 29–30 i jeszcze przed ostatnią wojną słynął ze znakomitej kuchni. Właściciel reklamował się w dziennikach warszawskich i poznańskich, zapewniając swoich przyszłych gości, że w jego hotelu mówi się po polsku i po francusku, a także prenumerowane są gazety w tych językach. Nic dziwnego, że zamożni Polacy chętnie się tu zatrzymywali.

 

Stanisław Bełza, który odwiedził Wrocław w 1891 roku, wystawił Złotej Gęsi cenzurkę zajazdu utracjuszy: „Oj, było tu i wesoło, i huczno! Niejedna też fortuna magnacka pękła tu bezpowrotnie, wzbogacając niemieckiego właściciela, zacierającego radośnie ręce na widok rozrzutności, która mu kieszenie napełniała. Dziś tu spokojniej; hotel przybrał pozory dystyngowane i tylko starsi kelnerzy wspominają te szczęśliwe czasy, gdy »polscy grafowie«, w których wsiach dziś niemieccy koloniści się rozsiadają, sypali hojnie talarami za usługi, za które Niemcy kiwnięciem głowy lub fenigami im płacili. [...] Tylko jedno w nim pozostało takim samym, jak ongi było – oto »złota gęś« [...] godło fantazji, która niejednym lekkomyślnym ruinę zgotowała”. 

Gęś Perraulta i Ravela

Gwoli sprawiedliwości, Bełza złotą gęś oczernił. Bo owszem, fantazję to ona miała, ale używała jej w celach dydaktycznych, żeby utracjuszy na dobrą drogę sprowadzić. Takie to zadanie gęsiego rodu, o czym wiedzą choćby wielbiciele miniaturowych baśni muzycznych, napisanych na fortepian przez Ravela. Ma mère l'oye, czyli Moja matka gęś to kompozycje oparte na barokowych bajkach Charles’a Perraulta, wydanych w 1697 roku pod tytułem Les Contes de ma mère (w Polsce znanych jako Bajki babci gąski). Trzy z nich Ravel uzupełnił nawet komentarzami zaczerpniętymi z tekstów bajek, a całość zadedykował wnukom polskiego rzeźbiarza Cypriana Godebskiego. Jakież to życiowe. Tomcio Paluch jest wprawdzie maleńki i niezdarny, ale udaje mu się doprowadzić olbrzyma do dzieciobójstwa, kradnie „lanserskie” buty, wyłudza złoto, a potem żyje długo i szczęśliwie. Śpiąca królewna ma sto piętnaście lat, z czego większość spędziła w łóżku, a mimo to uwodzi niewinnego młodzieńca. Cesarzowa Pagód (Impératrice des Pagodes – brzmi lepiej) udowadnia, że nie szata zdobi kobietę, rozbiera się do kąpieli i od razu wszystkie pagody tak się tym zachwycają, że urządzają koncert. A pewna Pięknotka tłumaczy Potworowi, że nie może umrzeć szczęśliwy, jak sobie zaplanował, bo najpierw musi zostać jej mężem.

 

Złota Gęś nie miała aż takich ambicji (lub zdolności) jak muza Ravela, więc artystom próbowała tylko stworzyć dobre warunki do tworzenia. Dobra kuchnia (pieczone gęsi też podawano, z jabłkami w brzuszkach, z których „miły odorek na cały dom buchał”), dobre wino i piwo, a także wygodne łóżka. Nie wszyscy te starania doceniali. Słowacki, który w 1831 roku mieszkał na drugim piętrze zajazdu, w pokoiku od dziedzińca, tak pisał w liście do matki: „Zdarli mnie okropnie, bo za dni szesnaście zapłaciłem trzydzieści talarów i miałem tylko tę przyjemność, że mieszkałem w zupełnie starożytnej kamienicy, której dachy wyższe są niż trzypiętrowe ściany, a pod dachami pieje kogut i krzyczą koty”. Nie dodał, że w pozostałych zajazdach warunki były znacznie gorsze. Zajeżdżali więc pod Złotą Gęś księżna Izabela Czartoryska, udająca się na kurację do Cieplic, i towarzyszący jej Leon Dembowski, przyszły senator kasztelan, Józef Ignacy Kraszewski, Wincenty Pol i Kornel Ujejski.

 

Chopin w Breslau

Zatrzymał się tu w listopadzie 1830 roku także Fryderyk Chopin, w czasie swojej trzeciej i ostatniej wizyty we Wrocławiu. Towarzyszył mu kolega szkolny Tytus Woyciechowski. Chopin rok wcześniej mieszkał, razem z przyjaciółmi Alfonsem Brandtem i Ignacym Maciejowskim, w zajeździe Ruciany Wianek (Rautenkranz) przy Ohlauerstrasse (dziś Oławskiej), ale widocznie nie było to najlepsze lokum. Jedna z legend wrocławskich twierdzi, że w Rucianym Wianku straszyło, widmowy chór miał wyśpiewywać pieśni, być może jednak za bardzo fałszował i Chopin nie wytrzymał. A może po prostu Złota Gęś gwarantowała większe wygody.

 

W każdym razie w liście do rodziny w Warszawie, pisanym 9 listopada, Fryderyk donosił: „Jak najwygodniej i przy najśliczniejszej pogodzie zajechaliśmy w sobotę o godzinie 6-tej z wieczora. Stanęliśmy »Zur Goldenen Gans«. Poszliśmy zaraz na teatr [stał u zbiegu dzisiejszej ul. Oławskiej i Piotra Skargi – B.M.] , gdzie dawano Króla alpejskiego [komedię fantastyczną austriackiego aktora i dramatopisarza Ferdinanda Raimunda; jego sztuki cieszyły się dużą popularnością w Warszawie – B.M.], który u nas ma być dopiero wystawionym. Dziwił się parter nowym dekoracjom, ale my nie mieliśmy ich za co podziwiać. Artyści grali nieźle”. Śpiewacy wprawdzie uznania u Chopina nie znaleźli – i nic dziwnego, bo teatr przeżywał kryzys, groziło mu nawet zamknięcie – ale za to bilety były tanie, więc „tym razem Wrocław lepiej mi się podobał”.

 

W niedzielę Chopin skontaktował się z Josephem Ignazem Schnablem, wrocławskim kompozytorem, przyjacielem Elsnera, który poprosił, żeby przyszedł na próbę koncertu, zaplanowanego na poniedziałkowy wieczór w Hotelu Polskim. Koncert był abonamentowy („takich koncertów dają tu trzy na tydzień”, pisał Chopin), miał wystąpić niejaki Helwig, ale Schnabel, jako dyrektor i długoletni dyrygent tych koncertów, mógł zmienić program.

I zmienił, w bardzo dyplomatyczny sposób. Najpierw poprosił Chopina, żeby „spróbował fortepian”, co Fryderyk uczynił. „Schnabel się niezmiernie ucieszył, pan Helwig stchórzył [czemu trudno się dziwić, bo był amatorem, początkującym prawnikiem – B.M.], inni zaczęli mnie prosić, ażebym wieczorem dał się słyszeć. Szczególniej Schnabel tak szczerze nalegał, że nie śmiałem staremu odmówić”, pisał w liście do rodziny Chopin.

 

Zgodził się wykonać Romans z Koncertu fortepianowego e-moll op. 11 z towarzyszeniem orkiestry (i na próbie te utwory zagrał), ale wieczorem w Hotelu Polskim zaprezentował wrocławskiej publiczności jedynie Rondo oraz improwizował – „dla znawców”, jak zaznaczył – tematy z opery Aubera Niema z Portici, będącej wówczas w repertuarze wrocławskiego teatru. Niestety, krytycy nie zrecenzowali występu Chopina, bo koncert jako abonamentowy, dostępny dla wąskiej publiczności, nie był traktowany jak publiczny. Sam bohater koncertu uznał, że wprawił słuchaczy w konsternację: „Ponieważ ja jeszcze nie mam ustalonej reputacji, więc dziwiono się i bano się dziwić; nie wiedzieli, czy kompozycja dobra, czy też im się tak tylko wydaje. Jeden z tutejszych znawców przybliżył się do mnie i chwalił nowość formy, mówiąc że mu się nic jeszcze w tej formie nie zdarzyło słyszeć”. Czyli w sumie wyszło dobrze, można było wrócić pod skrzydła złotej gęsi – choć Schnabel chciał ugościć, Chopin przyjął tylko filiżankę bulionu – odpocząć, a następnego dnia obejrzeć miasto i poznać jego mieszkańców. „Z Wrocławia nie chciało nam się bardzo wyjeżdżać; bliższa znajomość z tymi, do których mi Scholtz [Karol Scholtz, przemysłowiec warszawski – B.M.] dał listy, wiele nam to miasto uprzyjemniła”, pisał Chopin z Drezna. Złota gęś mogła przyjąć pod skrzydła następnych gości. I to znacznie bardziej kłopotliwych.

 

Ułamane skrzydło

W 1843 roku „Schlesische Zeitung” ogłosiła w numerze z 31 sierpnia, że w hotelu zatrzymał się „Hr. Dembowski, Gutsbesitzer, von Ruda”. Edward Dembowski uciekł przed policją Paskiewicza z Królestwa Polskiego, po rozbiciu tajnego Związku Narodu Polskiego. I co za zrządzenie losu! Myśliwy i jego zwierzyna znaleźli się w tym samym mieście. Minął zaledwie tydzień, a ta sama „Schlesische Zeitung” oznajmiła wrocławianom przyjazd Iwana Paskiewicza, namiestnika Królestwa Polskiego. „Graf Paskiewitsch” zatrzymał się na szczęście Pod Niebieskim Jeleniem przy Ohlauerstrasse.

 

Niestety, legenda Złotej Gęsi skończyła się w czasie oblężenia Festung Breslau.

„Gdy w 1945 roku z różnych stron przyjechaliśmy do Wrocławia, na ulicy Ofiar Oświęcimskich stał jeszcze hotel Pod Złotą Gęsią – pisał wrocławski historyk literatury i śląskoznawca Tadeusz Mikulski. – Był to ogromny czworobok, wypalony przez pożar w czasie oblężenia Wrocławia. Droga do Złotej Gęsi wiodła przez ulicę zasypaną cegłami i kamieniami, trzeba było pewnej cierpliwości, żeby pokonać te przeszkody. Dochodziliśmy do ruin nie bez wzruszenia. Na wysokości drugiego piętra trzymał się jeszcze muru duży ptak pozłacany, z ułamanym skrzydłem, złota gęś – godło gospody”.