Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 04/2014

Organy, Saint Louis, lato 1904 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Kiedy powstanie na Haiti i wojna z Wielką Brytanią rozwiały francuskie marzenia o zbudowaniu opartego na niewolnictwie imperium w Nowym Świecie, Napoleon postanowił sprzedać Luizjanę Stanom Zjednoczonym. Za gigantyczny teren, obejmujący ponad dwa miliony kilometrów kwadratowych, przyjął w sumie piętnaście milionów dolarów, sumkę okrągłą, zwłaszcza wówczas, kiedy siła nabywcza jednego dolara była niewspółmierna do siły dolara dzisiejszego, ale równocześnie niewielką, skoro francuska Luizjana obejmowała nie tylko stan noszący obecnie tę nazwę, lecz także czternaście innych stanów: szeroki pas idący przez całe USA od granicy północnej do południowej.

Nic więc dziwnego, że w sto lat później tę znakomitą transakcję postanowiono należycie uczcić specjalną Wystawą Światową w Saint Louis. Pawilony wystawowe były w guście epoki: wielkie, gęsto obudowane kolumnadami i obeliskami, zwieńczone niejedną rzeźbiarską grupą, kopułą czy secesyjną dziewoją. Wprawdzie większość z nich wykonano z mieszaniny gipsu i włókien konopnych, co sprawiło, że wkrótce się rozpadły, ale przez kilka miesięcy wystawy budziły podziw przybywających tłumnie zwiedzających, których było w sumie niemal dwadzieścia milionów.

 

Taki przepływ mas ludzkich zawsze kusi przestępców: naciągaczy, szulerów, kieszonkowców. Jednak wśród czarnych owiec, które upodobały sobie wystawę w Saint Louis, jedna była szczególnie czarna: Jedidiah Caleb Sherwood, pięćdziesięciodwuletni przedsiębiorca pogrzebowy z niedalekiego Collinsville.

 

Sherwood, z zamiłowania muzyk – znany z tego, że osobiście grał na organach w trakcie wszystkich prowadzonych przez firmę pogrzebów – od dziecka wiedział, że kiedyś będzie musiał objąć zakład ojca, Obadiaha Emmetta. Przez dwadzieścia z górą lat przeszedł więc wszystkie stopnie zatrudnienia: od chłopca wymiatającego wióry z położonej na zapleczu stolarni, gdzie powstawały trumny, przez politurnika, pomocnika księgowego, sprzedawcę, stolarza aż po – od dnia śmierci ojca, któremu wyprawił pogrzeb przez lata wspominany w branży jako „legendarny” – szefa przedsiębiorstwa. Prowadził życie przykładne: oszczędne i nabożne; w niedzielę często wyręczał organistę w miejscowym kościele prezbiteriańskim. Nie stronił od dobroczynności, zwłaszcza po śmierci żony i jedynego dziecka, którzy skonali na dyfteryt w odstępie dwóch dni w maju 1891 roku. 

 

Przemiana – być może będąca zresztą wynikiem załamania nerwowego po tak dotkliwej stracie – nastąpiła trzy lata później, kiedy to Sherwood, podobnie jak miliony Amerykanów, śledził ucieczkę, proces, a wreszcie egzekucję Hermana Webstera Mudgetta, znanego szerzej jako „Doktor Henry Howard Holmes”, seryjnego mordercy, który w czasie Wystawy Światowej w Chicago zamordował bliżej niesprecyzowaną liczbę ofiar w specjalnie skonstruowanym w tym celu budynku, ochrzczonym przez prasę Morderczym Zamkiem. Holmes – przez wiele zresztą lat popełniający rozliczne przestępstwa i zbrodnie – dowiedziawszy się o planowanej wystawie, polecił zbudować hotel, będący w istocie prawdziwym labiryntem, pełnym pokoi bez okien, zapadni, instalacji do trucia gazem, szybów, wanien do rozpuszczania szczątków w kwasie, narzędzi tortur, pieców krematoryjnych itd. Kilkakrotnie wymieniał całą ekipę budowlaną, zatem nikt poza nim nie orientował się w prawdziwym rozkładzie pomieszczeń i sekretnych mechanizmów.

 

Seryjny morderca z Chicago – który wpadł zresztą przez własną głupotę, zadenuncjowany przez pozbawionego doli wspólnika w jednym z licznych przekrętów – stał się prawdziwą obsesją Jedidiaha Caleba Sherwooda. Choć stworzył w domu poświęcone mu mauzoleum z obszernym zbiorem wycinków prasowych, jego stosunek do Holmesa był ambiwalentny: raz nazywał go geniuszem zbrodni, innym razem – najgorszym partaczem. Z czasem doszedł do wniosku, że sam potrafiłby skonstruować znacznie lepszy Morderczy Zamek, rozrysowywał nawet szczegółowe plany, których opisywaniem zadręczał nielicznych znajomych. Być może pozostałoby to jego niegroźną obsesją, gdyby nie decyzja o uczczeniu stulecia zakupu Luizjany analogiczną do chicagowskiej wystawą w Saint Louis. 

Sprzedawszy dom i zakład w rodzinnym miasteczku, przeniósł się do samego Saint Louis, gdzie wzniósł od podstaw obszerny gmach, mieszczący zarówno przedsiębiorstwo, jak i jego własne mieszkanie. Nic w rozkładzie wnętrz nie wskazywało na ich złowrogą naturę – a już szczególnie pomieszczenie najpocześniejsze, czyli prywatna, przeznaczona dla jednego słuchacza sala koncertowa Flow My Tears, gdzie co dwie godziny właściciel odgrywał wiązankę melodii religijnych dla jednej, jedynej osoby. Sala była, jak głosiła reklamowa ulotka, „doskonale wyciszona, wyposażona w najwyższej klasy instrument organowy o nietypowej budowie, projektu Jedidiaha C. Sherwooda, wynalazcy, ustępujący tylko Organom Wystawy Światowej w Saint Louis”.

 

Istotnie, system wymyślony przez Sherwooda jako udoskonalenie metody Holmesa był nieprzeciętnie skuteczny: potencjalnych ofiar nie brakowało, a z racji zawodu mordercy ukrywanie zwłok nie wymagało wielkiego zachodu: budowania pieca czy koryt na niegaszone wapno. Szanse na to, że zbrodnie pozostaną niewykryte, były więc znaczne, jednak tym razem zadziałał przypadek.

 

Ósmego września 1904 roku niewielkie grono żałobników zebrało się na pogrzebie osiemdziesięciosześcioletniej Adelaide Moore; w chwili gdy kondukt zbliżał się do naszykowanego dołu, jeden z niosących trumnę grabarzy potknął się o wystający z trawy nagrobek i runął jak długi, pociągając za sobą pozostałych, trumna gruchnęła na ziemię, a potem, mimo desperackiej próby utrzymania jej na powierzchni, zsunęła się do dołu, gdzie wieko odpadło, ukazując nie tylko zwłoki Adelaide Moore, lecz także pół ciała młodej kobiety.

 

Jak się prędko okazało, Sherwood, który – ciesząc się już wcześniej dobrą renomą – nie narzekał na brak klientów, od czasu do czasu wykonywał po prostu nieco obszerniejszą trumnę, którą dopakowywał szczątkami swoich ofiar. Wyznał to bez ogródek aresztującemu go policjantowi i nie wypierał się zbrodni przez cały czas trwania procesu; przeciwnie, dzielił się chętnie prowadzonymi przez siebie statystykami zgonów. W przeciwieństwie do Holmesa nie znajdował, jak twierdził, żadnej przyjemności w samym akcie zabójstwa, nie dręczył również ofiar, stąd też chętniej wybierał metody w miarę bezbolesne – a dysponował pokaźną ich liczbą.

 

Najciekawsze bowiem w całej historii okazało się samo narzędzie zbrodni, będące zarazem główną atrakcją zakładu. W Saint Louis zbudowano właśnie największy instrument organowy, znany dziś jako Organy Wanamakera (od nazwiska przedsiębiorcy, który kupił je po zamknięciu wystawy do swojego domu towarowego w Filadelfii) i wśród publiczności zjeżdżającej do miasta rozpętała się prawdziwa mania organowa, dzięki czemu prywatna sala koncertowa Sherwooda z łatwością przyciągała kolejne ofiary. W przeciwieństwie do Holmesa, Sherwood nie zaplanował żadnego labiryntu ani plątaniny przejść i pokoi, nie zmieniał też ekip budowlanych – do budowy organów zatrudnił jednak aż trzy różne firmy organmistrzowskie. Nieprzypadkowo – bowiem organy Sherwooda zabijały aż na sześć sposobów: 1. poprzez wydmuchiwanie piszczałkami trujących wyziewów (za uruchomieniem przycisku „vox coelestis”; sala była oddzielona od stanowiska organisty szczelną szybą), 2. poprzez przebijanie poziomymi piszczałkami (specjalnie w tym celu naostrzonymi), 3. poprzez miażdżenie spadającym z góry pozornym elementem prospektu, będącym w rzeczywistości czymś w rodzaju gilotyny, 4. poprzez wyssanie całego powietrza miechami, 5. poprzez miażdżenie zwężającym się kręgiem piszczałek (kiedy Sherwood wprowadzał słuchacza pomiędzy rozszerzone piszczałki, objaśniał mu, że to wyjątkowe rozwiązanie, dające wrażenie kompletnego otoczenia przez dźwięki), 6. poprzez wystrzelenie pocisku z piszczałki przerobionej na obrzyn (siekańce uderzały w ołowianą płytę znajdującą się za plecami ofiary).

 

 

Sherwood został skazany na karę śmierci, co przyjął ze zrozumieniem, równocześnie podkreślając przez cały czas trwania procesu, że nigdy nie zabrał ofiarom ani centa, a jego praca nad organami i projektem zbrodni doskonałej miała naturę ściśle naukową. „Słusznym jest, by uczony ponosił konsekwencje nieudanego eksperymentu brzmiały jego ostatnie słowa – ale państwo powinno mu dać szansę na naprawienie błędu”. Toteż cały swój majątek pozostawił w spadku Uniwersytetowi Saint Louis, powierzając mu również spisany w celi studwudziestostronicowy memoriał, w którym wyszczególniał błędy i zalety „systemu Holmesa” i „systemu Sherwooda”; proponował w nim szereg usprawnień, które pozwoliłyby na dokonanie zbrodni doskonałej. Ze względu na fachowość uwag dokument ten postanowiono utajnić.