Wydanie: MWM 06/2014

W ciuciubabkę ze słuchaczem

Article_more
Współcześnie żyjący kompozytor ma prawo czuć się naprawdę komfortowo. Pewien twórca z epoki klasycyzmu, niejaki Muzio Clementi, dorobił się istnej fortuny jako wydawca nutowy, a Charles Ives w kilkaset lat później – na pracy… w towarzystwie ubezpieczeniowym.

Dziś zaś rynek usług kompozytorskich zmienił się nie do poznania. Oficjalny nurt polityki kulturalnej ministra Zdrojewskiego nastawiony na programy stypendialne dla szczególnie uzdolnionych, projekty i granty, i to oczywiście te, które wraz z tym nurtem zechcą płynąć, pozwolił na utworzenie miniaturowej w strukturze organizacji o wdzięcznej nazwie – Instytutu Muzyki i Tańca w Warszawie. Zmieniło to tak wiele, a tak niewiele.

Od pewnego czasu towarzyszy mi przekonanie, że rynek usług kompozytorskich w branży muzyki współczesnej w Polsce kształtowany jest wyłącznie przez garstkę festiwali, odbywających się cyklicznie w różnych regionach kraju. Czasem zdarzy się, że jakaś podrzędna w skali kraju, ale mająca kolosalne znaczenie dla Kielc czy Białegostoku filharmonia upcha z entuzjastycznym rozmachem muzykę młodego kompozytora, którego nikt z „abonamentariuszy” kompletnie nie zna i który ma się do programu koncertu jak  kwiatek do kożucha. Tym bardziej dziwi, że podczas debaty na temat krytyki muzycznej, odbywającej się we Wrocławiu z okazji 29. Festiwalu Musica Polonica Nova nie zaakcentowano wagi recepcji proponowanego repertuaru z perspektywy odbiorcy. W efekcie zostałem zaproszony nie na pogawędkę dotyczącą socjologii muzyki, jak wyczytałem w kolorowo ilustrowanym programie, a na zażarty spór o to, które z tych wydarzeń ma wieść prym w kreowaniu nowych tendencji w muzyce – niezależny kurator czy prezes Związku Kompozytorów Polskich. Z bitwy na argumenty wyszedłem raczej przegrany. Tymczasem moje myśli dręczy maniakalnie ten młody odbiorca. No właśnie – jak go pozyskać, gdzie go szukać, którą drogą do niego dotrzeć, gdy już się znajdzie, kto ma nim być, gdzie ma on uczyć się ćwiczyć swój słuch i uwrażliwiać na dźwięki utworów Marcina Stańczyka oraz Agaty Zubel, próbować gry na zręcznie skonstruowanych futurystycznych instrumentach bądź docierać do sedna wokalno-aktorskich wygibasów Phila Mintona, skądinąd poczynań będących eksperymentem najwyższej próby? Kto ma świadomie głosować i typować swoich faworytów do na przykład Wrocławskiej Nagrody Muzycznej?

Pytania można mnożyć bez liku. Wyższe uczelnie muzyczne w Polsce rzadko kwapią się przecież do podejmowania systematycznych działań w kierunku kształtowania wyobraźni dźwiękowej nastawionej na dostrzeganie wartości „dźwięków nietonalnych” czy „fonicznych śmieci” wśród wykonawców, a rozszerzone techniki kompozytorskie sprowadzają się w ich murach niemal wyłącznie do sonorystyki z połowy ubiegłego wieku, i to pod warunkiem, że mowa o Lutosławskim (którego twórczość prócz walorów artystycznych ma skądinąd wielką wartość dydaktyczną). Nieistotne, że kompozytor nieżyjący, ważne, że „wykonalny”, i to kompozytor przez duże K. Panufnik według oficyny EMI nie wpisuje się już w poczet kompozytorów polskich (sic!), a całej reszty twórców o mniejszej sile rażenia lepiej unikać jak ognia.

Ale doprawdy, kompozytor współczesny może spać spokojnie. Co z tego, że nie istnieje w świadomości przeciętnie wykształconego Kowalskiego (tego samego, który potrafiłby z miejsca wymienić czołowych współczesnych artystów swojej lokalnej ziemi, gdyby wychował się w Belfaście czy Grazu). Ważne, że za swoje kolejne dzieło otrzyma grant pod patronatem ministerstwa.