Wydanie: MWM 06/2014

Kiedy gra gorąca krew

Article_more
Arystoteles twierdził, że muzyka wpływa na uszlachetnianie obyczajów. Nie znał wrocławskich augustianów, którzy słynęli z umiłowania muzyki i jednocześnie demonstrowali temperament godny kibiców Śląska. Bójki na pastorały były najłagodniejszą formą rozstrzygania konfliktów z konkurencyjnym klasztorem.

Zakonnicy o tak gorącej krwi zostali sprowadzeni do Wrocławia przez Piotra Włostowica, który najpierw osiedlił ich na górze Ślęży (gdzie jednak ciągle lało, bo to tzw. góra wyspowa, ściągająca deszcz, więc augustianie próbowali wytargować bardziej suche miejsce), a potem pozwolił się osiedlić na wyspie Piasek. Wspaniały kościół pw. Najświętszej Marii Panny i przylegający doń barokowy budynek Biblioteki Uniwersyteckiej to ich dawna siedziba.

Wprawdzie genetycy nie wspominają o możliwości dziedziczenia cech charakteru po dobrodziejach (mecenasach, sponsorach, jak to woli), ale augustianie chyba się na Włostowica zapatrzyli. Bo wojewoda Piotr bardzo był temperamentny.

 

Cel uświęca środki
Opowiadano o nim niestworzone historie – zdobył jakoby skarb króla Danii, jeździł z wikingami na wyprawy, ożenił się z córką króla Francji i ufundował siedemdziesiąt siedem kościołów. Historycy uważają, że to nie tylko numer jeden we Wrocławiu, ale i najjaśniej świecąca gwiazda na firmamencie politycznym Polski w pierwszej połowie XII wieku. Za życia Bolesława Krzywoustego otrzymał zaszczytny tytuł wojewody (comes palatinus), który dawał mu pozycję drugiej osoby w państwie.

 

Krzywoustemu służył wiernie i nigdy go nie zdradził, ale wyznawał zasadę, że cel uświęca środki. Sposób, w jaki pokonał księcia przemyskiego Wołodara Rościsławowicza, niepokojącego wschodnie granice Polski, budził zastrzeżenia ówczesnych moralistów. Włostowic przybył na dwór Wołodara i przysięgał, że zbuntował się przeciwko Krzywoustemu. Książę przemyski niczego nie podejrzewał, przyjął go z otwartymi rękami i podejmował czym chata bogata. Tymczasem Piotr – choć spijał książęce miody, polował z Wołodarem na niedźwiedzia, a nawet trzymał do chrztu jego syna – porwał swojego gospodarza, zmusił do zawarcia przymierza z Krzywoustym i wypłacenia dużego okupu, który w części trafił do skarbca Włostowica.

 

Wojewoda Piotr skończył jednak życie jako ślepiec z obciętym językiem. Historycy twierdzą, że został ukarany za zdradę przez księcia seniora Władysława (syna Krzywoustego). Kronikarze piszą, że zniszczyła go żona tegoż księcia, Agnieszka. Wojewoda podał w wątpliwość jej małżeńską wierność, więc Agnieszka „radą i perswazją nakłania swego męża, księcia Władysława, by wywarł zemstę na komesie Piotrze, judząc, że jeśli go nie zostawi w spokoju, książę Władysław nie uzyska absolutnie pełnej władzy nad Królestwem Polskim”, pisał Długosz.

 

Egzekucja na Włostowicu wstrząsnęła opinią polskiego możnowładztwa, które zjednoczyło się przeciwko Władysławowi, dając księciu okazję do zdobycia przydomku Wygnańca. Po kilkuletniej wojnie domowej musiał on wyemigrować wraz z całą rodziną do Niemiec. A Włostowic został zrehabilitowany i odzyskał majątek.

 

Śpiewaj z życiem

Owych siedemdziesięciu siedmiu kościołów na pewno nie ufundował (musiałby być Billem Gatesem), ale Wrocław zawdzięczał mu dwa wspaniałe opactwa – wspomnianych już augustianów na Piasku i benedyktynów na Ołbinie.

 

Po benedyktynach został tylko piękny romański portal, wmurowany po rozbiórce opactwa w ścianę kościoła pw. św. Marii Magdaleny i kilka kamiennych detali we wrocławskich muzeach, ale augustianów wciąż możemy odwiedzać. Obecny kościół wzniesiono wprawdzie w XIV wieku (ma naprawdę wielką klasę, jego wnętrze ozdabiali mistrzowie z Włoch), ale pod świątynią wciąż istnieje romańska krypta, pamiętająca czasy swego fundatora, a nad wejściem do zakrystii możemy obejrzeć romański tympanon przedstawiający Marię Włostowicową wraz z synem, która ofiarowuje kościół Matce Boskiej.

 

Świątynia, którą opiekowali się augustianie, cieszyła nie tylko oczy (niestety, całe to bogate wyposażenie padło ofiarą pożaru po bombardowaniu Festung Breslau), lecz także uszy. Zakonnicy bardzo dbali o jakość muzyki, w XV wieku wprowadzono u NMP na Piasku śpiewy antyfoniczne i zbudowano organy. A choć pierwszy instrument był kiepski i wkrótce trzeba było zastąpić go nowym, Wrocław musiał przyznać, że u augustianów grają i śpiewają lepiej niż w katedrze.

 

Niby nic w tym dziwnego, zakonnicy musieli naśladować chóry anielskie. Gwidon z Cherlieu, uczeń św. Bernarda, ułożył traktat De cantu, w którym napomina mnichów, żeby śpiewali „z życiem i czysto, nie szczędząc trudu, a przystojnie, zarówno w tym, co dotyczy dźwięku, jak i wyrazistości”. A w jednej z ksiąg klasztornych, jak wspomina francuski historyk Léo Moulin, opisując życie średniowiecznych zakonników, znalazły się nawet zalecenia dla nowo wybranego opata, aby zaintonował Veni Creator z myślą o swoim poprzedniku. Czyli głosem „umiarkowanym”, który wyrażałby raczej „żal i skruchę serca” niż radość śpiewania. To był już wyższy stopień muzycznego wtajemniczenia, choć nie wszystkie klasztory zdołały go osiągnąć, o czym świadczą partytury bez śladów używania, pochodzące z ich zbiorów. Ale augustianie szli w straży przedniej. Mimo że opaci obcinali wydatki na cele muzyczne, a biskup i kanonicy, przeciwnie, inwestowali w chór katedralny – na Piasku śpiewano lepiej.

Jednak nie na tyle dobrze, żeby utrzymać w klasztorze harmonię. Szczególnie w okresie wyborczym, kiedy bracia przestawali wierzyć w ewangeliczne pouczenie, że ostatni będą pierwszymi.

Kucharz rządzi

Gdy w 1328 roku wybierali opata, wydawało się, że nigdy nie dojdą do porozumienia. Narady były coraz dłuższe, stronnictwa się mnożyły, a intrygi komplikowały. Nikt nie chciał ustąpić. Nawet o kulawym kompromisie nie było mowy, a co dopiero o zgodzie i harmonii. Legenda głosi, że tylko kucharz, brat Konrad z Wodzisławia, nie przejmował się tym zamieszaniem i dalej gotował smaczne obiadki. Może to one sprawiły, że jeden z mnichów zniechęcony kolejnymi kandydatami krzyknął, że odda swój głos na brata Konrada. Inni go po kolei zaczęli popierać i kucharz został wybrany opatem.

 

Nie była to bynajmniej rewolucja leninowska (Włodzimierz Iljicz twierdził, że „każda kucharka powinna się nauczyć rządzić państwem”), bo klasztorny kucharz nie musiał się niczego uczyć. Musiał być za to świętym, albo Batmanem, a właściwie jednym i drugim. Powinien bowiem posiadać „serce pokorne, duszę łagodną, przepełnioną miłosierdziem; skąpy dla siebie, hojny dla drugich, pociesza smutnych, zapewnia schronienie chorym; skromny i powściągliwy, niech będzie tarczą ubogich i wzorem szafarza, ojcem wspólnoty we wszystkim, co do jego powinności należy”.

 

Gruba skóra też była pożądaną cechą klasztornego kucharza, bo gotowanie dla smakoszy (a większych nie było, co przyzna każdy, kto próbował ptysia zwanego „westchnieniem zakonnicy”) to bardzo stresujące wyzwanie. Krytycy nie szczędzili pochwał, owszem. Sam biskup musiał karcić grymaśne benedyktynki jarosławskie, które twierdziły, że „mleko szkodzi na głowę, ser za chudy, a jarzyny mnożą melancholię”.

 

Po takiej szkole kucharz mógł dyrygować nie tylko garnkami, ale całym klasztorem. Tak jak Konrad z Wodzisławia, który okazał się politycznym geniuszem: zreformował życie w klasztorze (czytaj: zrobił porządek z kłótnikami, wprowadził dyscyplinę), rozpoczął budowę obecnego kościoła pw. NMP na Piasku, wniósł nowy dom opacki, dokupił nowe majątki, rozwijał gospodarkę czynszową. Okres jego rządów uważany jest za najpomyślniejszy w średniowiecznych dziejach klasztoru.

 

Biskup jak Salomon

Ale i opat Konrad miał problem z utrzymaniem harmonii. Jak zagrały zakonne temperamenty, trzeba było improwizować i Wrocław usłyszał niejeden fałszywy ton. Konrad wdał się bowiem w spór z opactwem na Ołbinie (już wtedy należącym do norbertanów, a nie benedyktynów) – bratnim, bo też ufundowanym przez Piotra Włostowica – o prawo starszeństwa (tzw. causa vortret). Opat starszego opactwa podczas uroczystości kościelnych, liturgii i procesji zajmował miejsce zaraz za biskupem lub po jego prawej stronie. Problem w tym, że oba opactwa uważały się za starsze. A że krew nie woda, a pokora to cnota przegranych, więc w Wielki Czwartek 1372 roku w katedrze opat augustianów Piotr Niger wypchnął z uprzywilejowanego miejsca opata norbertanów z Ołbina, Marka Wendelera. Wendeler tak łatwo ustąpić pola nie chciał, więc wyciągnął pastorał i natarł na napastnika. Ten podjął walkę. Widzowie zamarli ze zgrozy.

 

Spór powodował nie tylko uszczerbek na ciele opatów, lecz także pustoszył klasztorną kasę, bo opactwa zwróciły się do Kurii Rzymskiej o rozstrzygnięcie, kto ma rację. Rzymscy kurialiści paśli się na wrocławskiej kłótni. Proces kosztował około dwóch tysięcy florenów, czyli równowartość dwóch wsi, a opat norbertanów sprzedał nawet srebrną podstawę od wielkiego krzyża, żeby wyszło na jego.

 

W końcu biskup Wacław wydał w 1384 roku salomonowy wyrok: co roku inny opat będzie miał prawo starszeństwa. Harmonia wróciła do Wrocławia. Wprawdzie nie na stałe, bo konflikt wciąż się tlił i dopiero w 1670 roku podpisano przyjacielską ugodę, ale jak ciągle wszystko gra, to też trudno wytrzymać.