Wydanie: MWM 07/2012

Jazz-turystyka

Czy łatwo spotkać jazzmana grającego na ulicy, w wysokich górach albo zbiorniku na gaz? Cóż, powiedzmy, że trzeba mieć trochę szczęścia, ale nie jest to niemożliwe.
 

Późnym latem 2003 roku na ulicach Gdańska pojawiła się dość nietypowa grupa ulicznych grajków – Mikołaj Trzaska w towarzystwie Bartłomieja Olesia i Marcina Olesia. Można chyba zaryzykować tezę, że muzyka znanych z awangardowych zainteresowań artystów nie była dla przechodniów chlebem powszednim. Owszem, mówi się, że jazz jest muzyką bezpośredniego kontaktu, a publiczność inspiruje, ale czym innym jest garstka koneserów w klubie, czym innym potok pieszych na ruchliwej ulicy.

 

Znamy co najmniej kilkadziesiąt podobnych eksperymentów. Londyńskiego improwizatora Lola Coxhilla łatwo było znaleźć na londyńskim Piccadilly Circus (co dokumentuje m.in. utwór Piccadilly with Goofs z 1971 roku). Na ulicach i skwerach występował warszawski zespół Tupika, zaś skrzypek zespołu, Patryk Zakrocki, nagrywał też w kajaku na środku jeziora (!) oraz na dworcowym peronie, zmagając się nie tyle z przypadkowa publicznością, co z hałasem wjeżdżających na stację pociągów. Słynny Moondog przez lata paradował po ulicach Nowego Jorku w swym stroju wikinga, wzbogacając miejski gwar o przedziwną autorską mieszaninę improwizowanego minimalizmu.

 

Czym jest publiczny występ w tak nienaturalnym (albo może właśnie naturalnym) otoczeniu? Staje się działaniem z pogranicza prowokacji, performance’u i eksperymentu społecznego. Pobudzająco artystycznie może bowiem działać nie tylko akceptacja i entuzjazm, lecz także obojętność, a nawet wrogość słuchaczy. Jak przebić się przez mur obojętności, jak przekonać nieprzychylnych, a może właśnie grać wbrew oczekiwaniom gapiów? Warto wspomnieć, że zmagania wspomnianego freejazzowego tria Oleś, Trzaska, Oleś tylko raz przerwała gdańska straż miejska.

 

Efektów można posłuchać na albumie Mikołaja Trzaski Danziger Strassenmusik, a dla odbioru tych niezwykłych nagrań nie bez znaczenia są też warunki akustyczne, w jakich zostały zarejestrowane. Na płycie słychać odgłosy typowego ruchu ulicznego: rowerowe dzwonki, kroki przechodniów i dziecięcy śmiech. Pozbawieni estrady muzycy nie znajdują się w centrum wydarzeń, ale też i dźwięki, jakie produkują, pozbawione oprawy i pomocy akustycznej sali koncertowej, rozchodzą się w przestrzeni zupełnie inaczej. Muzyka postawiona jest na równi z turkotem tramwaju i klaksonem samochodu, staje się równoprawnym – ale też nieuprzywilejowanym – uczestnikiem miejskiego gwaru. Dodajmy do tego jeszcze dysonans między poziomem wykonawców, a podejrzaną sytuacją, w jakiej się znaleźli – dla muzyków to wielkie wyzwanie, a dla publiczności doskonałe ćwiczenie ze słuchania.

 

Odmienna akustyka to zresztą najważniejszy powód, który skłania muzyków do opuszczenia zwykłych koncertowych lokalizacji. Dla akustycznej turystyki artyści – jeśli są wystarczająco szaleni – mogą wiele zaryzykować. Tak jak Tomasz Stańko i Edward Vesala przekupujący lutowej nocy 1980 roku strażników mauzoleum Tadź Mahal, aby wtopić się z porwanymi frazami trąbki w mistykę miejsca obdarzonego kilkunastosekundowym pogłosem. Podobnych wrażeń szukał Stańko także w grotach Karli w stanie Maharashtra (materiał został wydany na trudno dziś dostępnym albumie Music from Taj Mahal and Karla Caves).

 

Znakomitym – i o wiele łatwiej dostępnym – miejscem akustycznej odmiany są dla jazzmanów kościoły. To idealne miejsce koncertowe dla wyciszonego, kameralnego jazzu, najlepiej bez perkusji, która zazwyczaj niezależnie od starań inżynierów dźwięku brzmi w takim otoczeniu fatalnie. Choć i od tej zasady są wyjątki, jak znakomicie zrealizowane nagrania Christiana McBride’a w kościele św. Piotra na Manhattanie (płyta New York Time) czy nawet żywiołowy free-funk Luthera Thomasa z kościoła w Berea w Saint Louis (Funky Donkey z 1973 roku).

 

Niewątpliwie akustyka klasztoru Świętego Krzyża w Nowym Jorku (album Underground Railroad Joego McPhee) czy też kościoła św. Jana w Gdańsku (Arszyn, Emiter, Gadomski – płyta 29/30.11.06) – choć tak różna od klubu jazzowego i z pewnością inspirująca – niespecjalnie zadziwia np. miłośników muzyki klasycznej. Działają jednak artyści szukający wrażeń akustycznych w ekstremalnej postaci – bo przyznają Państwo, że występy w olbrzymich podziemnych zbiornikach na gaz (oczywiście nieużywanych) nie są jeszcze tak oczywiste, jak koncerty w kościołach. Kilkunastosekundowy pogłos tych niezwykłych pomieszczeń pozwala muzykowi nie tylko na granie z samym sobą, ale wręcz na tworzenie stojących mas dźwiękowych, co pokazuje np. niezwykły album Stuarta Dempstera Underground Overlays from the Cistern Chapel. Najczęściej wciąż te akustyczne badania mają charakter jednorazowy (jak eksperymenty Nate’a Wooleya w pustych silosach zbożowych na starej farmie pod Nowym Jorkiem), ale coraz częściej są dostępne publiczności regularnie: stary zbiornik na gaz w Oberhausen zamieniono na galerię i miejsce koncertów, gdzie w 2006 roku można było zobaczyć mocującego się z głębokim pogłosem Johna Butchera (utwór Trägerfrequenz z albumu The Geometry of Sentiment).

 

Niewielkie szanse mamy za to na spotkanie chętnie wyjeżdżającego w teren trębacza Toshinoriego Kondo – chyba że są Państwo częstymi bywalcami pustyni Negew lub lodowca u stóp masywu McKinley na Alasce. Wcielając w życie iście japońską filozofię jedności natury i techniki, artysta podróżuje w miejsca porażające spektakularnym pięknem przyrody (i najczęściej trudno dostępne), rozstawia niemały zestaw wzmacniaczy i mikrofonów i gra – jak twierdzi – w duecie z naturą. Ten przykład pokazuje zresztą, jak subiektywnym i nieprzetłumaczalnym doświadczeniem może być muzyka grana w niezwykłym otoczeniu. Wydane na płycie Blow the Earth fragmenty niezwykłych nagrań Kondo nie robią na słuchaczu większego wrażenia.

 

Gdyby Kondo szukał samotności, najprędzej znalazłby ją w tłumie. Słyszeli Państwo o znanym eksperymencie Joshuy Bella, który cały dzień grał w waszyngtońskim metrze, a prawie nikt nie zwrócił na niego – wirtuoza instrumentu – baczniejszej uwagi. Sonny Rollins chwile artystycznej niemocy pokonywał, szukając spokoju podczas słynnych wypraw z saksofonem na most Williamsburg łączący Brooklyn z Manhattanem.

 

Kiedy więc będą przechadzać się Państwo uliczkami jakiejś starówki, proszę mieć uszy szeroko otwarte – może akurat na rogu ćwiczy jakiś geniusz?