Wydanie: MWM 05/2014

Jazz zza kulis

Article_more
Zatłoczony klub, szczęściarze siedzą przy stolikach, spóźnialscy stoją przy barze. Pojedynczy reflektor kreśli stożek Tyndalla w zadymionym powietrzu. Podzwanianie kieliszków i rozproszone brawa, rozmowy nieco cichną, na estradzie pojawia się postać w fedorze i workowatej marynarce, z saksofonem. Wszystko jest czarno-białe.

Jazz nie mógłby istnieć bez kina, a kino – przynajmniej dźwiękowe – bez jazzu. Śpiewak jazzbandu, najsłynniejsze standardy i ich filmowy rodowód, Komeda i Polański, Barbieri i Bertolucci – skojarzenia są bardzo mocne. Jazz i sztuka filmowa rodziły się mniej więcej równocześnie, ale od początku istniały też miejsca, gdzie sztuce aktorskiej towarzyszył jazz, ale nie było kamer, które rejestrowałyby rzeczywistość w pozbawionej kolorów formie.

 

Jak wiele mają ze sobą wspólnego jazz – improwizowana (w znacznej części) muzyka instrumentalna – i teatr, czyli sztuka oparta na słowie, geście i ruchu? Wydaje się, że bardzo dużo, można by zaryzykować stwierdzenie, że jazz i teatr doskonale się uzupełniają. Czego bowiem poszukuje reżyser wybierający muzykę do spektaklu? Nastroju, a przecież feeling jest jednym z podstawowych elementów jazzu. Muzyka wyrastająca z bluesów, worksongów i negro spirituals niejako z definicji jest nośnikiem nastroju. Czego z kolei w teatrze mogliby szukać świadomi swojej sztuki twórcy jazzu? Tekstu, komunikatu i więzi z odbiorcą. Na pierwszy rzut oka mamy więc sytuację idealną: muzyka tworzy emocjonalny kontekst dla ekspresji scenicznej, dialogi i gesty nadają muzyce kontekst komunikacyjny. Dlaczego zatem formuła „jazz plus teatr” nie zawsze daje doskonałe rezultaty? I dlaczego polskie teatry raczej nie dają etatów jazzmanom?

 

Biografowie powiadają, że Krzysztof Komeda zakończył swój okres formatywny cyklem Etiud baletowych, a jego muzyka do Śniadania u Tiffany’ego w reżyserii Jana Biczyckiego z połowy lat sześćdziesiątych jest już dziełem, którego wartości nikt nie kwestionuje. Gdyby tematy napisane do tego spektaklu budziły niezadowolenie znaczącej części widzów, prawie na pewno wiedzielibyśmy o tym, ponieważ perypetie Holly Golightly (Kalina Jędrusik) na deskach Teatru Komedia śledziło ponad dwadzieścia tysięcy par oczu. A piosenka Ja nie chcę spać do tekstu Osieckiej nie stałaby się przebojem wzruszającym przez czterdzieści lat kolejne pokolenia słuchaczy płci obojga. Przy okazji: wszystko wskazuje na to, że utwory Komedy do Śniadania… to pierwsza polska muzyka teatralna (nie licząc musicalu) napisana przez jazzmana. W latach sześćdziesiątych interesujące utwory dla sceny pisali również między innymi Andrzej Kurylewicz i Jerzy Milian, ale ta muzyka nie doczekała się reedycji na nośnikach cyfrowych i w rezultacie uległa zapomnieniu. Wyjątkiem jest wznowiona nie tak dawno płyta Muzyka teatralna i telewizyjna firmowana nazwiskami Kurylewicza, Warskiej i Niemena. 

Pod koniec następnej dekady królem (wśród rodzimych jazzmanów) muzyki teatralnej został Janusz Grzywacz, zakopiańczyk i krakowianin, lider grupy Laboratorium. Dorobek Grzywacza szacowany jest na około sto spektakli, a sam muzyk wykłada dziś w krakowskiej PWST, może więc czuć się absolutnym władcą ziem na pograniczu jazzu i teatru. Jego pozycji nie zagrozi nawet gigant Stańko, twórca świetnej muzyki do zaledwie dwóch spektakli: Balladyny dla Teatru Ludowego w Krakowie oraz Roberto Zucco dla Teatru Nowego w Poznaniu.

 

Grzywaczowi zaczyna jednak deptać po piętach grupa kompozytorów, których, mimo słusznego wieku, jesteśmy skłonni traktować wciąż jako bandę niesfornych młokosów. Co więcej, banda owa może sprawić, że stolica królestwa jazzu teatralnego zostanie przeniesiona z Krakowa do Trójmiasta. Pierwsi za kulisy wdarli się Tymon Tymański i Mikołaj Trzaska, a płyty z ich debiutanckimi próbami teatralnymi (Pieszo Trzaski i Theatricon Plixx Tymańskiego) po latach nadal brzmią sympatycznie. W ślady kolegów z zespołu Miłość żwawo podążył Leszek Możdżer, dziś autor muzyki do kilkunastu spektakli.

 

Kilkoma drobiazgami napisanymi dla sceny może pochwalić się też pianista Sławomir Jaskułke, jednak w ostatnich latach na najwybitniejszego twórcę muzyki teatralnej spośród muzyków trójmiejskich wyrasta Olo Walicki. Nie dość, że zadbał on między innymi o oprawę muzyczną czterech spektakli Ingmara Villqista (dokumentacja na płycie Trauma Theater, Theater der Liebe), to jeszcze pojawił się przed niespełna dwoma laty w Krakowie z dość szczególną misją. Radio Kraków postawiło sobie wtedy za cel reanimację sztuki słuchowiska radiowego wykonywanego na żywo z udziałem publiczności. Do współpracy reżyserskiej zaproszono Andrzeja Seweryna, a w obsadzie znaleźli się między innymi Anna Dymna, Krzysztof Globisz, Sandra Korzeniak, Radosław Krzyżowski, Jerzy Nowak, Anna Polony i Jerzy Trela. Wystawiono (cóż by innego) Wesele Wyspiańskiego, a kompozycje Walickiego do słuchowiska wykonało na żywo jego trio z Wacławem Zimplem i Maciem Morettim.

 

Tekst z 1901 roku, o dwadzieścia sześć lat młodsza rozgłośnia, międzypokoleniowa obsada i muzycy zakorzenieni zarówno w tradycji jazzowej, która jest rówieśniczką Wesela, jak i w młodszej od jazzu o sześćdziesiąt lat (lub, jak kto woli, odwiecznej) sztuce swobodnej improwizacji. Oto gotowy modus operandi, oto jak powinny wyglądać próby syntezy dwu odmiennych, lecz komplementarnych sztuk oraz próby łączenia tego, co prastare, z tym, co aktualne.