Wydanie: MWM 06/2014

Artysta z perspektywą

Wywiad z Markiem Mosiem
Article_more
Chodzi mi o sposób na życie, na bycie szczęśliwym – perspektywę, że jutro mogę być lepszy. To nadaje sens naszym poczynaniom. Wydaje mi się, że zgorzkniali są ci, którzy nie postrzegają przyszłości jako możliwości rozwoju.

Joanna Michalska: Hunchback Porn Angel albo Wyzwania metrologii to bardzo sugestywne tytuły Miniatur Leszka Możdżera, które wykona pan w czerwcu wraz z kompozytorem i wrocławskimi symfonikami. Co oznaczają te intrygujące nazwy?
Marek Moś:
Mam wrażenie, że jazzmani nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do tytułów, więc nie sugerowałbym się nimi za bardzo. Artyści nazywają swój utwór 21, potem Miś, a za chwilę Krokodyl. Miniatury Leszka mają już bodaj drugą wersję tytułów. Czasem określają one nastrój muzyki, najczęściej jednak pozostają luźnym skojarzeniem. I tak Dedede wzięło się od powtarzającego się dźwięku d w partii skrzypiec, ale z utworem Biali nic mi się nie kojarzy, równie dobrze mógłby nazywać się Czarni. Natomiast tytuł Facing the Wind określa nastrój muzyki – wysmakowane akordy i subtelności fortepianu muskają nas niczym delikatny wiatr.

A co łączy Miniatury Możdżera z Koncertem klawesynowym Góreckiego, który także usłyszmy we Wrocławiu?
Potrzeba wielkiej precyzji oraz konieczność zachowania doskonałego pulsu.

Wraz z Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy AUKSO współpracuje pan z Leszkiem Możdżerem już od piętnastu lat. Zgaduję, że musi panów łączyć podobne postrzeganie muzyki…
Tym, co w miarę często pozwala nam się spotykać na wspólnej estradzie, nie jest muzyka, jaką się zajmujemy, ale podobne cechy charakteru, dzięki którym dobrze nam się razem pracuje. Mam nadzieję, że Leszek darzy mnie zaufaniem, jeśli chodzi o przygotowanie orkiestry. W trakcie prób staram się maksymalnie zmotywować muzyków. To ważne, abyśmy stając na estradzie w dniu występu, prezentowali wszyscy najwyższy możliwy poziom.

Wspólna cecha panów to?
Pracowitość i zamiłowanie do – powiedziałbym – perfekcjonizmu, choć to słowo źle się kojarzy, zbyt górnolotnie. Jednak jest właściwe. Nieważne, nad jakim utworem pracuję, zawsze chcę być jak najuczciwszy. Ogromnie nie lubię bylejakości w muzyce. Bardzo zależy mi na tym, żeby soliści czuli się dobrze z prowadzoną przeze mnie orkiestrą, żeby wiedzieli, że darzymy się szacunkiem. W przypadku wspólnych występów szacunek to stopień przygotowania i zaangażowania w materiał muzyczny.

Orkiestra filharmoniczna nie ma łatwego zadania, gdy gra utwór częściowo improwizowany.
Improwizacja pozostaje po stronie Leszka, zespół ma swoje partie zapisane w nutach. Pianista w konkretnych miejscach improwizuje, po takim odcinku wszyscy wracamy do zapisu utworu, moim zadaniem jest to kontrolować. Orkiestry filharmoniczne nie zawsze dobrze sprawdzają się w jazzie. Muzyka Możdżera jest bardzo „punktualna”, wymaga ostrzejszej artykulacji niż klasyczny repertuar. Instrumentaliści muszą „karmić się” pulsem w szybkich pasażach, bo puls jest w jazzie niezbywalny.

Znał pan osobiście czołowych polskich kompozytorów XX wieku: Lutosławskiego, Góreckiego, Kilara. Czy któryś z nich miał na pana szczególnie znaczący wpływ?
Wszyscy oni razem. W różnych momentach życia inny kompozytor był mi bliższy. Z Henrykiem Mikołajem Góreckim miałem najwięcej kontaktów towarzysko-prywatnych. Był rektorem Akademii Muzycznej w Katowicach, gdy studiowałem. Mieszkał blisko uczelni, bywałem u niego w domu. Napisał trzy kwartety smyczkowe, a ja prowadziłem Kwartet Śląski, więc jego utwory nas zbliżyły. Witold Lutosławski z kolei jest autorem tylko jednego kwartetu, do tego kompozytor spędzał wiele czasu w podróżach, więc z nim miałem najmniejszy kontakt. Jednak zawdzięczam mu bardzo wiele pozamuzycznie. Lutosławski fundował stypendia dla młodych muzyków, głównie kompozytorów, żeby umożliwić im wyjazdy zagraniczne. Ja zostałem stypendystą jako skrzypek, a wsparcie finansowe w tamtym czasie okazało się niezwykle potrzebne, ponieważ z powodu choroby serca musiałem poddać się leczeniu. Z Wojciechem Kilarem zetknąłem się dopiero, gdy zamieniłem smyczek na batutę. Połączyły nas jego utwory orkiestrowe. Kilar był bardzo dowcipnym człowiekiem, nawet rozmawiając przez telefon, zaśmiewaliśmy się, bo sypał anegdotami jak z rękawa, miał do nich świetną pamięć. We wspomnieniach na jego temat, których było ostatnio sporo, przewija się wątek dużej religijności kompozytora i nie ma w tym przesady. W tej kwestii różniliśmy się nieco, ale chętnie słuchałem, jak przedstawiał swój punkt widzenia. Był prawdziwym autorytetem, człowiekiem niezwykle mi bliskim.

Czy Marek Moś wystąpi kiedyś w roli kompozytora?
„Nigdy nie mów nigdy”, ale teraz nie czuję, żebym chciał coś drugiemu człowiekowi powiedzieć o sobie poprzez dźwięki własnego utworu. Bardziej interesuje mnie organizacja materiału muzycznego innych – to daje mi satysfakcję. Kiedy w jednym tygodniu dyryguje się Beethovenem, a w drugim – Haydnem, trzeba mieć dużą nadwyżkę odwagi, żeby wobec tych arcydzieł pokazać siebie. Im częściej człowiek spotyka się z wybitną twórczością, tym bardziej go ona krępuje. W eksperymencie muzycznym nikt nie poszedł dalej niż John Cage, który miał nieskrępowaną wyobraźnię, bo jako Amerykanin nie był spadkobiercą kilkusetletniej tradycji muzycznej. Wspaniałe dziedzictwo artystyczne Europy jest jednocześnie ograniczające, wywiera presję.

Często podejmuje się pan prawykonań, takie występy są zawsze ryzykowne.
Przede wszystkim dla kompozytora! W czasie pracy nad utworem rodzi się w umyśle twórcy wrażenie dźwiękowe, a potem autor przychodzi na próbę lub koncert i słyszy nie jego utwór, choć grany z jego nut. To wielki stres. Dlatego uważam, że granie prawykonań jest dużą odpowiedzialnością. Nie można zakładać, że skoro utwór jest nieznany, to nikt się nie zorientuje, jeśli coś będzie nie tak, i możemy trochę oszukać. W muzyce twórca nie do końca odpowiada za swoje dzieło, chyba że tak jak Możdżer sam je wykonuje. Kiedy malarz pociągnie ostatnią kreskę, nikt już po nim nie ma dostępu do obrazu. Nikt nie wnika w strukturę ani kształt rzeźby. Każdy artysta jest skazany na własną wyobraźnię. Tymczasem w muzyce twórca jest zależny także od wyobraźni wykonawców. Lubię współpracować z kompozytorami, dobrze jeśli przychodzą na próby przed występem, byle nie na początkowe, poświęcone czytaniu utworu, bo wtedy obecność autora mnie krępuje.

Konfrontacja z publicznością, z kompozytorem kojarzy mi się z pańską wypowiedzią z innego wywiadu: „nie lubię być nielubiany”. Mierzenie się z krytyką, także z zawiścią, jest chyba „wpisane w koszty” pracy artysty?
Kiedy mówiłem, że nie lubię być nielubiany, miałem na myśli pracę z ludźmi. Wspólnemu działaniu muszą towarzyszyć pozytywne emocje. Niektórzy dyrygenci budują próbę na napięciu i strachu, ponieważ uważają, że to podnosi poziom artystyczny. Może to i prawda, ale ja tak nie potrafię. Dobra atmosfera i chęć tworzenia czegoś razem są niezbędne, żebyśmy – orkiestra, soliści i ja – osiągnęli najwyższy możliwy w danym momencie poziom.

W rozmowie z panem cały czas przewija się motyw dążenia do perfekcji, najwyższego poziomu.
Nie twierdzę, że udaje mi się osiągnąć ideał – przeciwnie, wychodząc na estradę, zwykle myślę: „Oj, przydałby się jeszcze jeden dzień”. Chodzi mi raczej o sposób na życie, na bycie szczęśliwym – perspektywę, że jutro mogę być lepszy. To nadaje sens naszym poczynaniom. Wydaje mi się, że zgorzkniali są ci, którzy nie postrzegają przyszłości jako możliwości rozwoju.

Rozmawiała Joanna Michalska

 

Marek Moś – skrzypek, kameralista, dyrygent, dyrektor artystyczny orkiestry kameralnej AUKSO od czasu jej powstania. Był założycielem i wieloletnim prymariuszem Kwartetu Śląskiego, jednego z najwybitniejszych kwartetów smyczkowych w Europie. Z kwartetem występował na najbardziej prestiżowych festiwalach i najznakomitszych estradach świata, dokonał około trzydziestu prawykonań utworów polskich i obcych, z czego część była dedykowana zespołowi. Albumy z kwartetami Henryka Mikołaja Góreckiego, Karola Szymanowskiego i Witolda Lutosławskiego zdobyły Nagrody Polskiego Przemysłu Fonograficznego „Fryderyk”. Marek Moś jest laureatem nagród Konkursu Muzyki Współczesnej w Krakowie (1979), Międzynarodowej Trybuny UNESCO w Paryżu (1984, 1988), Związku Kompozytorów Polskich (1994). Wykłada w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Jest dyrektorem artystycznym festiwalu Filharmonia AUKSO w Wigrach.