Wydanie: MWM 08/2014

Symfonia niepokoju

Rok Panufnika
Article_more
Straszne to były czasy. Tym dobitniej czuję, jak straszne, że jestem typowym zwierzęciem lingwistycznym: lubuję się w idiomach i metaforach, uwielbiam gry słów, wyrażam się przede wszystkim w języku i odczuwam głęboką frustrację, kiedy moje wypowiedzi trafiają na mur niezrozumienia. W 1949 roku cudaczna nowomowa i upiorne, podporządkowane potrzebom władzy nowomyślenie wdarły się we wszelkie sfery życia publicznego – także do aktów prawnych i odgórnych decyzji publikowanych w „Monitorze Polskim”.

Zarządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 lipca 1949 roku w sprawie nadania Orderu „Sztandar Pracy” objęło dwustu sześćdziesięciu czterech laureatów „w dziedzinie przemysłu, rolnictwa, komunikacji, budownictwa, handlu państwowego, oświaty, nauki, kultury i sztuki”. Po kolei, jak leci, bez wskazania konkretnych osiągnięć bądź nawet domeny, w jakiej się zasłużyli. Pod numerem 57. Pierzynce Stanisławowi (jak ustaliłam później, ówczesnemu dyrektorowi Zakładów Hutniczych „Szopienice”), pod numerem 47. Nałkowskiej Zofii. Order dostał się również Iwaszkiewiczowi Jarosławowi (nr 20) i Panufnikowi Andrzejowi (nr 54). W styczniu 1950 roku w tymże „Monitorze” akt został uznany za nieobowiązujący. Według Internetowego Systemu Aktów Prawnych – z przyczyny nieustalonej.

 

Kij i marchewka

Życiorys Andrzeja Panufnika jest pełen takich nieustalonych przyczyn i przemilczanych okoliczności. W autobiografii kompozytora, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Marginesy, w przekładzie Marty Glińskiej, można znaleźć dramatyczny opis dyskusji w Związku Kompozytorów Polskich, której przysłuchiwał się Tichon Chriennikow, sekretarz generalny Związku Kompozytorów ZSRR (notabene pełnił tę funkcję aż do rozpadu imperium sowieckiego). Panufnik słyszał już zarzuty pod adresem swojego Nokturnu, „formalistycznej” ewokacji nocnego nieba nad Tamizą. Nie spodziewał się, że koledzy ze Związku wytoczą równie ciężkie armaty przeciwko niewinnej Sinfonii rustica, opartej na tematach kurpiowskich ze zbioru księdza Skierkowskiego – kompozycji, którą ci sami koledzy wyróżnili pierwszą nagrodą w warszawskim Konkursie im. Fryderyka Chopina. Włodzimierz Sokorski, wiceminister kultury i nieformalny strażnik ideologii socrealizmu, podjął niezwłocznie decyzję o zakazie wykonań utworu, przyjętą ponoć przez Chriennikowa z nieskrywanym zadowoleniem. „Nie odezwałem się ani słowem” – pisze Panufnik. „Moja twarz pozostała bez wyrazu niczym drewniana maska, jak gdybym nic nie słyszał. Zupełnie nic”.

 

Ponoć każdy człowiek ma inny próg czucia – odporności na stres, lęk, wstyd i upokorzenie. Sfrustrowany Panufnik przybrał maskę milczenia i niesłyszenia. Był wiceprzewodniczącym Związku Kompozytorów Polskich. Miał niepisany status jednego z najważniejszych twórców muzycznych swojego pokolenia. Nie był członkiem partii, ale chcąc nie chcąc uwikłał się w struktury władzy – więc musiał tańczyć, jak mu zagrano. Po skazaniu Sinfonii rustica na niebyt koncertowy decydenci postanowili podwyższyć Panufnikowy próg hańby: na mocy wspomnianego już zarządzenia przyznali mu Order Sztandaru Pracy pierwszej klasy. „Ta marchewka była warta więcej niż sam pozłacany medal na czerwonej wstążeczce” – czytamy w autobiografii. „Dawała mi przywileje przysługujące czołowym politykom”.

Przywileje

A bez tych przywilejów Panufnik nie wyobrażał sobie normalnego życia, nie spodziewał się też, by w kłopotach finansowych udało mu się przezwyciężyć kryzys twórczy, jakiego doświadczał w związku z ciążącą nad nim presją polityczną. Tuż po wojnie osiadł w Krakowie. W 1946 roku, kiedy został dyrektorem odbudowywanej od podstaw Filharmonii Warszawskiej, borykał się z problemem mieszkaniowym na równi ze swoimi pracownikami, dlatego w proteście zrezygnował z pełnienia tej funkcji – niespełna dwa lata później. Pełniąc obowiązki wiceprezesa, korzystał z pokoju gościnnego ZKP. Złożył więc podanie do kwaterunku. Po kilku tygodniach dostał przydział w nowym lokalu na Mokotowie. Jego schorowany ojciec okazał się znacznie mniej przychylnie nastawiony do rzeczywistości i niemal odmówił przeprowadzki do jakiegoś „domku dla lalek”. Tymczasem komisja mieszkaniowa uznała tę klitkę za zbyt obszerną dla dwóch osób i usiłowała im dokwaterować współlokatora. Panufnik znów włożył swoją „drewnianą maskę” i poprosił o pomoc Sokorskiego. „Dzięki jego wpływom pieczęć usunięto, a nas zostawiono w spokoju”.

 

Adrian Thomas, wybitny brytyjski muzykolog i badacz muzyki polskiej, dogrzebał się do ówczesnej korespondencji Panufnika z ZKP. W kwietniu 1950 roku kompozytor wystosował list do zarządu, w którym wyraził gotowość napisania szeroko zakrojonej Symfonii rewolucyjnej. Swój zamysł wycenił na trzysta tysięcy ówczesnych złotych (przed niesławną denominacją z października była to równowartość mniej więcej dwudziestu przeciętnych pensji), płatnych w pięciu ratach po sześćdziesiąt tysięcy złotych. Dostał więcej: osiem miesięcznych rat po czterdzieści tysięcy. Kilka miesięcy wcześniej zwrócił się do ZAIKS-u z prośbą o dwieście tysięcy złotych na zakup niezbędnych mebli do mieszkania. Do końca roku wystąpił o dwie kolejne zapomogi: w identycznej jak poprzednio wysokości na leczenie ojca oraz o dodatkowe dwa tysiące złotych (już po denominacji, równowartość czterech pensji) z powodu „tragicznej sytuacji finansowej”. Przypomnijmy, że równolegle otrzymywał stypendium na komponowanie Symfonii rewolucyjnej, która nigdy nie powstała, przeistoczyła się bowiem w Symfonię pokoju – znów z przyczyn nie do końca ustalonych i w okolicznościach niejasnych.

 

Nieopatrzny pomysł

Jedno wiadomo na pewno: w maju 1950 roku Panufnik został oddelegowany przez Ministerstwo do Moskwy, Leningradu i Kijowa „w celu zapoznania się z radzieckimi metodami nauczania”. O tej podróży – w towarzystwie dwudziestu innych delegatów ze świata sztuki, muzyki, teatru i filmu, jak zapewne słusznie sugeruje, po części uwikłanych w struktury służb specjalnych – pisze obszernie w swojej autobiografii. Najgęściej jednak tłumaczy się z udziału w pewnym przyjęciu, na którym kilku „pomniejszych” kompozytorów radzieckich zasypało go pytaniami o działalność ZKP: „Zdając sobie sprawę, że szczerość nie doprowadzi do niczego dobrego, rozpaczliwie usiłowałem rozwiać ich podejrzenia, że jesteśmy reakcjonistami. Tak się zapamiętałem w swoich wysiłkach, że nagle usłyszałem, jak mówię, iż mam zamiar zabrać się do nowej symfonii i że prawdopodobnie będzie to symfonia o pokoju. Ledwie wypowiedziałem te słowa, już ich gorzko pożałowałem. Natomiast moi rosyjscy koledzy odetchnęli z ulgą: wreszcie ktoś w Polsce podejmuje ważki ideologicznie temat!”.

 

W dalszej części wspomnień Panufnik stanowczo odżegnał się od sformułowań, jakie odkrył w zmanipulowanym rzekomo wywiadzie dla radzieckiego „Ogonioka”, którego tłumaczenie ukazało się w jednym z numerów „Muzyki”. Ulżyło mu, że koledzy z ZKP nie dali się nabrać na te obrzydliwe kłamstwa. Jednocześnie się zmartwił, że władze nie pozwoliły mu zapomnieć o „nieopatrznym pomyśle” napisania symfonii pokoju. Można by rzec, że Panufnik został zmuszony do wywiązania się ze wcześniejszych zobowiązań i w tym celu osadzony w luksusowym areszcie: domu pracy twórczej w Oborach pod Warszawą. Tam napotkał kolejną przeszkodę – prześliczną, niespełna trzydziestoletnią Marie Elizabeth O’Mahoney, która spędzała w Oborach miesiąc miodowy z Adolfem Rudnickim, autorem genialnej mikropowieści Pałeczka, czyli każdemu to, na czym mu mniej zależy. Historia pokazała, że Scarlett – bo tak nazywano piękną Irlandkę o kasztanowych włosach i siwych oczach – mniej zależało na Panufniku, który wkrótce miał zostać jej czwartym z kolei mężem.

Zakochany bez pamięci kompozytor zaniedbywał swoją tajemniczą symfonię aż do początku 1951 roku, kiedy wyszło na jaw, że władze zaplanowały prawykonanie na wiosnę. Panufnik wziął się ostro do pracy. Tuż przed Wielkanocą dostarczył do PWM ukończoną partyturę utworu złożonego z trzech kontrastujących ze sobą części – Lamentoso pamięci ofiar wojny, z chórem śpiewającym bez słów; Drammatico, żarliwego manifestu pacyfistycznego na samą orkiestrę; oraz Solenne, swoistego hymnu, wołania o pokój, do tekstu wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Premierę dzieła poprowadził sam, 25 maja 1951 roku, z orkiestrą Filharmonii Warszawskiej, na zakończenie Festiwalu Muzyki Polskiej. Publiczność zareagowała gorącym aplauzem. Reakcja władz była chłodniejsza, ale z pewnością nie „lodowata”, jak wspomina Panufnik. Chyba że za taką należy uznać wyróżnienie dzieła zaledwie Nagrodą Państwową drugiego stopnia.

 

Pytania o przeszłość

Utwór dostał nowe życie już po wyjeździe Panufnika z Polski w 1954 roku. Kompozytor zabrał partyturę w walizce – ponoć jedynej, jaką wywiózł z kraju – wypełnionej po brzegi rękopisami jego utworów. W lutym 1955 roku Symfonią pokoju zadyrygował Leopold Stokowski na czele Orkiestry Symfonicznej w Detroit. Panufnik był obecny na tym koncercie, zakończonym skądinąd wielkim sukcesem. Mimo protestów Stokowskiego zdecydował się wycofać Symfonię z katalogu swoich dzieł, uznawszy, że jest zbyt długa i „zanadto nabrzmiała emocjami”. Ofiarą skrótów padł przede wszystkim propagandowy wiersz Iwaszkiewicza. Kompozytor wykorzystał materiał pierwszych dwóch części w trzyczęściowej, czysto instrumentalnej Sinfonia elegiaca, część finałową przerobił na Invocation for Peace, krótki utwór na głosy chłopięce i blachę, z nowym tekstem autorstwa swojej drugiej żony Camilli.

 

Symfonia pokoju została wymazana z pamięci, wątpliwości pozostały. Dlaczego Panufnik zadręczał się „sloganowym tytułem”, z którego „nie mógł” się wówczas wycofać, skoro w liście do zarządu ZKP zaproponował napisanie utworu pod jeszcze bardziej sloganowym tytułem Symfonia rewolucyjna? Czy na ostatecznej decyzji o skomponowaniu Symfonii zaważył jego czynny udział w Ogólnopolskim Kongresie Pokoju we wrześniu 1950 roku? Jaką muzykę tworzyłby Panufnik, gdyby doczekał w Polsce odwilży 1956 roku? Jaki wpływ na jego decyzję o emigracji miał jego trudny związek z O’Mahoney i tragiczna, nie w pełni wyjaśniona śmierć ich maleńkiej córeczki Oonagh?

 

Polska pamięć historyczna wciąż jest zanadto wybiórcza. W Roku Lutosławskiego zaprzepaściliśmy niejedną szansę wyjaśnienia mniej wygodnych epizodów jego twórczości. Nie powtórzmy tego przy okazji obchodów setnej rocznicy urodzin Panufnika. Chyba już czas pogodzić się z własną przeszłością. Wpierw jednak trzeba ujawnić jej grzechy.

 

Dorota Kozińska