Wydanie: MWM 05/2014

Muzyka pod bombami

Article_more
Salą koncertową była zrujnowana kamienica w broniącej się wciąż Festung Breslau, pianistą ¬– lejtnant z kompanii saperów, słuchaczem ¬– sławny radziecki fotoreporter wojenny Dmitrij Baltermanc. Zrobił zdjęcie artyście i nazwał je Czajkowski… Germania 1945.

Baltermanc – z wykształcenia matematyk, urodzony w Warszawie, bardzo utalentowany fotografik – wspominał po latach (co na łamach „Słowa Polskiego” w kwietniu 1970 roku relacjonowała Teresa Sozańska), że przyjechał do Festung Breslau na początku maja, jeszcze przed kapitulacją. Towarzyszył mu kolega z frontowej gazety, mieli zrobić kilka zdjęć saperom. Dowódca wyznaczył już nawet żołnierzy do pozowania, ale kiedy fotoreporterzy poszli poszukać odpowiedniego tła, ich modele znikli. Baltermac ruszył więc do dwóch domów, jedynych ocalałych na tej ulicy. Nagle usłyszał muzykę. Chyba Czajkowski… Po cichu wszedł po schodach na piętro, a potem do pokoju, w którym brakowało jednej ściany, ale za to stało pianino, a na nim wazon z bukietem kwiatów. Żołnierze nie zareagowali na jego kroki, wyciągnął więc aparat i nacisnął spust migawki.

Nawet jeśli Baltermanc koloryzował, a zdjęcie było pozowane, w Festung Breslau muzyka była obecna przez całe oblężenie. I grały nie tylko „organy Stalina”, jak nazywano katiusze ze względu na charakterystyczny, świszczący dźwięk wydawany przez pociski. Dziwne to się wydaje, bo zdaniem brytyjskiego historyka Normana Daviesa „pod względem zażartości i brutalności walki o Breslau niejednokrotnie przywodzą na myśl znacznie większą bitwę stalingradzką”. W najdłużej broniącej się twierdzy Trzeciej Rzeszy przez osiemdziesiąt dni trwało piekło, życie zeszło do podziemi, ale muzyka i tam trafiła.

Tenor w mundurze
Wrocław długo nie czuł strachu. Wprawdzie w listopadzie 1941 roku spadło na miasto kilka bomb, ale o tych dziesięciu zabitych pamiętały już tylko rodziny.

Owszem, były kartki na żywność, obowiązek zaciemniania domów i zakaz słuchania obcych radiostacji. Nikt jednak nie przypuszczał, że nadciąga zagłada. Dopiero w sierpniu 1944 roku miasto zostało ogłoszone twierdzą i na polecenie komisarza obrony Rzeszy na okręg wrocławski, gauleitera NSDAP Karla Hankego, zaczęto budować umocnienia i fortyfikacje polowe, a do „oddziałów fortecznych” powołano ludzi, którzy o wojnie nie mieli pojęcia, wśród nich Hugo Hartunga, czterdziestodwuletniego dyrektora literackiego scen wrocławskich. Biuro w operze zamienił na koszary, a potem piwnice. Przeżył i stał się kronikarzem ginącego miasta.

Szkolenie przeszedł gruntowne – wprawdzie w czasie ćwiczeń strzeleckich oddał trzy strzały w pozycji leżącej, „i to ze starego, belgijskiego karabinu, zdobycznej broni z czasów pierwszej wojny światowej”, ale za to muzycznie był edukowany znacznie dłużej. Co nie powinno dziwić, bo w Trzeciej Rzeszy bardzo o to dbano: w 1938 roku Niemcy – według Goebbelsa – szczyciły się dwudziestoma pięcioma tysiącami chórów męskich, studwudziestopięciotysięczną kadrą w chórach mieszanych oraz ośmioma tysiącami amatorskich orkiestr. 

„Kilku śpiewaków operowych, dwóch kapelmistrzów, paru filharmoników i profesor dr D. z Akademii Muzycznej w Breslau otrzymują lekcję śpiewu u naszego obergefrajta” – zanotował Hartung w swoim dzienniku pod datą 9 września 1944 roku. „To zabawne, jak trudno przychodzi wprawnym, wykwalifikowanym muzykom trafić we właściwy, tzn. żołniersko-kanciasty ton Schöner, grüner Westerwald (Piękny, zielony Westerwald). A jeszcze ten tekst, którego musimy nauczyć się na pamięć! Mowa w nim o bijatyce: Und der Bursch, den das nicht freut, / Man sagt, et hat kein Schneid (I fajtłapą ludzie zwą tego, co gardzi zabawą tą). Naszego niemieckiego sumienia wcale to nie cieszy, a i jakoś tupetu nam brakuje, gdy na golasa zapędzają nas pod prysznic”.

Na muzycznym indeksie
Szkolenie muzyczne było Hartungowi potrzebne, bo wprawdzie oddelegowany na lotnisko Breslau-Gandau (Gądów) czyścił – jak sam pisze – kible i układał bieliznę w magazynie, ale organizował też koncerty. Przede wszystkim po lazaretach. W październiku nad miastem pojawiły się pierwsze sowieckie samoloty, zginęło sześćdziesiąt dziewięć osób, było wielu rannych.

„15 października. Tego popołudnia dajemy zaległy koncert w lazarecie nr 16. Program składa się z piosenek ludowych, pieśni Schuberta i arii Pucciniego, w których nasi dwaj umundurowani tenorzy przechodzą jeden drugiego, wznosząc się na wyżyny kunsztu operowego” – chwali w swoim dzienniku Hugo Hartung.

Schubert i Puccini przeszli przez narodowosocjalistyczną weryfikację, ale już Ravel, Debussy, Chopin, Bizet czy Czajkowski byli na indeksie. Wiadomo, kompozytorzy „nieprzyjacielscy”, choć w Hamburgu w czasie kampanii rosyjskiej wystawiano Kniazia Igora Borodina. Od Strawińskiego można było wziąć Ognistego ptaka, ale o Święcie wiosny należało zapomnieć. Richard Strauss, Richard Wagner, Carl Orff i Werner Egk byli na topie, ale już Händla i Schumanna trzeba było „odświeżyć”. Händlowi zafundowano „aryjską” wersję Judy Machabeusza i Izraela w Egipcie, a Schumann w nowych interpretacjach przestał być łagodny (czytaj: zniewieściały), a stał się „heroiczny” (tak twierdził „Völkischer Beobachter” po koncercie Wilhelma Backhausa, sławnego wirtuoza, jednego z pierwszych pianistów nagrywających na płyty). 

Jeszcze w listopadzie 1944 roku Hartung nie miał problemów z organizowaniem koncertów. „O tym, jak bardzo ludzie są spragnieni artystycznych doznań, świadczy recital siedmiu berlińskich filharmoników w Domu Koncertowym [wrocławska filharmonia, nie istnieje już, stała koło dzisiejszego Teatru Polskiego – B.M.]. Grają Kwintet klarnetowy Brahmsa – przygnębiająco wysublimowane i ciepłe brzmienie klarnetu – i Kwintet »Pstrąg« Schuberta. Publiczność słucha z zapartym tchem” – zanotował pod datą 1 listopada Hartung, dodając, że odtąd artyści zatrudnieni w przemyśle zbrojeniowym mają absolutny zakaz występowania. Ale 5 grudnia dowiedział się, że jego grupa też nie może koncertować w lazaretach, bo podnoszeniem na duchu chorych i rannych zajęła się organizacja „Kraft durch Freude” (dosł. „siła przez radość”, jej specjalnością były m.in. masowe imprezy turystyczne i sportowe oraz koncerty w fabrykach i miejscach pracy).

Requiem dla ginącego miasta
Próbował interweniować u burmistrza Spielhagena, bo lekarze i ranni nie chcieli „hałaśliwych, pozbawionych poziomu programów KdF”, ale zastał zmęczonego i załamanego człowieka, który wyznał, że jest już „martwą duszą”. Faktycznie, Spielhagen miał przed sobą niecałe dwa miesiące życia. Oskarżony przez gauleitera Hankego o sianie defetyzmu, został 28 stycznia rozstrzelany w Rynku, a jego ciało wrzucono do Odry z mostu Lessinga, dziś Pokoju.

W nocy z 15 na 16 lutego 1945 roku zamknął się wokół Wrocławia pierścień wojsk rosyjskich. Mimo brutalnie prowadzonej ewakuacji, która kosztowała życie około dziewięćdziesięciu tysięcy ludzi, w szykującym się do walki mieście i tak pozostało około dwustu tysięcy ludności cywilnej, w tym jeńcy wojenni oraz cudzoziemscy robotnicy przymusowi. Zeszli do piwnic, krypt kościołów, naprędce przygotowanych schronów. Próbowali zorganizować namiastkę normalnego życia, muzyka była jego częścią.

Hartung pisze pod datą 20 lutego o odpoczynku w gospodzie przy Alsenstrasse (dziś ul. Stefana Czarnieckiego), kiełbaskach na gorąco i butelce czerwonego wina na głowę: „Pijemy i śpiewamy. Sani Pflanzl, znany bas drezdeńskiej opery, śpiewa swym pięknym, głębokim głosem pieśni ludowe i patriotyczne… Fetę kilka razy przerywają rosyjskie naloty”.

Dzień później znowu feta ze śpiewami i muzykowaniem. Ale Breslau zaczynał się palić.

Najgorsze przyszło 1 kwietnia, w Niedzielę Wielkanocną. Huraganowe bombardowanie spustoszyło miasto. „Rosjanie rzucali nie tylko bomby burzące, ale i zapalające. Paliło się dzień i noc. Powietrze zasnuł czarny, gryzący w oczy dym. W Niedzielę Wielkanocną byłem akurat u rodziców, na Nabycińskiej. Bomba trafiła w dom na dzisiejszym placu Solidarności. Walące się ściany uwięziły ludzi. Jak oni strasznie krzyczeli, żeby ich wydostać! A żadnych służb ratowniczych ani sprzętu do usuwania gruzu nie było. Okoliczni mieszkańcy próbowali ich wygrzebywać… Wrocław zamieniał się w miasto widmo” – wspominał Rudolf Tauer, Polak urodzony w Breslau.

Według szacunków niemieckich oficerów na Festung Breslau spadło wówczas około pięciu tysięcy bomb lotniczych. Ucierpiały dzielnice Śródmieścia i większa część Wyspy Piaskowej. W poniedziałek natężenie nalotów było jeszcze większe. Około godz. 16:30 pożar wywołany przez bomby fosforowe ogarnął niemal całe miasto. Płonął Nowy Targ, domy na Ostrowie Tumskim, kuria arcybiskupia, katedra. Hartung zapamiętał muzykę, którą świątynia żegnała się z miastem, „jak gdyby ognisty wiatr w środku dął w piszczałki organów i wydobywał tony requiem, które wysoka katedra śpiewa na własne konanie”.

Ucz się Szostakowicza
Los miasta był przesądzony, choć ofiara nie została jeszcze złożona do końca. Hartung, w swojej książce Gdy niebo zstąpiło pod ziemię, opisuje koncert w lazarecie ojców bonifratrów, w podziemiach klasztoru przy dzisiejszej ul. Traugutta, i jeńców rosyjskich słuchających Marzenia Schumanna.

„Ty grać Czajkowski? Szostakowicz?” – pyta Rosjanin, ale muzyk Szostakowicza prawie nie zna. „Ty uczyć się” – mówi stanowczo jeniec.

Lekarz przysłuchujący się tej rozmowie, komentuje, że to „pierwszy rozkaz od Armii Czerwonej” i radzi muzykowi: „Trzymałbym się tego, bo czasu nie ma zbyt wiele”. Faktycznie, zaledwie miesiąc. Kapitulacja zostanie podpisana 6 maja.

Szacuje się, że w ciągu trwającego osiemdziesiąt dni oblężenia w mieście zginęło do osiemdziesięciu tysięcy cywilów, w tym trzy tysiące na skutek samobójstw. Wśród żołnierzy niemieckich straty wyniosły sześć tysięcy zabitych i dwadzieścia cztery tysiące rannych (sześćdziesiąt procent stanu). Rosjan zginęło około sześciu tysięcy. Breslau zamienił się w dymiącą kupę gruzów.

Hugo Hartung, oglądając całkowicie zniszczoną Salę Koncertową Uniwersytetu Wrocławskiego, napisał w dzienniku: „Tam, gdzie niegdyś rozbrzmiewały organy, gdzie wiedeński kwartet smyczkowy grał smutno-słodką melodię Schubertowskiej kostuchy dla dziewczyny, teraz śmierć i los same zebrały niszczycielskie żniwo, unicestwiając piękno, które zdawało się być stworzone dla wieczności”.

Nie unicestwiły, bo Sala Koncertowa została dosłownie wskrzeszona, organy znów grają, muzyka wróciła do miasta.

Pozostało też zdjęcie Baltermanca, przedstawiające żołnierzy wsłuchanych w muzykę Czajkowskiego, wielokrotnie reprodukowane na całym świecie. Symbol tryumfu – przynajmniej na chwilę – sztuki nad wojennym szaleństwem.