Autor: Bartosz Panek
Wydanie: MWM 08/2014

Cztery struny świata

Dominik Połoński
Article_more
Dominik Połoński stworzył się na nowo. Nie gra już koncertów wiolonczelowych Schumanna i Dwořáka. Teraz tworzy miliony odcieni barw, od pianissima do fortissima, muzykę świadomie pozbawioną melodii na czterech pustych strunach.

Khhhhhhhhkh. Ciiiiiiiiiii. Tszszszszsz! Wiolonczela zgrzyta, trzeszczy i skrzeczy. Dominik Połoński oczyszcza struny z kalafonii. Pieczołowicie i zawzięcie. Tłumaczy, że jeśli są nią oklejone, smyczek nie ma z nimi bezpośredniego kontaktu. Że dla kogoś, kto wiele energii poświęca na znalezienie określonej barwy dźwięku, to sprawa kluczowa. Potem obejmuje wiolonczelę, przytula czule i zamyka w futerale.

Wpis na stronie internetowej dominikpolonski.com z 12 kwietnia 2014 roku: „Bardzo dziękuję orkiestrze Filharmonii Śląskiej za wczorajszy wieczór. Każdy z muzyków włożył cząstkę siebie, by koncert Dariusza Przybylskiego zabrzmiał tak przejmująco. Dziękuję Massimiliano Caldiemu, który jak zawsze kreatywnie i bardzo elastycznie pomógł mi zrealizować fantazje kolorystyczne. Dziękuję Darkowi i publiczności, która przybyła licznie i w skupieniu i odczuwalnym zaangażowaniu duchowym wysłuchała muzyki Four Darks in Red i nagrodziła nas kilkunastominutowymi owacjami na stojąco. Był to dla mnie wieczór głębokiego wzruszenia i silnej ekspresji muzycznej, która dzięki wsparciu wszystkich wokół nabrała wymiaru metafizyki, co dla mnie najpiękniejsze”.

Four Darks in Red to utwór zainspirowany malarstwem Marka Rothko. Dariusz Przybylski, kompozytor: „Obecny sposób gry Dominika naturalnie splata się z obrazami Rothki. To minimalizm, z którego bierze się unikalna ekspresja, i dramatyzm, który wynika z oszczędności, redukcji, ograniczenia”.

Dominik Połoński śmieje się, że jego muzyka przypomina samochód bez kółek, bo nie ma w niej melodii. Mało tego. Instrument, na którym gra utwór Przybylskiego, jest lekko rozstrojony. Trochę jak ciało samego wykonawcy.

Studiował u prof. Stanisława Firleja w łódzkiej Akademii Muzycznej (teraz jest tu adiunktem i nadal pracuje w sali nr 15, gdzie zaczęła się jego błyskotliwa kariera), dostał stypendium w madryckiej Escuela Superior de Música Reina Sofía („dom z ogrodem, basenem, nocne koncertowanie z przyjaciółmi: to było moje wielkie szczęście; uczyłem się w klasie Natalii Szachowskiej, którą wizytował Mścisław Rostropowicz, tam też poznałem Lorina Maazela”), w 2002 roku wygrał prestiżowy konkurs New Talent, organizowany przez Europejską Unię Nadawców, z Polską Orkiestrą Festiwalową Krystiana Zimermana, której był jednym z koncertmistrzów, pojechał na tournée, w 2003 dostał Paszport „Polityki” („nawet nie wiem, gdzie go szukać, nauczyłem się utrzymywać zdrowy dystans do osiągnięć z przeszłości, żeby skupić się na tym, co teraz”). Grał najeżone sztuczkami wykonawczymi koncerty Schumanna i Dvořáka. Kadencje pisał na poczekaniu i co tydzień dawał recital (Nowy Jork, pół Europy i cała Polska). Kiedyś występował w Filharmonii Wrocławskiej. Grał koncert Szostakowicza, orkiestrę prowadził Marek Pijarowski. Po zakończeniu pierwszej części próby podwinął rękawy, rozpiął kołnierzyk i powiedział: „Tutaj będą się działy wielkie rzeczy. Idziemy na całość!”.

Po latach maestro powie artyście, by nie zajmował się niczym innym, tylko tworzeniem niespotykanej muzyki czterech strun.

O tym, że Dominik Połoński będzie grał prawą ręką na pustych strunach, zdecydował rak. Jego nazwa brzmi przerażająco pięknie: oligoastrocytoma. Jak cały wers w ośmiozgłoskowcu. Oligoastrocytoma pożarła artyście jedną czwartą mózgu, to znaczy połowę prawej półkuli. Zjadła tak dużo, że niespełna trzydziestoletni wówczas wiolonczelista trafił na wózek inwalidzki. Zjadła na tyle mało, że ocaliła wyobraźnię i wrażliwość. Albo inaczej: jego układ nerwowy rozbudował rozumienie sfery emocjonalnej i psychicznej w miejsce czysto fizycznego. „Ja się dogadałem z tym rakiem i przechytrzyłem go” – opowiada. „Siedziałem w zamkniętej klatce i obmyślałem plan ucieczki. Uświadomiłem sobie, że już nigdy nie będę jeździł samochodem, biegał, szedł do kina. Że nie będę wiolonczelistą. I w pewnym momencie zacząłem myśleć, że będę wiolonczelistą. Że będę chodził, że będę jeździł. Zacząłem myśleć o tym, jakie koncerty będę grał, do jakiego kina będę szedł, jakie filmy oglądał. Co noc tym wytrychem otwierałem sobie drzwi. To było jak kopanie tunelu do życia, do świata”.

O tym, że wytrych okazał się skrojony na miarę, zdecydowały trzy rzeczy. Pierwszą jest wiolonczela. Tak jak ćwiczył etiudy z zeszytu, który dostał od profesora Firleja, tak samo metodycznie stawiał pierwsze kroki po pięciu operacjach. Druga rzecz to Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glenna Goulda, w nagraniu z 1981 roku. Słuchał ich bez przerwy, nawet gdy spał. Wcześniej śniły mu się diabły z obrazów Hieronima Boscha. Gdy włączał płytę z interpretacjami Goulda, śnił o koncertach i wycieczkach rowerowych. To wtedy stał się uciekinierem i zaczął się wymykać z pułapki, którą zastawił rak. I trzecia rzecz: spotkanie z Martinem Buschem, terapeutą ze szwarcwaldzkiego Lackendorf. Martin powiedział Dominikowi: „Dzięki przestrzeni, którą stworzył nowotwór, niszcząc część mózgu, powstało miejsce na zupełnie nowy świat, nowy porządek i stan umysłu, życia i twórczości”. 

Luty 2014 roku. W Lublinie trwa spotkanie związane z moim reportażem Chcę więcej, którego bohaterem jest Dominik. Na sali trzydzieści osób, dopiero po jakimś czasie orientują się, że jeden z gości ma bezwładną połowę ciała. Spotkanie prowadzi znakomita reportażystka z Radia Lublin, Katarzyna Michalak. Pytam ją, które ze słów Dominika najbardziej wbiły jej się w pamięć. „Zdecydowanie to, że nie jest herosem i nie idealizuje swojej sytuacji, choć wszyscy podziwiają go, bo pokonał złośliwą hydrę, która wyrosła mu w głowie. A z drugiej strony nie wstydzi się choroby, ma świadomość, że jest pionierem i stoi przed ogromną szansą, by zapisać się w historii muzyki”.

 

Bo to prawda: Dominik Połoński, proszę Państwa, jest jedynym na świecie wiolonczelistą, który używa tylko prawej ręki.

 

Wymyślił się na nowo. Mówi jak futurysta. Twierdzi, że melodia spłyca przekaz, bo zaczyna zwracać uwagę słuchacza na banał, pomijając istotę muzyki jako sztuki. Natomiast gdy zaczyna się eksperymentować z barwą i strukturą, można dojść do rdzenia sztuki, czyli wyrażania emocji. Kamień wbity w szkło o wiele bardziej przejmująco wyrazi śmierć niż najlepiej wykonany fragment Dies irae, uważa artysta. „Siła mojej muzyki to miliony barw forte i piano, crescendo i diminuendo oraz to, że nagle potrafię zgasić muzykę i stworzyć przerażającą pustkę emocjonalną”. Czy myślałby tak samo, gdyby miał dwie sprawne ręce i grał klasyczny repertuar wiolonczelowy? Tego nie wie nikt, ale Dominik Połoński dałby wiele, by przez dwa dni grać obiema rękami klasyczny repertuar. „Wynająłbym dobre studio i w jedno popołudnie nagrał sześć sonat Beethovena i sześć suit Bacha. Zawsze chciałem je nagrać. Od lat analizuję te utwory. W wyobraźni pracuję nad szczegółami, słyszę frazy, mój mózg codziennie tworzy dla nich aplikatury, mimo że te wszystkie wizje spełniają się tylko wewnętrznie, emocjonalnie”.

 

„Zamienił broń snajperską na maczetę. I to on ma rację, nie ja” – uśmiecha się brat Dominika, aktor Jerzy Jan Połoński.

 

Ta historia zatacza koło, zatem trzeba wrócić do początku. A na początku było uderzanie kluczem o blat stołu. Potem pojawiły się czarne płyty z muzyką Bacha i piłkarzyki, gra-zabawka, którą dobrze pamiętają ludzie urodzeni na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Figurki z aluminium uruchamiało się, pociągając za sprężynki, na których były osadzone. Każda z figurek (napastnik, bramkarz, obrońca) miała sprężynę innej długości. Kiedy piłkarzy wracał do pozycji pionowej, wydawał dźwięk określonej wysokości. W ten sposób Dominik szukał kontrapunktu do Bacha, który pobrzmiewał w tle z winylowej płyty. Gdy zdawał do szkoły muzycznej, nie odpowiedział na pytanie, ile dźwięków słyszy w akordzie, który zagrała egzaminująca go nauczycielka. Stwierdził tylko, że to „dwanaście ptaków śpiewa”. Dziś żartuje, że trafił do klasy wiolonczeli, bo nie było innych chętnych. Mama Dominika, która pracowała w Filharmonii Śląskiej, zapamiętała, że gdy synek przychodził na próby orkiestry, siadał zawsze przy grupie wiolonczel. Tata Dominika, aktor Jerzy Połoński, potwierdza tę wersję. „Możliwe, że już wtedy fizycznie odczuwałem dźwięk wiolonczeli, szczególnie brzmienie jej niskich strun” – tłumaczy dziś artysta.

 

Szczera miłość do tego instrumentu wybuchła dość późno, podczas kursu mistrzowskiego w Łańcucie. Dominik słuchał wtedy próby przed koncertem Edwarda Wolanina i Tomasza Strahla. Siedział, słuchał. „Myślałem sobie: Boże, chciałbym sprawić, żeby ktoś kiedyś tak się czuł, jak ja teraz; chciałbym tak grać”. Później, kiedy ćwiczył w szkole Sonatę D-dur Brahmsa, nagle poczuł dreszcze na plecach. „Zacząłem grać i usłyszałem głos kobiety. Dźwięk wiolonczeli brzmiał jak śpiew, jak Maria Callas w najlepszych latach. To było przerażające i piękne jednocześnie. Fala dźwięku wychodząca z instrumentu dotyka ciała. I to jest rozkosz w czystej postaci”.

 

Dominik wrócił do domu, grał i płakał ze szczęścia, że ta muzyka jest taka piękna. A mama nie wie do tej pory, że wagarował. „Wychodziłem rano z wiolonczelą, omijałem szkołę i wchodziłem do drugiego budynku, gdzie były ćwiczeniówki”. Przesiadywał tam do późnego wieczora. W przerwach słuchał kapel metalowych, Michaela Jacksona i Björk. Chodził w skórzanych kurtkach z ćwiekami, miał długie włosy, pocięte spodnie. „Jeśli człowiek ma być artystą, to musi mieć w sobie bagaż emocjonalny, nie może być jednoprzestrzenny”, tłumaczy dziś swoim studentom. Najlepszych nie wysyła na konkursy, bo uważa, że tłamszą wrażliwość i czynią z młodych ludzi rzemieślników, a nie artystów.

 

Kiedy sam był studentem, szukał barw. To zajmowało mu najwięcej czasu – nie intonacja, nie rytm, nie technika. Musiał usłyszeć w głowie kolor, który widział, i potem znaleźć go na instrumencie. Tak szukał aksamitnej barwy wiolonczeli, którą słychać w pierwszym temacie Sonaty D-dur Brahmsa, nagranej na jego pierwszej płycie. „Miesiącami całymi szukałem dokładnie tego koloru i tej miękkości dźwięku” – wspomina.

 

Dziś też szuka barw. Wiolonczelę przełożył na prawą stronę. Instrument leży na lewej nodze, a prawa go dociska. Znów gra koncerty. Pierwszy z nich skomponowała Olga Hans, którą przekonał, że skordaturą, ekspresją i polirytmicznością można stworzyć cały świat na czterech strunach. Dominik Połoński zagrał go w styczniu 2009 roku w Studiu Koncertowym Polskiego Radia w Warszawie. Towarzyszyła mu Polska Orkiestra Radiowa, dyrygował Łukasz Borowicz. Wspomina, że gdyby ktoś mu wtedy zaproponował ucieczkę z estrady, to by to zrobił, bo czuł się niepewnie i trochę śmiesznie, jak ciekawostka artystyczna.

Dziś komponują dla niego Krzysztof Meyer (Sonata breve), Sławomir Zamuszko (…set…rise na wiolonczelę i orkiestrę kameralną), Sławomir Kaczorowski (Spojrzenie z oddali na wiolonczelę i fortepian oraz Koncert wiolonczelowy, którego prawykonanie odbędzie się 26 września w Toruniu), Dariusz Przybylski (Four Darks in Red), Andrzej Kwieciński (Concerto) i Artur Zagajewski.

Połoński i Zagajewski to już nawet duet kompozytorsko-wykonawczy. Poznali się po pierwszym koncercie, który Dominik zagrał jedną ręką. Wiele osób podziwiało wtedy Dominika za wytrwałość, niezłomność, imponującą postawę. „Było zabawnie – wspomina Artur. „Chciałem pogratulować, a on zadał pytanie, które od razu sprowadziło mnie na ziemię: »Ale czego ty mi gratulujesz?«. Powiedziałem zatem o strukturze utworu, o tym, co mi się podobało w relacjach między nim a orkiestrą. I wtedy mi zaufał. Tak się zaprzyjaźniliśmy. Powiedział, że możemy współpracować. A ja, że chcę napisać dla niego utwór na wiolonczelę i elektronikę”. Napisał Płatki żółtej róży, zainspirowane haiku. „Nie mogłem przekonać Dominika do jednego efektu. Nie działały żadne argumenty. Wreszcie stanąłem nad nim i powiedziałem, że to ma zabrzmieć jak Metallica, jak Slayer. I on od razu to zagrał”.

 

Dominik Połoński codziennie tworzy nowe techniki gry. To jeden z fundamentów jego przygody z muzyką wiolonczelową, odzyskaną i stwarzaną od początku. Jedną z tych technik nazwał forzicato. Polega na tym, że do piątej pozycji na wiolonczeli jest w stanie wydobywać dźwięk, tłumiąc odgłos metaliczny kciukiem. Uderza tak bardzo silnie palcem w strunę, że zaczyna ona drgać pod wpływem tego uderzenia. Na wysokości, na której uderza, tak skrócona struna ma swoją wysokość. Dzięki temu jest w stanie zagrać tylko prawą ręką kaprys Paganiniego. Ale powyżej piątej pozycji, jak mówi artysta, struna już jest za krótka w stosunku do podstawka, żeby przez uderzenie palcem mogła wydawać dźwięk. Wymyślił zatem kolejną technikę: skraca kciukiem strunę i potem piątym lub czwartym palcem pobudza strunę, grając pizzicato. Kciuk służy jako palec lewej ręki.

 

„Ograniczenie możliwości otworzyło nowe możliwości. Tworzenie melodii na siłę jest jednak chybione” – mówi Artur Zagajewski, który dla przyjaciela napisał Traktion eins. To industrialna impresja, wyraźnie inspirowana punkiem i metalem, od której wykonawcy więdnie ręka. Wiolonczela jest w tym wypadku spreparowana za pomocą długich wykałaczek, które zmieniają łuk strun. Unoszą dwie środkowe i dwie skrajne w różnych miejscach gryfu. Smyczek jak oszalały pociera struny i wydobywa z nich barwy wielkiego miasta.

 

Teraz pracują nad utworem, który Artur napisał dla Dominika i Arte dei Suonatori. Wiolonczelista będzie koncertmistrzem. To on będzie narzucał tempo, podawał kolory, struktury dźwiękowe. Orkiestra ma za nim podążać. Muzycy też będą grać na pustych strunach. Utwór nie ma jeszcze tytułu, ale wiadomo już, że otworzy tegoroczną Warszawską Jesień. „Historia znów zatacza koło. Dziesięć lat temu miałem otwierać Festiwal w Łańcucie, ale nieprzytomny trafiłem do szpitala. W tym roku zainauguruję festiwal, który jest Świętym Graalem muzyki współczesnej”.

 

W połowie sierpnia będzie otwierał inną imprezę muzyczną, Festival Dell’ Arte w Kotlinie Jeleniogórskiej. Zagra Concerto Andrzeja Kwiecińskiego. Bardzo możliwe, że wykona je za jakiś czas w Holandii. Propozycje płyną też z Francji i z Chile. Chce więcej grać, więcej koncertować, chce, by powstawało dla niego coraz więcej utworów. Po prostu chce więcej.

 

Bartosz Panek

 

 

Autor tego artykułu opowiada historię Dominika Połońskiego również w reportażu radiowym. Audycja Chcę więcej powstała dzięki stypendium im. Jacka Stwory, przyznawanego młodym twórcom radiowym. Reportaż był emitowany w radiowej Dwójce i Jedynce oraz w trzech rozgłośniach regionalnych: w Radiu Olsztyn, Radiu Lublin i Radiu Łódź. Audycja zdobyła Grand Prix tegorocznego konkursu im. Krystyny Bochenek oraz Srebrnego Melchiora w kategorii Premiera Roku w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów MELCHIORY 2014. Będzie reprezentowała polską radiofonię w tegorocznym konkursie Prix Italia. Reportaż Chcę więcej zrealizował Tomasz Perkowski, a opiekunem artystycznym audycji był Janusz Deblessem.