Wydanie: MWM 06/2014

Uciekający łabędź

Article_more
Wkrótce po premierze w Cardiff przeczytałam kilkanaście entuzjastycznych recenzji. Przygotowywałam wtedy dodatek specjalny przed otwarciem kolejnego sezonu w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Pisałam szczerze i od serca, że nie mogę się już doczekać Lohengrina w inscenizacji Antony’ego McDonalda, którego „chwalono za prostotę koncepcji, precyzję gestu, urodę obrazów scenicznych i pomysłowość niektórych rozwiązań, zwłaszcza prześladującej reżyserów po nocach sceny z łabędziem”.

Trudno uwierzyć, ale słynna opera romantyczna Richarda Wagnera została po raz ostatni wystawiona w Operze Warszawskiej w 1956 roku, w gmachu „Romy” przy Nowogrodzkiej, jeszcze za dyrekcji Waleriana Bierdiajewa. Do czasu objęcia funkcji dyrektora i kierownika artystycznego przez Bohdana Wodiczkę w 1961 roku teatr działał w atmosferze nieustannych zmian koncepcji programowej i tyleż częstych, co bezsensownych interwencji urzędników partyjnych. Mimo to sędziwi operomani do dziś wspominają kreację Wacława Domienieckiego w partii tytułowej. Od tamtej pory mogli już tylko liczyć na nagrania i wrażenia z podróży do obcych krajów, bo późniejsze, sporadyczne inscenizacje Lohengrina w Polsce trudno było uznać za wzorcowe.

 

Jeszcze przed premierą przegadałam swoje z zaprzyjaźnionym teatrologiem. W kolejnych antraktach przedstawienia chwytałam za telefon i – poruszona – zdawałam znajomym relację z tego, co przed chwilą usłyszałam i zobaczyłam. Początkowe wątpliwości stopniowo się rozwiewały, koncepcje reżysera i dyrygenta składały się w coraz spójniejszą całość, owszem, trudną do oswojenia, niemniej intrygującą. Cały następny tydzień spędziłam z nosem w książkach i w Internecie, śledząc tropy, na które naprowadził mnie reżyser. Przeglądałam fasony mundurów i damskich sukien, zerkałam to do baśni braci Grimm, to do biografii Wagnera, to znów do albumów malarstwa prerafaelitów. Przesłuchałam kilkadziesiąt nagrań archiwalnych, żeby sprawdzić, jak zmieniały się gusty odbiorców oraz ich oczekiwania wobec śpiewaków wagnerowskich. W tym przedstawieniu liczył się każdy gest i każda fraza, precyzyjnie, żelazną ręką wyegzekwowane przez realizatorów. Przełom, pomyślałam sobie. Ależ będzie dyskusja! Jak gorąco będziemy się spierać z kolegami po fachu!

 

Wkrótce po premierze pojawiły się pierwsze recenzje. Nieliczne recenzje. Z których wynika, że reżyser jest twórcą sztampowym i tradycyjnym, że ktoś tam nazbyt pochopnie uwierzył, iż może śpiewać Wagnera, że scenografia jest dość chałupnicza, a z obsadą bywało różnie. Dyrygent zebrał pochwały głównie za pracę z orkiestrą, jakby cała reszta jego koncepcji była dziełem przypadku. A potem zapadła cisza. Polscy krytycy, całkowicie niezrażeni rozbieżnością swoich ocen z głosami po premierze w Cardiff, udali się do innych zajęć. Pewność ich sądów trochę mnie zbiła z tropu, zwłaszcza w kraju, gdzie nieśmiałe przymiarki do wskrzeszenia tradycji wagnerowskiej z reguły kończą się fiaskiem. Lohengrin zszedł ze sceny po czterech przedstawieniach.

W tych samych dniach, kiedy w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej grano kolejne spektakle Lohengrina, w Filharmonii Narodowej trwały próby do koncertowego wykonania Ifigenii na Taurydzie, największego bodaj arcydzieła, jakie wyszło spod pióra Christopha Willibalda Glucka. Trudno uwierzyć, lecz w Polsce wystawiono je tylko raz, także w Operze Warszawskiej, w 1962 roku, już za dyrekcji Wodiczki, w reżyserii Ludwika Renégo i ze świetną ponoć Aliną Bolechowską w drugiej obsadzie. Przedstawienie doczekało się wówczas szeregu wnikliwych recenzji i mniej lub bardziej trafnych prób interpretacji – mimo że nie było jeszcze Internetu, więc pościg tropem koncepcji reżysera wymagał od krytyków nie tylko maksymalnego skupienia, ale i sporej wiedzy okołomuzycznej. Co najważniejsze, z ocen po premierze nie przebijał nieznośnie protekcjonalny ton, właściwy dzisiejszej krytyce operowej. Niestety, Wodiczkę usunięto z funkcji dyrektora wkrótce potem, jak teatr swój ujrzał ogromny, i jakoś tak się złożyło, że nikt się potem Ifigenią nie zainteresował.

 

Miałam wyrzuty sumienia, że nie udało mi się dotrzeć na koncert w Filharmonii; zwłaszcza że opinie tak zwanych szarych melomanów były mocno rozbieżne. Tak rozbieżne, że aż mnie to zaintrygowało, więc znów wypatrywałam żarliwej dyskusji w gronie fachowców. Spodziewałam się też zainteresowania ze strony ludzi teatru – w nadziei, że kiedyś dożyję dnia, w którym będę mogła zobaczyć Ifigenię na polskiej scenie, niekoniecznie w Warszawie. Nic z tych rzeczy. Pojawiło się kilka wpisów na blogach i jednozdaniowy komentarz w pewnej gazecie, po czym zrobiło się równie cicho, jak po premierze Lohengrina. Krytycy uznali pierwsze od pięćdziesięciu dwóch lat wykonanie Ifigenii w Polsce za niewartą wzmianki ciekawostkę i odmeldowali się do kolejnych poruczeń.

 

Znamienne, że w kraju, gdzie mało kto zna Lohengrina, prawie wszyscy melomani znają anegdotę o legendarnym wykonawcy partii tytułowej, Leo Slezaku, któremu inspicjent zbyt wcześnie ściągnął ze sceny łódź zaprzężoną w łabędzia. Tenor z kamienną twarzą zwrócił się do widowni i spytał: „Entschuldigen Sie, wann geht der nächste Schwan?” („Przepraszam państwa, kiedy odchodzi następny łabędź?”). Mam mocne podstawy do obaw, że łabędź odejdzie nieprędko i niekoniecznie z przystanku, na którym stoję.