Skrywany wulkan

Aleksander Laskowski rozmawia ze znanymi dyrygentami o Witoldzie Lutosławskim
Article_more
Lutosławski. Skrywany wulkan to zapis rozmów, jakie podjął się przeprowadzić Aleksander Laskowski ze znanymi dyrygentami, na temat osoby i twórczości jednego z największych kompozytorów muzyki XX wieku. Czy rozmówcy potwierdzą dotychczasowe przekonanie o cichym i spokojnym usposobieniu Lutosławskiego? Czy może odkryją nieznaną do tej pory stronę osobowości kompozytora? Na pewno wniosą nowe, ciekawe spojrzenie na jego twórczość, odbieraną od strony batuty i pulpitu. Rozmowy z Edwardem Gardnerem, Simonem Rattle’em, Esą-Pekką Salonenem i Antonim Witem okraszone są fotografiami, a całość poprzedza esej autorstwa Julii Hartwig.

Aleksander Laskowski: Czy miał pan okazję poznać Witolda Lutosławskiego?

Edward Gardner: Niestety nie, czego bardzo żałuję. W pewnym sensie mam z nim pośredni kontakt poprzez BBC Symphony Orchestra, z którą pracował wielokrotnie, a ja nagrałem z tym zespołem wiele jego utworów. Muzycy BBC Symphony Orchestra mają niezwykle dużo szacunku dla Lutosławskiego jako kompozytora, ale także jako człowieka. Lutosławski na próby przychodził w eleganckim garniturze, pod krawatem. Wiele razy opowiadali mi, z jak wytwornym akcentem potrafił mówić po angielsku, gdy uprzejmie zwracał się do muzyków: „Puzony, czy zechcieliby panowie zagrać nieco bardziej piano?”. Brzmiało to, jakby mówił lektor BBC. Z jednej strony zachwycają mnie te opowieści, z drugiej strony bardzo chciałbym go poznać osobiście, bo intryguje mnie ta niezwykła dychotomia – z jednej strony dyplomatyczna osobowość kompozytora, z drugiej nieokiełznany duch jego muzyki.

 

Właśnie! To naprawdę bardzo trudno zrozumieć. Kilka razy widziałem Witolda Lutosławskiego w Filharmonii Narodowej w Warszawie, wydawał się postacią bardzo pomnikową. Jednocześnie w jego muzyce kryją się wulkaniczne wręcz siły.

Mnie to zachwyca! Pod tym względem przypomina nieco Ryszarda Straussa – na zewnątrz dystans, a gdzieś pod powłoką kryje się człowiek, który napisał te wszystkie tańce w Salome, a potem Elektrę. Myślę, że to jeden z powodów, dla których muzyka Witolda Lutosławskiego dopiero teraz zaczyna zdobywać powszechne uznanie na świecie, na które przecież w pełni zasługuje. Ludzie uwielbiają, gdy kompozytor ma ognisty, beethovenowski charakter, a zmagania ze światem słychać w jego twórczości. W przypadku Lutosławskiego trudno jest pogodzić to, co na zewnątrz, z tym, co w środku.

 

A co opowiada o nim orkiestra?

Że był niezwykle uprzejmy. Jeśli nie grali, tak jak chciał, zdarzało mu się stracić cierpliwość na dwie sekundy, ale potem przez pół godziny wszystkich przepraszał. Był niezwykle subtelny. Muzyka emanowała z jego ciała, z orkiestrą łączył się na zasadzie osmozy. Wiele brytyjskich prawykonań utworów Lutosławskiego odbyło się z jego udziałem na Promsach. BBC Symphony Orchestra darzy tę muzykę wielkim szacunkiem i głęboką miłością.

 

Jak reaguje publiczność, gdy dyryguje pan jego utworami na koncertach?

To oczywiście zależy od utworu. Wydaje mi się, że na słuchaczy i wykonawców ta muzyka działa jak dynamo, dzięki niej powstaje energia. Ostatnimi czasy często dyrygowałem Koncertem na orkiestrę i wydaje mi się, że ten utwór to dobre wprowadzenie do twórczości Witolda Lutosławskiego. Chociaż nie jest to mój ulubiony utwór.

 

Nie był też jego ulubionym.

Naprawdę? I głośno o tym mówił? To bardzo ciekawe. To musi być jednak bardziej złożona historia, zważywszy na okoliczności, w jakich pisał to dzieło, zaczynające się przecież od ludowych rytmów wykonywanych z oznaczeniem aggresivo. W Koncercie Lutosławski stwarza niezwykły świat dźwiękowy. Dla mnie najwspanialsze są jednak III i IV Symfonia. Zwłaszcza Trzecia. Z drugiej strony Koncert na orkiestrę ma w sobie tyle życia, tyle energii… III Symfonia to zupełnie co innego, ten utwór – zakończony unisonem – ma swoją duszę. Właśnie tymi dziełami dyryguję najchętniej. Gesty[1] zawarte w tej muzyce uwielbiają wszyscy – i słuchacze, i orkiestra.

 

Książka ukazała się nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego i Instytutu Adama Mickiewicza w lutym 2014 roku.

 


[1] W języku angielskim słowa „gest” (ang. „gesture”) w dziedzinie muzyki używa się powszechnie w celu opisania ruchu fizycznego bądź ruchu wyobrażonego. Pojęcie to, mogące odnosić się zarówno do wytwarzania dźwięku przez wykonawców, jak i jego percepcji przez słuchaczy, było w ostatnich latach przedmiotem zainteresowania wielu badaczy. Edward Gardner posługuje się nim wyjątkowo chętnie (przy. aut.).

.