Wydanie: MWM 05/2014

Niezastąpiony

Article_more
Setne urodziny Richarda Straussa w 1964 roku celebrowano nader powściągliwie. Nad kompozytorem wciąż wisiało odium z powodu współpracy z reżimem nazistowskim, zwłaszcza że Goebbels jeszcze we wrześniu 1944 roku wciągnął go na niesławną Gottbegnadeten-Liste – listę obdarzonych łaską Bożą – obejmującą ponad tysiąc nazwisk artystów, których w schyłkowej fazie wojny zwolniono z obowiązku mobilizacyjnego.

Strauss był już starcem i zostało mu ledwie pięć lat życia. Na liście figurował jako „niezastąpiony”. I jeśli spojrzeć na jego twórczość z perspektywy kolejnego jubileuszu, w tej kwalifikacji kryła się czysta prawda, przynajmniej pod względem muzycznym. Postępowanie Straussa-człowieka rodzi już znacznie więcej wątpliwości, choć upływ lat stopniowo zaciera granicę między świadomym oporem, kolaboracją a zwykłą biernością. Wygląda na to, że postawa Straussa jest przede wszystkim dowodem jego skłonności do ludzkiego mimetyzmu. Kompozytor przyjął pozornie bezpieczną strategię przetrwania: bacznie obserwował sytuację, nie podejmował ryzyka i był gotów podjąć walkę tylko w warunkach bezpośredniego zagrożenia. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że taka strategia często kończy się katastrofą.

 

Strauss mawiał o sobie: „muszę komponować, tak jak krowa musi dawać mleko”. I tej zasady trzymał się konsekwentnie, także w 1933 roku, kiedy Hitler został kanclerzem Rzeszy. Pocieszał wtedy żonę, że pisał muzykę za kajzera Wilhelma i za Eberta, prezydenta Republiki Weimarskiej, nie widzi zatem powodu, by zaprzestać swej działalności w nowych warunkach politycznych. W listopadzie Goebbels mianował go przewodniczącym Reichsmusikkammer, instytucji, której głównym celem miało być promowanie „dobrej muzyki niemieckiej” i jednoczesne zwalczanie muzyki „zdegenerowanej”, naznaczonej piętnem atonalności, niosącej rzekome podteksty seksualne, tworzonej z myślą o popularności i łatwym zysku (w domyśle: przez Żydów). Strauss objął stanowisko bez wahania, jak sam później wyjaśniał, w nadziei, że uda mu się zdziałać wiele dobrego i zapobiec dalszej degrengoladzie niemieckiego życia muzycznego, zawłaszczonego przez ignorantów i karierowiczów. Walczył o poprawę jakości edukacji muzycznej, o ratyfikowanie przez Rzeszę konwencji berneńskiej o ochronie dzieł literackich i artystycznych, o pierwszorzędną pozycję twórczości niemieckiej, w tym własnej, w salach koncertowych. Z drugiej strony konsekwentnie odmawiał udziału w próbach utwierdzania „aryjskości” sceny muzycznej, ignorował nazistowskie zakazy wykonań Mahlera i Mendelssohna, w głębi duszy pogardzał Goebbelsem i w zaciszu domowym nazywał go żałosnym dupkiem. 

W czerwcu 1935 roku Gestapo przechwyciło list Straussa do Stefana Zweiga, librecisty Milczącej kobiety. Kompozytor stanowczo odżegnał się w nim od kwalifikowania muzyki z uwagi na jej „niemieckość” bądź „aryjskość” i podkreślił, że dzieli ludzi wyłącznie na utalentowanych i pozbawionych iskry bożej. Kilka dni później, przy okazji drezdeńskiej prapremiery Die schweigsame Frau, kategorycznie odmówił usunięcia z programu nazwiska Zweiga – mimo żydowskiego pochodzenia pisarza i jego antynazistowskiej postawy. W konsekwencji został zdymisjonowany ze stanowiska przewodniczącego Izby Muzyki Rzeszy. Zrozpaczony, wystosował błagalny list do Hitlera z prośbą o spotkanie. Nigdy nie dostał odpowiedzi.

 

Nazistowskie władze rozpoczęły okrutną, trwającą blisko dziesięć lat grę z kompozytorem. Rok po dymisji Straussa, na letnich igrzyskach w Berlinie rozbrzmiał po raz pierwszy jego Hymn olimpijski, ukończony wprawdzie już w grudniu 1934 roku, co nie zmienia faktu, że kompozytor zadyrygował utworem osobiście, tuż po przemówieniu Hitlera, uroczystej salwie i wypuszczeniu w niebo kilku tysięcy białych gołębi. „Niestety, wciąż go potrzebujemy”, oświadczył Goebbels w ferworze późniejszych działań wojennych, „nadejdzie jednak dzień, kiedy będziemy mogli się pozbyć tego neurotycznego dekadenta. Wystarczy nam jego muzyka”.

 

Tymczasem neurotyczny dekadent rozpaczliwie zabiegał o bezpieczeństwo swoich bliskich. Jego ukochana synowa Alice była z pochodzenia Żydówką, „brudnymi Żydami” były więc także wnuki Straussa. Dopóki się dało, kompozytor używał swoich wpływów we władzach Rzeszy. Przeprowadził się z rodziną do Wiednia, żeby korzystać z protekcji Baldura von Schiracha. W 1944 roku Alice i jej mąż Frank zostali uprowadzeni i zatrzymani przez Gestapo. Strauss odzyskał ich cudem. Resztę wojny rodzina spędziła w areszcie domowym w Garmisch w Górnej Bawarii. Ponad trzydziestu krewnych Alice zginęło w Terezinie.

 

W 1945 roku, kiedy Amerykańskie Siły Powietrzne dokumentowały zniszczenia wojenne w ramach akcji pod kryptonimem Special Film Project 186, kamera uchwyciła też scenę po przesłuchaniu Straussa w Garmisch. W trwających niespełna minutę, dziwnie idyllicznych ujęciach kompozytor – niby wciąż dumny, ale złamany cierpieniem i śmiertelnie wyczerpany – ścina peonie w ogrodzie i co chwila zerka w obiektyw, jakby chciał spytać: „Dobrze wypadłem?”.

 

Nie, mistrzu. Niedobrze pan wypadł. Ale przynajmniej pozostał twórcą Rosenkavaliera i Salome. Człowiekiem słabym, lecz pełnym najlepszej woli. Działającym w warunkach skrajnego zagrożenia. O czym powinni pamiętać dzisiejsi krzykacze i moralizatorzy, zanim ruszą do dzieła naprawiania świata. Także muzycznego.