Wydanie: MWM 08/2014

Młody duch dawnej muzyki

Arianna Savall
Article_more
Jej perlisty, jasny głos niektórzy krytycy przyrównują do głosu wróżki. To wrażenie wzmacnia widok długowłosej Arianny Savall grającej na historycznych harfach. Z norweskim tenorem Petterem Udlandem Johansenem tworzy Hirundo Maris – projekt muzyczny łączący muzyczną kulturę Hiszpanii i Norwegii. Łacińska nazwa ich projektu oznacza morską jaskółkę wędrującą pomiędzy tymi dwoma krajami. Muzycy zabierają słuchaczy w muzyczną podróż nie tylko z Południa na Północ, lecz także ze średniowiecza do współczesności.

Agnieszka Lakner: Śpiewając i akompaniując sobie na instrumencie, nawiązujesz do antycznej tradycji łączącej ludzki głos z brzmieniem harfy. To chyba już trochę zapomniana praktyka?

Arianna Savall: Myślę, że to nadal bardzo popularna tradycja w wielu krajach, zwłaszcza w celtyckich: Irlandii, Anglii, Szkocji, a także w Ameryce Południowej. Moimi wielkimi idolami są Loreena McKennitt i Alan Stivell, których spotkałam po koncercie w Barcelonie, kiedy miałam osiemnaście czy dziewiętnaście lat. Ujrzenie Loreeny było jak sen, ponieważ bardzo mnie inspiruje. Dzięki tym koncertom odkryłam, że piękno średniowiecznej czy barokowej harfy polega na licznych możliwościach tego instrumentu i dlatego wykorzystuję historyczną harfę w muzyce współczesnej. Brzmienie tripleharfy jest zarówno antyczne, jak i współczesne, ponieważ bardzo dobrze brzmi na przykład ze skrzypcami czy gitarą. Mój nauczyciel i ojciec nauczyli mnie, że dawne instrumenty nie są prymitywne, a wręcz przeciwnie – są bardzo wyrafinowane. Mimo że każdy instrument został stworzony dla swojej epoki, można go wykorzystać także w muzyce współczesnej.

 

Petter Udland Johansen: Perfekcja instrumentu leży w jego budowie, nie jest on prymitywny czy prostszy tylko dlatego, że ma na przykład dwieście lat. Dla porównania spójrzmy na skrzypce, które praktycznie – poza wymianą strun – nie zmieniły się przecież od pięciuset lat, a nadal są perfekcyjne. Podobnie jest z harfą.

 

Można by wobec tego uznać, że głos ludzki traktowany jak instrument muzyczny również nie ulega zmianom, ale jednak śpiew, jaki słyszymy w repertuarze muzyki dawnej i współczesnej, znacząco się różni.

A.S.: Kiedy zaczęłam studiować muzykę dawną, odkryłam ogromny repertuar od średniowiecza do pierwszej połowy baroku, do czasów Cacciniego, Frescobaldiego i Monteverdiego, przeznaczony na głos z akompaniamentem lutni lub harfy. W tych czasach bardzo ważna była poezja, którą łączono z muzyką, i to właśnie od poezji zależny był styl śpiewu umożliwiający jednoczesne akompaniowanie sobie na instrumencie. W późniejszych czasach muzyka zaczęła być rozdzielana na repertuar tylko do śpiewania i tylko do grania.

 

P.U.J.: Bardzo niewiele osób śpiewa i akompaniuje sobie na przykład w utworach Brahmsa. Już właściwie od Händla, Vivaldiego, Mozarta, czy później Belliniego i Rossiniego, okazuje się, że bel canto przypomina bieg na pięćset metrów najszybciej, jak można, co prowadzi do zatracenia związku muzyki z poezją.

 

A.S.: Ważne stają się wyłącznie brzmienie dźwięku i możliwości techniczne w śpiewie, ale już nie tekst, który oddziela się od muzyki.

 

P.U.J.: Można bardzo łatwo pomyśleć, że przed epoką kastratów i bel canta nie było techniki śpiewu lub że była ona bardzo prosta. Wystarczy jednak posłuchać słynnej arii Monteverdiego Possente spirto z Orfeusza, by zauważyć, że jest trudniejsza niż wiele arii Belliniego. Ta poetyckość muzyki powraca w epoce romantyzmu u Schuberta, Schumanna, Faurégo i innych kompozytorów francuskich.

 

Bardzo znaczącą cechą muzyki dawnej i waszego stylu jest traktowanie śpiewu jak przedłużenia mowy, bez zbędnego przesilania głosu.

A.S.: Podstawą techniki śpiewu we wczesnej muzyce była naturalność emisji. We wrześniu ukaże się nasz nowy album nagrany w Carpe Diem Records poświęcony Hildegardzie z Bingen. To fascynująca muzyka skomponowana w wyjątkowy sposób, tu głos wspina się ponad dwie oktawy! Zakonnice w klasztorze Hildegardy śpiewały cały dzień, przez całą liturgię, od trzech do sześciu godzin dziennie. Ich technika śpiewu była bardzo dobra, podobnie jak u trubadurów i minnesingerów. Ludzie zdecydowanie więcej wtedy śpiewali.

 

P.U.J.: To przecież trubadurzy przenosili wiadomości z sąsiednich miast i krajów.

 

A.S.: Niektórzy myślą, że muzykę średniowiecza śpiewa się brzydkim, zduszonym głosem. Chociaż istniała wtedy różnorodna twórczość: uliczna, kościelna i dworska, to ta ostatnia była najbardziej wyrafinowana, piękna oraz ekspresyjna. To była sztuka.

 

We wczesnym repertuarze śpiewak snuje legendy i za pośrednictwem muzyki oraz poezji opowiada historie. Czy taka idea przyświeca też twojej solowej płycie Peiwoh, na której sięgasz do pochodzącej z antycznych Chin taoistycznej legendy o księciu i harfie stworzonej z olbrzymiego drzewa Kiri?

A.S.: Poezja jest dla mnie bardzo ważna i czuję się z nią bardzo związana. Moje pierwsze kompozycje na płytę Bella Terra napisałam do katalońskiej i hiszpańskiej poezji, natomiast Peiwoh opowiada legendę, opierając się na tekstach średniowiecznych. Poezja jest równie ważna na płycie Hirundo Maris – w dużej mierze zawierającej anonimowe i folkowe teksty, opowiadające legendy z różnych regionów i kultur świata, między innymi z tradycji sefardyjskiej i katalońskiej. To ogromny historyczny bagaż.

Zastanawiam się nad potencjalnym odbiorcą tej muzyki, czy jest ona dostępna dla młodych ludzi i czy nie jest już zbyt odległa w czasie?

A.S.: Muzyka dawna ma w sobie dużo młodego ducha, jest bardzo świeża i bezpośrednia. Myślę, że też wzrusza młodych ludzi. Nie stwarza także dystansu między publicznością i artystami, bo jest bardzo kameralna i intymna.

 

I być może przyciąga też naturalnym brzmieniem, za którym, jak mi się wydaje, zaczynamy tęsknić. Myślę tutaj o popularności muzyki elektronicznej i dźwięku generowanego cyfrowego.

P.U.J: Zawsze będą dwie drogi – jedną idą ci, którzy żyją w bardzo zdigitalizowanym świecie i chcą próbować nowych technik, pomysłów cyfrowych, konceptów w muzyce. To współczesny, elektryczny świat. Z drugiej strony mamy ten akustyczny, klasyczny z perfekcyjnymi, naturalnymi instrumentami. Paralela: muzyka cyfrowa i tradycyjna będzie istnieć już zawsze.

 

Przyznam, że przez pewien czas często bywałam na koncertach muzyki elektronicznej, komputerowej i współczesnej. Po jednym z nich szczerze zatęskniłam za brzmieniem chorałów gregoriańskich, za naturalnością głosu wokalnego. Dodam, że nie zaliczam się do zagorzałych miłośników wyłącznie muzyki dawnej.

P.U.J.: Obecnie ta tęsknota się wzmacnia, jest silniejsza teraz niż trzydzieści czy czterdzieści lat temu. Pomiędzy tymi dwoma światami możemy jednak budować mosty, bo w efekcie zawsze przecież chodzi o muzykę. Kiedyś oba sposoby tworzenia nie mogły ze sobą współpracować, a dziś młoda generacja wykorzystuje wszystkie brzmienia, nie tworząc pomiędzy nimi różnic. Nie jest już ważne, czy wykorzystujesz syntezatory czy harfę, chodzi o to, w jaki sposób najlepiej wyrażasz siebie.

 

Wybraliście tę drugą drogę – akustyczną, klasyczną, bardzo kameralną. Co w muzyce dawnej pomaga wam w wyrażaniu siebie?

A.S.: W tej muzyce można improwizować, włożyć w nią więcej interpretacji, podążać za własnymi odczuciami. Oczywiście są reguły, których trzeba przestrzegać: w ornamentyce, czy improwizacji, ale nie brakuje w niej swobody i przestrzeni, wolności. Dla mnie jest to bardzo fascynujące. W Bazylei, kiedy miałam osiem, dziewięć lat, miałam fantastyczną nauczycielkę fortepianu, która zawsze wspierała mnie i zachęcała do komponowania oraz improwizowania. To właśnie tutaj odnajduję moje połączenie z muzyką dawną, chociaż również bardzo lubię muzykę klasyczną i współczesną. Miałam okazję współpracować w Bazylei z Conradem Steinmannem, Arvo Pärtem i Heleną Tulve. Nie można jednak robić wszystkiego, trzeba znaleźć swoją przestrzeń.

 

Podejrzewam, że jednak znaczenie mieli tu twoi rodzice i nauczyciele. W jakim stopniu wpłynęli na twój muzyczny profil?

A.S.: Do dwudziestego piątego roku życia studiowałam śpiew klasyczny i grę na harfie. Wtedy też odkryłam, że moją wielką miłością jest muzyka dawna. Dzięki Andrew Lawrence-Kingowi, który współpracował z moimi rodzicami, poznałam harfę historyczną, w której się od razu zakochałam. Ukończyłam kilka prowadzonych przez niego kursów, był świetnym nauczycielem, dlatego też postanowiłam wrócić do Schola Cantorum Basiliensis.

 

Próbuję wyobrazić sobie twój rodzinny dom, w którym byli twój ojciec Jordi Savall, słynny gambista i matka Montserrat Figueras, znakomita śpiewaczka. Taki dom musi być pełen muzyki i wspólnego muzykowania.

A.S.: Zawsze wszystkich szokuje, gdy mówię, że nigdy w domu nie zajmowaliśmy się wspólnie muzyką. Nikt nie chce w to uwierzyć, jednak rodzice byli tak bardzo zajęci muzyką podczas tras koncertowych, że woleli w domu odpocząć i prowadzić normalne życie. Zanim rozpoczęłam szkołę, podróżowałam razem z rodzicami. Później zostawaliśmy już z bratem w domu, gdzie zajmowała się nami opiekunka. Wyjazdy rodziców na tournée były dla nas, dzieci, trudne do zrozumienia, to były ciężkie chwile. Latem natomiast życie muzyczne koncentrowało się u nas w domu w szwajcarskich górach, z pięknym widokiem. Spotykali się wówczas wszyscy muzycy, odbywały się próby, a rodzice zawsze przygotowywali pizzę.

 

W pewnym momencie jednak postanowiłaś dołączyć do rodziców podczas ich tras koncertowych już jako artystka. Chciałabym wspomnieć twoją matkę, bo ciekawi mnie, na ile inspiruje cię w twoim śpiewie?

A.S.: To pierwsza nauczycielka, jaką mieliśmy z bratem, ponieważ dzięki niej słuchaliśmy muzyki, będąc jeszcze w jej brzuchu. Mama była ze mną w ciąży podczas jej ostatniego – dyplomowego – roku studiów, kiedy śpiewała wiele utworów z repertuaru francuskich impresjonistów: Debussy’ego, Satiego, Faurégo. Jako dziecko bardzo lubiłam tę muzykę, zresztą do dziś darzę ją wielką miłością. Słuch jest pierwszym zmysłem, jaki rozwija się u dziecka, bo już w czwartym miesiącu ciąży, wobec tego mogliśmy przez kolejne pięć miesięcy wiele dzięki mamie wysłuchać. Każdego wieczoru śpiewała nam katalońskie i sefardyjskie kołysanki, dużo także improwizowała. To dla nas bardzo cenne wspomnienia, a jej śpiew zawsze nas wzrusza. Mama dbała także o to, abyśmy mieli najlepszych nauczycieli fortepianu, harfy, śpiewu, lutni czy gitary. Była naprawdę niezwykła. Później uczyłam się śpiewu u jej przyjaciółki, z którą razem studiowały w Barcelonie, Marii Dolores Aldei. Kiedy zaś skończyłam dwadzieścia pięć lat, uczyłam się na kursach prowadzonych przez mamę. W latach 1997–2008 występowałam wraz z rodzicami. Podczas nagrywania płyty i realizowania wspólnych przedsięwzięć poznałam ich w nowy sposób, bo jako muzyków. To było dla mnie nowe odkrycie. Muszę tu jednak zaznaczyć, że rodzice nigdy nie naciskali, abyśmy byli muzykami. Ta fantastyczna, piękna profesja jest bardzo trudna, trzeba być do niej przekonanym i mieć w sobie dużo pasji, miłości, dyscypliny oraz poświęcenia. Decyzję powinno się podjąć samemu. Miałam już dwadzieścia lat, kiedy zdecydowałam się na to poświęcenie.

 

Razem stworzyliście program Hirundo Maris, który łączy Północ z Południem, tradycyjną muzykę Katalonii i Norwegii. W jaki sposób dotarliście do źródeł tekstów i muzyki? Czy wykonywane przez was pieśni to popularne piosenki i wspomniane kołysanki?

P.U.J.: Większość repertuaru znajduje się w księgach i manuskryptach spisanych w XIX wieku przez norweskich i katalońskich kompozytorów w podobny sposób, jak to czynił Bartók, gdy podróżował i spisywał usłyszane melodie i teksty znane głównie dzięki ustnej tradycji. To szczęśliwie uchroniło repertuar od zapomnienia wraz ze śmiercią ostatnich wykonawców. Nuty i teksty odnaleźliśmy w bibliotekach i wielu książkach rozproszonych w różnych sklepach oraz na mikrofilmach.

 

A.S.: To fascynująca detektywistyczna praca! (śmiech)

 

P.U.J.: Na płycie z dziełami Hildegardy z Bingen zamieściliśmy utwór Piotra Abelarda – średniowiecznego filozofa hiszpańskiego. Do tej pory nie opublikowano żadnej jego muzycznej twórczości. Mikrofilm rękopisu odnaleźliśmy na Uniwersytecie w Bazylei, a jeden z zaprzyjaźnionych muzykologów pomógł nam go odczytać. To bardzo ważny dla nas moment – to odnajdywanie i przepisywanie. Wiele rzeczy czeka jeszcze na odkrycie, a wykonywanie utworów pochodzących z XI wieku, które przez osiemset lat nie były nigdzie śpiewane, to jak otwieranie skrzyni ze skarbami.

 

A.S.: Na nasze szczęście mieszkamy w Bazylei, gdzie są dwie bardzo bogate biblioteki, w których wiele muzyki, zwłaszcza średniowiecznej i renesansowej, czeka na odkrycie.

 

W lipcu będziecie gośćmi i wykładowcami VII Międzynarodowych Warsztatów Gitarowych w Lanckoronie, gdzie Arianna poprowadzi warsztaty harfowe, a Petter – wokalne. Petter, jaki repertuar zaproponujesz uczestnikom warsztatów chóralnych? Muzykę dawną, operową, musicalową?

P.U.J.: Ponieważ odbiorcami jest młodzież, myślę raczej o czymś z zakresu współczesnej muzyki pop i gospel, ale może pojawi się też coś z repertuaru renesansowego.

 

W Lanckoronie wystąpicie także – wraz z gitarzystą Michałem Nagyem – podczas jednego z koncertów, na którym usłyszymy repertuar raczej dziewiętnasto- i dwudziestowieczny: Franza Schuberta, Fernanda Sora, Benjamina Brittena. Wykonacie także utwory Federica Garcíi Lorki, który kojarzy mi się przede wszystkim z poezją i flamenco.

 

A.S.: Lorca był wielkim pianistą, zaaranżował między innymi Canciones populares Españolas. Są to tradycyjne hiszpańskie pieśni z XVIII wieku, mające pewien posmak flamenco. Pieśni Lorki zostały skomponowane dla Margarity Xirgu – aktorki i piosenkarki. Moim zdaniem najpiękniej wykonywała je katalońsko-andaluzyjska pieśniarka Victoria de los Angeles – moja idolka – śpiewała w piękny naturalny i poetycki sposób.

 

P.U.J.: Benjamin Britten, dzięki współpracy z angielskim tenorem Peterem Pearsem, skomponował wiele utworów na głos, pisał także dla gitarzysty Juliana Breama, zatem możemy wykorzystać jego repertuar oryginalnie przeznaczony na głos z gitarą, a takich kompozycji nie ma wielu. Większość repertuaru zazwyczaj trzeba aranżować, a są to zwykle amerykańskie i angielskie popularne piosenki.

 

A.S.: Zagramy także kilka utworów na harfę, mandolinę i hardingfele z płyty Bella Terra i Hirundo Maris. Pojawią się także kastaniety! To będzie właśnie ten posmak flamenco. (śmiech) Nie jestem specjalistką w tej muzyce, ale przez dwa lata tańczyłam flamenco i bardzo je kocham. Cieszymy się także ze spotkania z Michałem, to fantastyczna osoba, świetny gitarzysta i muzyk. Miło nas zaskoczyło to, jak szybko i świetnie się zrozumieliśmy już podczas pierwszej wspólnej próby.

 

P.U.J.: Nie mówimy po polsku, a Michał nie zna norweskiego ani hiszpańskiego. Porozumiewamy się więc w języku niemieckim. To fantastyczne, że choć mamy różne pochodzenie, poprzez muzykę możemy zrozumieć się momentalnie.

 

A.S.: I to jest magiczne.

 

Nie od dziś wiadomo, że muzyka jest językiem uniwersalnym.

P.U.J.: I nie ma znaczenia, skąd się pochodzi – harmonia, rytm i poezja zawsze łączą.

 

Rozmawiała Agnieszka Lakner

 

Arianna Savall – harfistka, sopranistka i kompozytorka, Honorowy Dyrektor Artystyczny Festiwalu All Improvviso w Gliwicach. Kształciła się pod kierunkiem między innymi Rolfa Lislevanda, Hopkinsona Smitha, Montserrat Figueras i Jordiego Savalla. Koncertowała i nagrywała z takimi zespołami, jak: Hespèrion XXI, La Capella Reial de Catalunya, Ricercar Consort. Jednocześnie od kilku lat realizuje swoje własne przedsięwzięcia, do tej pory ukazały się jej dwa solowe albumy: Bella Terra i Peiwoh.

 

Petter Udland Johansen – urodzony w Oslo tenor, w którego operowym i koncertowym repertuarze znajdują się kompozycje Johanna Sebastiana Bacha, Claudia Monteverdiego, Wolfganga Amadeusa Mozarta, Felixa Mendelssohna, jak również Franza Schuberta, Edvarda Griega, Hugona Wolfa, Gustava Mahlera, Johannesa Brahmsa. W kręgu jego wokalnych zainteresowań, które realizuje w ramach zespołu Pechrima, znajduje się także muzyka popularna, gospel oraz musical.

 

DODATEK:

Przed nami kolejna, siódma edycja Międzynarodowych Warsztatów Gitarowych w Lanckoronie. To malownicze, drewniane miasteczko położone u stóp Beskidu Makowskiego,

trzydzieści kilometrów na południowy zachód od Krakowa. I tym razem pozostajemy wierni otwartej, interdyscyplinarnej formule warsztatów. Zajęcia muzyczne będą wzbogacone o spotkania z artystami zajmującymi się innymi dziedzinami sztuki. Odbędą się koncerty, wystawy, spotkania autorskie i projekcja filmowa z improwizowaną na żywo muzyką.

 

Wykładowcami będą gitarzyści: Piotr Domagała, Michał Nagy, Marek Nosal, Michał Pindakiewicz, Petr Saidl, Marcin Siatkowski i Tatiana Stachak. Warsztaty gry na harfie historycznej poprowadzi Arianna Savall. Nie zabraknie także zajęć dodatkowych, charakterystycznych dla lanckorońskich warsztatów: poznawania i pisania poezji z Bronisławem Majem, śpiewu w chórze pod kierunkiem Pettera Udlanda Johansena, budowy niezwykłych instrumentów muzycznych z Pawłem Romańczukiem (Małe Instrumenty). Wykonawcami koncertów będą między innymi Arianna Savall, Petter Udland Johansen, Zoran Dukic, Ensemble La Volta.

 

Warsztaty odbędą się w dniach 10–20 lipca 2014 roku. Szczegółowe informacje znajdą Państwo na stronie www.gitaralanckorona.pl

 

Serdecznie zapraszam do Lanckorony!

 

Michał Nagy

Dyrektor Artystyczny MWG w Lanckoronie