Wydanie: MWM 06/2014

Jazz na stadionie

Article_more
Mniej więcej co dwa tygodnie – oczywiście w sezonie ligowym – na stadionie przy Anfield Road w Liverpoolu wybrzmiewa śpiewany przez czterdzieści pięć tysięcy kibiców standard jazzowy. Nie tak znany i ważny jak, dajmy na to, All The Things You Are, w dodatku w rockowej aranżacji, ale jednak.

Piosenka You’ll Never Walk Alone pochodzi z wystawionego w 1945 roku na Broadwayu musicalu Carousel opisującego dzieje miłości szwaczki Julie i naganiacza Billy’ego. Autorami spektaklu byli Richard Rodgers i Oscar Hammerstein – duet odpowiedzialny za powstanie nieprzeliczonych standardów, między innymi rozsławionego przez Johna Coltrane’a walczyka My Favorite Things. W przedstawieniu You’ll Never Walk Alone pojawia się tuż po gwałtownej śmierci Billy’ego, kiedy kuzynka głównej bohaterki usiłuje wlać w serce zrozpaczonej Julie nieco nadziei na przyszłość. Dość melodramatyczny utwór nie zdobył w jazzie zawrotnej popularności, ale chętnie wykonywali i nagrywali go tacy muzycy jak Louis Armstrong, Billy Eckstine, Frank Sinatra czy Gene Ammons.

 

W jaki jednak sposób sentymentalny drobiazg z broadwayowskiego musicalu stał się stadionową pieśnią kibiców z robotniczego miasta w Anglii? W latach sześćdziesiątych, po trudnych czasach powojennej odbudowy port, przemysł, ale także kultura przeżywały w Liverpoolu prawdziwy rozkwit. Znakiem dobrych czasów w muzyce były narodziny stylu Merseybeat – jego najpopularniejszymi reprezentantami byli sami Beatlesi, których wczesne utwory chętnie śpiewano na stadionie Anfield. W 1963 roku inna lokalna grupa (dziś prawie zapomniana, ale wtedy uważana za wielkich rywali Lennona i McCartneya), Gerry and The Pacemakers, nagrała swoją interpretację You’ll Never Walk Alone, ukochanego utworu z dzieciństwa lidera zespołu, Gerry’ego Marsdena.

 

Jest to wersja, do której, powiedzmy, trzeba się nieco przyzwyczaić. No dobrze, brzmi ona – ze słodkimi smyczkami i niewyszukaną grą sekcji rytmiczniej – po prostu tandetnie. Dlaczego akurat ten utwór w tej konkretnej interpretacji w ciągu kilku miesięcy stał się ulubioną melodią sympatyków Liverpoolu, a potem oficjalnym hymnem klubu? Czy dlatego, że odwołujący się do grupowej solidarności w obliczu niepowodzeń tekst pasował do sytuacji klubu, który po latach posuchy dopiero miał wkroczyć pod wodzą legendarnego Billa Shankly’ego w erę ponad dwóch dekad dominacji w angielskim futbolu?

 

Gerry & The Pacemakers nigdy nie nagrali już niczego, co mogłoby równać się popularnością z You’ll Never Walk Alone i wkrótce rozwiązali zespół. Za to utwór Rodgersa i Hammersteina w opracowaniu beatowej grupy znad Mersey zaczęto regularnie odtwarzać przed każdym meczem na Anfield. Szybko stał się on jedną z najsłynniejszych stadionowych pieśni świata: śpiewają go między innymi kibice Celticu Glasgow, holenderskiego Feyenoordu, niemieckiej Borussi Dortmund, a nawet Tokyo FC. Nim złote lata drużyny Liverpoolu dobiegły końca, wydźwięk tekstu You’ll Never Walk Alone  zupełnie się zmienił, kiedy 15 kwietnia 1989 roku na stadionie Hillsborough podczas spotkania z Nottingham Forest w wyniku fatalnej organizacji i przepełnienia trybun zawaliła się jedna z barier oddzielających kibiców od boiska i dziewięćdziesięciu sześciu liverpoolczyków zginęło zduszonych lub zdeptanych przez napierający tłum.

 

 

W 1990 roku Liverpool zdobył też swój ostatni tytuł mistrzowski, a drużyna na lata popadła w ligową przeciętność. O elektryzującym efekcie You’ll Never Walk Alone świat przypomniał sobie majowej nocy w Stambule w 2005 roku, kiedy angielscy kibice niewzruszenie wspierali piłkarzy przegrywających już 0:3 ze słynną drużyną AC Milan. Jak wiemy, Liverpool zdołał w tym niewiarygodnym meczu odrobić straty i ostatecznie sięgnął po Puchar Europy.

 

Ciekawe, że bardzo wielu muzyków przyznaje się do fascynacji kibicowskimi śpiewami. Dała temu wyraz grupa Pink Floyd, wykorzystując w utworze Fearless z płyty Meddle… stadionowe nagranie You’ll Never Walk Alone z Anfield, cóżby innego. Futbolowe pieśni śpiewane są naturalnie ze sporą swobodą rytmiczną, jednak brak precyzji dodaje im nawet swoistego majestatu, rozciągając frazy w przeciągłe, zasnuwające cały stadion dźwiękowe chmury, a akustyka stadionu tworzy potężne brzmienie, o którym mógłby pomarzyć niejeden chórmistrz. Omińmy taktownie w tym momencie samo narzucające się pytanie o porównanie stadionowej kultury muzycznej Anglii i Polski – przepaść jest tu chyba nawet większa niż w przypadku poziomu sportowego. I to nie tylko pod względem wykonawczym, lecz także repertuarowym. Bo jazzu znajdziemy na wyspiarskich boiskach znaczenie więcej.

 

I’m Forever Blowing Bubbles, utwór bardzo popularny w pierwszej połowie XX wieku (nagrywali go między innymi Original Dixieland Jass Band, Artie Shaw i Charlie Parker), jest śpiewany przez kibiców londyńskiego West Hamu od lat dwudziestych. Melodia jednego z najsłynniejszych świątecznych standardów, Winter Wonderland (Ella Fitzgerald, Chet Baker i wielu innych) służy do tworzenia okazjonalnych, nie zawsze cenzuralnych przyśpiewek kibicom w całej Anglii: od fanów Sunderlandu przez Leeds United po Arsenal. Podobnie jest z tak ważnymi dla historii jazzu spiritualsami, na przykład We shall not be moved czy He’s Got the Whole World in His Hands. Tradycyjna pieśń When Johnny Comes Marching Home, często nagrywana przez jazzmanów (znakomita wersja Matthew Shippa), w Liverpoolu znana jest pod nazwą His Armband Said He Was a Red. I wreszcie utwór związany z jazzową tradycją jak mało który: When the Saints Go Marching In – śpiewa się go z różnymi słowami prawdopodobnie na wszystkich angielskich stadionach, a w wersji When the Spurs Go Marching In stał się hymnem stołecznego Tottenhamu.

 

A najlepsze wykonania You’ll Never Walk Alone? Te najbardziej znane, Armstronga, Sinatry, Judy Garland czy Doris Day, są zbyt bliskie musicalowego banału. O wiele ciekawiej interpretowała ten utwór, grając go powściągliwie na fortepianie (i pozbawiając taniego patosu), Nina Simone. Nagranie z płyty Get Happy (2007) tria nowojorskiego pianisty Ezry Weissa to niezły przykład solidnego jazzowego rzemiosła. I wersja chyba najlepsza ze wszystkich, najswobodniej traktująca oryginał, autorstwa Jona Janga (Self Portrait, 1999). Najlepsza, rzecz jasna, z wyjątkiem tych, śpiewanych a cappella przez fanów Liverpoolu:

 

Walk on through the wind,
walk on through the rain,
though your dreams be tossed and blown.

 

Walk on, walk on with hope in your heart,
and you'll never walk alone,
you'll never walk alone.

 

Tomasz Gregorczyk