Wydanie: MWM 05/2014

Pianista komponujący

Wywiad z Dejanem Lazićem
Article_more
Ravel powiedział, że skończyły się czasy, kiedy kompozytor przechadzał się łąką, wdychał zapach kwiatów, aż nagle wspaniały pomysł wpadał mu do głowy, więc biegł co sił w nogach do domu, żeby zapisać melodię. Tak się czasami zdarza, ale komponowanie to dużo pracy biurowej wymagającej koncentracji – tylko ja, stół i ołówek.

Joanna Michalska: Bartók jest dla pana numerem jeden wśród kompozytorów. Dlaczego ten twórca nie odniósł sukcesu za życia?
Dejan Lazić
: Komponował w trudnych czasach, kiedy ludzie nie mogli koncentrować się na sztuce. Sam wyjechał z Węgier, choć źle czul się z dala od ojczyzny, ale nie chciał mieć nic wspólnego z działaniami nazistów popieranych przez węgierski rząd. Nowa muzyka, którą pisał, była przez wiele osób potępiana. Ludzie nie byli na nią gotowi. W latach 40. jednocześnie tworzyli Benjamin Britten, Richard Strauss i Witold Lutosławski – przecież to trzy różne światy! Może Amerykanie oczekiwali, że Bartók będzie nowym Dvořákiem – piewcą słowiańszczyzny? Węgry nie są oczywiście krajem słowiańskim, ale publiczność w USA w tamtych czasach wrzucała wszystkich twórców ze wschodniej Europy do jednego worka. Emigracja za ocean oznaczała pozostawienie wszystkiego i zaczynanie od zera. Ja dziś mogę zagrać koncert w Europie i tego samego dnia polecieć do Stanów. Myślę, że Bartók był przede wszystkim nierozumiany. Jak większość geniuszy wyprzedzał epokę. Zmarł za prędko.

We Wrocławiu zagra pan III Koncert fortepianowy, zdecydowanie inny od pierwszych dwóch. Ostatni jest pana ulubionym?
Na obecnym etapie mojej muzycznej drogi najlepiej czuję się, grając właśnie ten. I Koncert jest rytmiczny, kompozytor traktuje fortepian trochę jak perkusję. W Trzecim Bartók jakby się ustatkował. Prawdopodobnie wiedział, że nie zostało mu wiele czasu na świecie. Napisany tuż przed śmiercią koncert jest uduchowiony, liryczny. Twórca nawiązał do dawnych mistrzów, umieszczając na końcu dzieła niesamowitą fugę, zaczerpnął też ze średniowiecznego chorału.

Bartók pisał III Koncert fortepianowy z myślą o żonie, pianistce. Czy to wpłynęło na charakter utworu?
Zdecydowanie jest przystępniejszy niż wcześniejsze. Nie trzeba mieć dużego rozstawu palców, bo dzieło pisane było z myślą o kobiecie, a panie mają zwykle mniejsze dłonie od mężczyzn. Utwór jest uduchowiony, brzmi jakby Bartók się modlił. Stereotypowo uważa się, że utwory dla  ukochanej – na przykład te pisane przez Schumanna i Brahmsa dla Klary – są liryczne, mają spokojne tempa. Jednak ja widzę w tej muzyce inny sposób myślenia kompozytorów, niż w ich pozostałych dziełach. O ile I Koncert Bartóka wymaga siły fizycznej, o tyle w Trzecim potrzebna jest moc duchowa. Musimy też pamiętać, że kompozytor sam był znakomitym pianistą. Mam wiele płyt winylowych z nagraniami Bartóka wykonującego swoje dzieła.

Inspiruję się pan jego grą?
Tak, ale nie imituję kompozytora, bo jego styl jest bardzo indywidualny. Miał wspaniałe poczucie rytmu, jednak nie matematyczne, a plastyczne. Inspirował się folklorem, którego pulsu nie da się w stu procentach zapisać, trzeba wyczuć metrum.

Pan także jest kompozytorem i również inspiruje się folklorem, szczególnie półwyspu Istria. Co jest szczególnego w tamtejszej muzyce?
Nie jest oparta na skalach dur-moll, ale ma własne skale. Zawsze grają lub śpiewają dwa głosy, a w jednej piosence może być zastosowanych osiem i więcej skal. Ta muzyka wywodzi się jeszcze z czasów starożytnej Grecji, zachowała wpływy macedońskie. Przybyli później Słowianie przyswoili sobie miejscową tradycję, czego efektem jest między innymi polirytmiczność – niemal każdy takt ma inne metrum: zaczynamy w siedem ósmych, potem mamy pięć czwartych, dalej trzy ósme i jeszcze sześć czwartych. Trzeba być bardzo skoncentrowany, żeby tak grać. Kiedy odkryłem muzykę z Istrii, pomyślałem: „Jak to dobrze, że kochający folklor Bartók tutaj nie dotarł ze swoimi poszukiwaniami i mogę rozwinąć indywidualny styl, inspirując się tradycją półwyspu.”

A jak pan poznał to miejsce – ma pan tam krewnych?
Przyjeżdżałem z rodzicami na Istrię na wakacje, nawet na weekend, bo z mój rodzinny Zagrzeb jest odległy od morza tylko o 200 kilometrów. Istria jest kojarzona właśnie jako świetne miejsce na urlop. Warto jednak na chwilę zejść z plaży i pojechać w głąb półwyspu. Tam, w malutkich urokliwych wioskach ludzie śpiewają na ulicach, grają na tradycyjnym instrumencie sopele, przodku dzisiejszego oboju. Zachęcam też do spróbowani lokalnego wina i trufli. Istria to miejsce naprawdę europejskie, bo nie można zakwalifikować jej do żadnego kraju. Część należy do Chorwacji, a część do Słowenii, są też enklawy włoskie. Na ulicach słychać wszystkie języki jednocześnie – region tętni życiem.

Latem na festiwalu w Aspen zagra pan prawykonanie swojego Koncertu fortepianowego w stylu istryjskim. Jak nastrój przed tym wydarzeniem – jest pan zestresowany?
Nie mogę się już doczekać! Poza tym bardzo lubię grać własne utwory.

Czym poza folklorem inspiruje się pan jako kompozytor?
Oczywiście moim ulubionym Bartókiem, ale uwielbiam też Szostakowicza, Lutosławskiego, Brittena, którego wciąż wielu pianistów ignoruje. Pod koniec lat 80. i na początku 90. co roku jeździłem na Węgry na festiwal w Szombathely poświęcony głównie twórczości Bartóka. Uczyli tam Ligeti, Kurtág, András Schiff, były lekcje fortepianu, kompozycji, analizy partytur.

Kiedy znajduje pan czas na komponowanie, skoro kalendarz jest wypełniony koncertami na całym świecie?
Czasem przez kilka tygodni nie występuję, nie podróżuję, jedynie komponuję, choć tak intensywna praca bywa trudna. Ostatnio w lutym w ogóle nie grałem, bo musiałem skończyć Koncert fortepianowy, oddać gotową partyturę. Nie mam kopisty ani innego pomocnika – lubię wszystko robić samemu – żmudnie rozpisuję partię każdego instrumentu. Zaczynam wcześniej rano i kończę przed kolacją.

Komponowanie to po prostu praca?
Ravel powiedział, że skończyły się czasy, kiedy kompozytor przechadzał się łąką, wdychał zapach kwiatów, aż nagle wspaniały pomysł wpadał mu do głowy, więc biegł co sił w nogach do domu, żeby zapisać melodię. Tak się czasami zdarza, ale komponowanie to dużo pracy biurowej wymagającej koncentracji – tylko ja, stół i ołówek.

Komputer?
O nie, próbowałem kilka razy – zawsze się zawiesza w środku pisania się i tracę natchnienie, bo muszę zająć się informatyką.

Pierwszy utwór napisał pan już jako jedenastolatek – co to było?
Cykl drobnych utworów na fortepian. Byłem wtedy pod wielkim wpływem Amadeusza Miloša Formana. Zobaczyłem, że Mozart grał i na instrumentach klawiszowych i na skrzypcach, a na dodatek komponował. Ja grałem na klarnecie i fortepianie, więc pomyślałem, że jeszcze brakuje komponowania. Nauczyciel zachęcił mnie żebym zaczął od klasycznych form solowych na fortepian. To była dobra sugestia, kompozycję trzeba ćwiczyć etapami – stworzyć kwartet smyczkowy, przeanalizować, które pomysły się sprawdziły, a które nie i dopiero potem wziąć się za pisanie na orkiestrę smyczkową. Jako czternastolatek pisałem muzykę kameralną. Ponieważ byłem zafascynowany Mozartem, starałem się naśladować jego styl.

Interesuje się pan również Brahmsem. Minęło już kilka lat od dokonanej przez pana transkrypcji na fortepian Koncertu skrzypcowego op. 77. Pomysł był kontrowersyjny, ale ostatecznie recenzenci chwalili efekt. Z perspektywy czasu, co pan myśli o tym projekcie? Zmieniłby pan coś w swojej aranżacji?
Już wprowadziłem poprawki w partii fortepianu. Transkrypcję opracowałem z potrzeby serca – nie dlatego, że pianiści nie mają co grać. Zawsze uwielbiałem Koncert skrzypcowy Brahmsa i żałowałem, że nie mogę go zagrać. Zainspirowali mnie Bach i Beethoven, którzy aranżowali własne koncerty skrzypcowe na instrumenty klawiszowe. Brahms, Liszt, Schönberg tworzyli różne transkrypcje, wariacje. Dopiero po drugiej wojnie przetwarzanie czyjegoś utworu stało się tabu. I zaczęło się szufladkowanie – ci są kompozytorami, a tamci wykonawcami. Ten jest interpretatorem Bacha, a tamten Beethovena. Wszystko się zawęziło. Tymczasem jeszcze w początkach XX wieku było się po prostu muzykiem, zazwyczaj grającym na dwóch - trzech instrumentach, komponującym, piszącym recenzje albo podręczniki. Taki model mi się podoba, i ja tak próbuję pracować.

Tak zwany III Koncert fortepianowy Brahmsa wykonywałem na całym świecie, więc cieszę się, że to nie by jednorazowy projekt – to dla mnie najlepsza recenzja, skoro ludzie chcą mojej transkrypcji słuchać, orkiestry i dyrygenci grać, szefowie artystyczni chcą ten utwór umieszczać w programach. Tego lata zagram Koncert po raz pierwszy w Polsce na Festiwalu Chopinowskim z dyrygentem Krzysztofem Urbańskim, fantastycznym muzykiem.

Rozmawiamy przez Skype i widzę za panem na ścianie mapę gwiazdozbiorów. Interesuje się pan astronomią?
Kocham astronomię, jestem miłośnikiem science fiction i wielkim fanem serialu Star Trek. Ciekawi mnie nie tylko fikcja, także nauka – mam teleskop i w pogodne noce z tarasu na dachu obserwuję gwiazdy.

Możemy spodziewać się utworu inspirowanego kosmosem?
Gustav Holst skomponował już dzieło zatytułowane Planety, więc może ja napiszę coś o gwiazdach?

Rozmawiała Joanna Michalska