Wydanie: MWM 05/2014

Muzyka nie potrzebuje getta

Article_more
Z wiekiem odczuwam przemożną potrzebę odrzucenia klasyfikacji i zwrócenia się do integralności muzyki, postrzegania jej jako Jedni. Tym mocniej, im bardziej wykraczam poza pole czystej „dźwiękowości”.

Ta ostatnia kieruje moją uwagę na lekceważone często przez historię muzyki – wraz z całym inwentarzem przełomowych teorii, wiekopomnych doktryn, rewolucyjnych manifestów, sloganów artystycznych – zjawisko: zwykłą ludzką „muzyczność”. Ileż jest definicji samej muzyki w jednej tylko Europie? A co dopiero, gdy pomnożymy je przez liczbę kontynentów, a kontynenty podzielimy na regiony! Od wieków tworzone są rozmaite definicje, a ich wyznawcy nadaremnie dwoją się i troją, aby sprostać zadaniu jednomyślnego uściślenia, co może być muzyką, a czego w dobrym tonie i wybornym artystycznym towarzystwie nie należy za takową uważać. Kleksem poplamione było średniowieczne organum, gdy zakazany interwał pojawił się w niestosownym miejscu, a „niewłaściwie” zharmonizowany menuet mógł dyskwalifikować siedemnastowiecznego kompozytora i zakończyć jego służbę na dworze królewskim; odcinał od źródła utrzymania i skazywał go na ekonomiczny i społeczny niebyt.

Rameau, Tinctoris czy Dahlhaus zużywali tony papieru, wypalali nocą setki świec, by ich traktaty precyzyjnie określały, co jest, a co nie jest muzyką. Dziś taką niekomfortową sytuację mamy już za sobą. Procedury uległy uproszczeniu, artystą jest nie wieszcz wyimaginowanego ducha czy narodu, lecz ten, kto sam określi w ten sposób swoją tożsamość. Wszystko może „dźwięczeć”, o ile świadomy twórca chce wywołać wrażenie „dźwiękowości” lub choćby zasugerować ją wyobraźni odbiorcy. George Steiner nazywa wywód filozoficzny muzyką myśli; psychoakustykę interesować będzie to, co poza progiem fizjologicznej słyszalności; neurokognitywiści zbadają niebawem wszystkie pozakulturowe, psychologiczne uwarunkowania tańca jako ludzkiego zachowania, będącego nieodłącznym elementem selekcji naturalnej; muzyka w mieście to już nie tylko czasopismo, ale fakt dokonany, fakt polifonii ulicy. 

Na dodatek, krawieckie cięcie tkaniny muzycznej wydaje mi się dziś możliwe dzięki jej ponownemu zintegrowaniu, jakby scaleniu na nowo całego istniejącego asortymentu muzycznego w jedną całość. Jedno kliknięcie myszką w wybrany klip czy proponowaną przez Google subskrypcję może spowodować przekierowanie w obszar zupełnie nowego „hybrydycznego” gatunku muzycznego. Nie, zdecydowanie muzyka nie potrzebuje dziś żadnego getta. Wprost przeciwnie! Potrzebuje wielowątkowego tagowania w miejsce gatunkowych etykiet. Na takie rozwiązanie można sobie dziś pozwolić i chyba nawet trzeba, bo jak w zalewie dobrodziejstw, jakimi raczy nas nasza globalna wioska, można byłoby połapać się w tym wszystkim, co może być godne poświęcenia słuchowej uwagi, a co zdecydowanie nie. Na przykład w samej Kolonii żyje i działa zawodowo kilka tysięcy kompozytorów…