Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 06/2014

Flet. Moskwa, noc z 12 na 13 października 1998 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Początek tej historii jest doskonale znany i opisany na dziesiąty bok: wraz z pierestrojką i rozpadem Związku Radzieckiego w Rosji zaczęła wyrastać rozległa szara strefa. Przestrzeń na mapach, zajętą dotychczas przez równomiernie czerwoną plamę, zalała szarość: czarny rynek na białych niedźwiedziach (oprószony nieco złotem z rodzących się mozolnie fortun oligarchów). Pojawiały się nowe zawody i rodzaje przestępstw, a niejeden drobny żulik, który we właściwym dziejowym momencie znał właściwego kagiebistę, miał teraz pod wodzą całą armię reketierów, alfonsów i hakerów. Niedawne ordery, odznaki i szarże w partyjnym aparacie straciły swoją moc, natomiast godne pożądania stawało się często to, co jeszcze niedawno miało wartość pozorną lub żadną zgoła, bo nie podlegało handlowi – jak choćby mieszkania kwaterunkowe. W większych miastach, zwłaszcza zaś w Moskwie i Petersburgu, powstały gangi trudniące się wyłącznie „odzyskiwaniem mieszkań”, czyli zastraszaniem lokatorów, głównie emerytów i niepełnosprawnych. Najpierw, stosując najróżniejsze środki – długotrwałe dręczenie, nachodzenie, katowanie, grożenie śmiercią lub szantaż – zmuszano ich do podpisania dokumentu o zrzeczeniu się lokalu komunalnego, a następnie odpowiedni „życzliwi” urzędnicy podpisywali zgodę na przekazanie mieszkania klientowi. Mniej litościwi gangsterzy wymuszali na staruszkach opcję „dożywotniej opieki”, którą niechybnie skracali.

W ten sposób przechodziły z rąk do rąk głównie małe mieszkanka w blokach, choćby w moskiewskim Jasieniewie, Medwedkowie czy na Kuźminkach, albo klitki w poszatkowanych na kawałki kamienicach z carskich czasów, wymagające mozolnego „czyszczenia” dwóch czy trzech sąsiednich lokali, żeby z nich zmontować godny pożądania apartament. Ale zdarzały się i wyjątkowo łakome kąski, które dało się chapsnąć, jeśli dotychczasowy lokator wraz z upadkiem imperium stracił dawne wpływy u władzy. Mógł to być akademik, działający w niezbyt poczesnym instytucie, wojskowy, który wypadł z łask, zniszczony przez długoletniego wroga, emerytowana śpiewaczka, która niejedną łyżkę kawioru zjadła z żoną Breżniewa… Jeśli ująć to muzycznie: szło o to, żeby odkryć największe dysonanse pomiędzy metrażem i lokalizacją a faktyczną pozycją właściciela. Takie właśnie mieszkania stanowiły kąski najsmakowitsze i były najbardziej poszukiwane przez nedwiż-agów („agentów nieruchomości”, jak nazywano ich w przestępczym slangu).

 

Jedną z największych „agencji” tego typu prowadził Died Sakro, czyli Zacharij Jakowlewicz Agranow – niegdysiejszy kieszonkowiec z Mohylewa, który przeprowadziwszy się do Moskwy, rozwinął skrzydła jako meliniarz w okresie pierestrojkowej walki z alkoholizmem. To właśnie jego ludzie, Dima i Oleg, pojawili się pewnego październikowego poranka 1998 roku na Nowym Arbacie, a konkretnie: w trzypokojowym mieszkaniu zajmowanym przez Maksima Rybakowa, emerytowanego flecistę Filharmonii Moskiewskiej.

 

Rybakow, który planował dożyć swoich dni w arbackiej secesyjnej kamienicy, miał za sobą życie godne grubej rosyjskiej powieści. Urodził się 1930 roku w Rydze jako syn Johannesa Fischera, wywodzącego się z długiej linii muzyków, którzy grywali na flecie jeszcze na dworze elektorów saskich; lekcje gry brał od czwartego roku życia (ćwiczył na drewnianym instrumencie dziecięcym, przekazywanym kolejnym pierworodnym Fischerom od połowy XVIII wieku). Kiedy Hitler wydał rozkaz przesiedlenia ryskich Niemców do Heimatu, Johannesowi udało się pozostać z całą rodziną na Łotwie. Ale z czym jeden totalitaryzm sobie nie poradził, to załatwił drugi: tuż po wkroczeniu armii radzieckiej ojciec rodziny został rozstrzelany, a matka z trojgiem dzieci – zesłani do Kraju Zabajkalskiego.

 

Jako wróg ludu Max Fischer, który został tymczasem Maksimem Iwanyczem Rybakowem, trafił do kopalni uranu w Krasnokamiensku – i nic nie wskazywało, że kiedykolwiek pójdzie w ślady swoich przodków. Ale czy to niezwykłe samozaparcie, czy siła rodzinnej tradycji, czy seria niebywałych zbiegów okoliczności – a najpewniej wszystkie te czynniki naraz – sprawiły, że Rybakow nie tylko nie zginął przywalony skalnym odłamkiem, ale trafił najpierw do orkiestry Teatru Lalek w Czycie, potem do dwóch teatrów w Nowosybirsku, w tym do świeżo wybudowanego Nowosybirskiego Teatru Opery i Baletu, wreszcie do Moskwy. Tam pracował aż do emerytury, znany z niezwykłej sumienności i, nieczęstej w Rosji, kompletnej abstynencji.

 

Ale nie wrócili. Ani następnego dnia, ani żadnego w ogóle. Zniknęli z miasta, zniknęli z radarów śledczych, z pola widzenia wtyk gangów i milicyjnych konfidentów. Nie tylko oni dwaj, lecz także cały niemalże gang Agranowa; w jego głównej kwaterze wszystko pozostało tak, jakby nieznana siła w jednej chwili wymiotła ludzi znad stakanów wódki i pełnych popielniczek: w sejfach leżały pieniądze na bieżące wypłaty, w schowku na broń – mały arsenał.

Subtelności gry na flecie oraz – ujmując to szerzej – muzyki klasycznej były obce Dimie i Olegowi – nie robił też na nich wrażenia spis dyrygentów, z którymi flecista miał okazję koncertować. Ot, przyszli z konkretną ofertą, składającą się z cienkiej kupki rubli i grubego pakietu możliwych tortur. Rybakow – jak wiadomo ze śledztwa – nie tylko odmówił, lecz także grzecznie, acz stanowczo odparł, że istnieją obiektywne przyczyny, dla których nie ruszyły go z mieszkania trzy inne gangi. Na podkomendnych Dieda Sakry nie wywarło to, jak się można spodziewać, większego wrażenia – obiecali wrócić następnego dnia z odpowiednimi środkami przymusu bezpośredniego.

 

Dopiero po wiosennej odwilży wzdęte ciało jednego z gangsterów wypłynęło na brzeg w Niżnym Nowogrodzie, po kwartale kolejne, znacznie ogryzione przez ryby, odnaleziono w okolicach Samary. Na zwłokach nie stwierdzono jednak żadnych śladów przemocy – śledztwo nie ruszyło zatem z miejsca i po jakimś czasie zostało umorzone.

 

W Moskwie plotkowano, że Rybakow znał stare niemieckie sposoby na oczarowywanie ludzi grą na flecie, że wytropił siedzibę gangu Dieda Sakry, wyprowadził czternastu gangsterów na most Nowoarbacki, a może na Wielki Kamienny, a może Patriarszy, a może gdzie indziej jeszcze, po czym – kierując nimi czymś tak wątłym, jak wprawione w drżenie powietrze – zmusił ich wszystkich do śmiertelnego skoku do rzeki. Podobno w środku nocy na trasie łączącej Nowy Arbat i jeden z mostów słychać było melodię tak czarowną, że śpiący wstawali z łóżek, sunęli do okien i po paru minutach budzili się, z policzkiem przytkniętym do zimnej szyby i z błąkającym się w pamięci nieuchwytnym wspomnieniem muzycznego tematu. Rybakow zbywał plotki beztroskimi żartami.

 

Jest jednak faktem (ustalonym przez Claire Shmutz w jej pracy From Pied Piper of Hameln to Satanic Brainwashing: Musical Hypnosis and the Inner Self, Oxford University Press, 2009), że rodzina Fischerów wywodziła się z Lemgo, miasta w Dolnej Saksonii, położonego nieopodal Hameln (znanego z Grimmowskiej baśni o słynnym szczurołapie), a także że zbiegła stamtąd do Drezna w XVII wieku, w trakcie słynnych procesów czarownic. Faktem jest również, że Rybakow mieszkał przy Nowym Arbacie do końca swoich dni (2007), a po jego śmierci mieszkanie bez najmniejszych przeszkód odziedziczyła daleka krewna. Pogrzeb, nad podziw wystawny, został oficjalnie opłacony przez Koło Miłośników Filharmonii Moskiewskiej. Jednak, jak dowiodła Shmutz, środki w istocie pochodziły od trzech gangów, których przywódcy mieli więcej szacunku dla muzyki klasycznej – i dla flecisty odznaczonego tytułem Ludowego Artysty ZSRR – niż Died Sakro i jego ludzie. Tak czy owak, śmierć czternastu członków gangu Agranowa nadal figuruje w milicyjnych statystykach jako „nieszczęśliwy wypadek zbiorowego utonięcia w bliżej nieokreślonych okolicznościach”.