Wydanie: MWM 09/2013

Być jak palec pianisty

Wywiad z The Swingle Singers
Article_more
W klasyce jesteśmy wierni oryginałowi – głosy śpiewają to, co zagrałyby instrumenty. Na płycie, którą wydamy w grudniu, znajdzie się preludium La cathédrale engloutie Debussy’ego – w tym utworze każdy z nas jest jakby palcem pianisty. Klasyczne hity sprzed lat wykonujemy wciąż w aranżacjach Warda Swingle’a. Natomiast w muzyce rozrywkowej staramy się dodać coś od siebie, nie interesuje nas po prostu tworzenie prostego coveru.

Joanna Michalska: „The Swingle Singers – żywa legenda wokalistyki, pięćdziesiąt lat historii” – te określenia trochę nie pasują do zespołu złożonego z samych młodych osób. Prestiż bycia Swingle jest czasem obciążeniem?
Edward Randell (The Swingle Singers, bas):
Pół wieku tradycji wywiera na nas pewną presję, ale przede wszystkim daje ogrom możliwości. Przez te pięćdziesiąt lat różne składy zespołu zmieniały styl, podejście do muzyki, więc i my czujemy się uprawnieni, by wybrać w śpiewie to, co nas najbardziej interesuje. Rozpoznawcza cecha The Swingle Singers to nowatorstwo. W obecnym składzie jesteśmy świadomi tradycji i dumni, że możemy nazywać się Swingle, ale musimy tworzyć nasz własny zespół, a nie powielać stare formy.

Czy zdarza się, że po koncercie podchodzi słuchacz w wieku waszych rodziców i mówi: „Nie tego oczekiwałem”?
Bywa i tak, ale czasami ktoś przychodzi powiedzieć: „To nie było to, czego się spodziewałem i bardzo dobrze!”. Co ciekawe, zdarza się, że seniorzy wolą nasz nowy materiał, a młodzi oczekują, żywej wersji ze starej płyty winylowej.

Wsłuchujecie się w nagrania z czarnych płyt, by wypracować typowe brzmienie The Swingle Singers?
Przed naborem do grupy dużo słuchałem Swingle z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Oczywiście, gdy występujemy ze starszymi aranżacjami, inspirujemy się dawnymi nagraniami. Ale większość muzyki, którą się teraz zajmujemy, została napisana współcześnie, więc styl śpiewania musi być inny, niż gdy wykonujemy Bacha.

Jak można zdefiniować to, co niezmienne w brzmieniu The Swingle Singers?
Precyzja, dbanie o szczegóły, traktowanie głosów jak instrumenty.

Łatwo się tego nauczyć?
Z dobrym zespołem śpiewa się prościej, bo nietrudno jest dostroić się do samych świetnych muzyków – tak ja wspominam moje początki w grupie, poprzedzone doświadczeniem w innych zespołach a capella. Ale repertuar Swingle jest bardzo wymagający.

Od kilku lat nie macie szefa artystycznego, skąd biorą się nowe pomysły?
Gdy długo występujemy z tym samym programem, dochodzimy do wniosku, że coś trzeba zmienić, na przykład tempa. Bywa, że któryś utwór przestaje się sprawdzać, więc musimy go czymś zastąpić.

Clare Wheeler (alt), Joanna Goldsmith-Eteson (pierwszy sopran), Oliver Griffiths (tenor) i ja komponujemy nasze nowe utwory. Mieliśmy też z całym zespołem kilka improwizowanych sesji, które nagraliśmy i sprawdzaliśmy, jaki był efekt. To fantastyczne doświadczenie! Myślę, że w taki sposób pracują zespoły rockowe, ale The Swingle Singers wcześniej prawie nie śpiewali własnej muzyki, więc dla nas to ekscytująca nowość. Piosenka Piper, którą wykonamy z Chórem Filharmonii Wrocławskiej jest właśnie efektem improwizacji i moim ulubionym utworem.

A jak aranżujecie muzykę poważną?
W klasyce jesteśmy wierni oryginałowi – głosy śpiewają to, co zagrałyby instrumenty. Na płycie, którą wydamy w grudniu, znajdzie się preludium La cathédrale engloutie Debussy’ego – w tym utworze każdy z nas jest jakby palcem pianisty. Klasyczne hity sprzed lat wykonujemy wciąż w aranżacjach Warda Swingle’a. Natomiast w muzyce rozrywkowej staramy się dodać coś od siebie, nie interesuje nas po prostu tworzenie prostego coveru.

Jaka jest proporcja klasyki do muzyki rozrywkowej podczas waszych występów?
Zwykle śpiewamy około trzech – czterech utworów klasycznych, kilka piosenek popowych, na przykład Beatlesów, które zaaranżowaliśmy parę lat temu, a przede wszystkim skupiamy się na muzyce pisanej przez nas. Musimy też pokazać publiczności, że wciąż potrafimy śpiewać Bacha, co jest zresztą czystą przyjemnością, choć to nasze najtrudniejsze aranżacje.

Tymczasem w muzyce rozrywkowej ma pan – jako bas – dużo łatwiejszą rolę, imitując wraz z Kevienm Foxem sekcję rytmiczną. Nie nudzą się panowie w tych piosenkach?
Mamy w nich bardzo odpowiedzialne zdanie, bo bez porządnej bazy chór nie będzie dobrze brzmiał. Mój nauczyciel śpiewu mówił, że zespół jest jak piramida – podstawa musi być duża, a wierzchołek może być mały.

Staramy się utrzymać wysoki poziom występów, a wówczas łatwe utwory stają się wymagające. W prostej piosence bardzo trudno utrzymać sekcję rytmiczną naprawdę pulsującą, żywą, nie wypaść z tempa. To może być równie angażujące jak śpiewania Bacha. Technicznie najtrudniejsze są dla nas jego fugi, bo mają szybkie tempo. Ale śpiewanie piosenki Stevie’ego Wondera, tak by przez cały czas była naprawdę pełna energii i jednocześnie swobody, wymaga wielkiego skupienia. Nie wolno się zdekoncentrować, myśląc, że to łatwa muzyka.

Skoro mowa o Bachu – czy macie wciąż kontakt z waszym założycielem, Wardem Swinglem?
Cały czas! Jest naszym muzycznym ojcem chrzestnym, bardzo nas wspiera. Ma głowę otwartą na nowe pomysły, nie oczekuje, że będziemy kopiować jego dawny zespół.

Teraz The Swingle Singers to nie tylko wykonawcy, lecz także organizatorzy festiwalu.
London A Capella Festival to nasze oczko w głowie. Jesteśmy dyrekcją artystyczną, zapraszamy zespoły, całkiem sporo pracujemy też w trakcie samego festiwalu. Atmosfera jest niezwykła ­– cztery dni koncertów, warsztatów, wspólne spędzanie czasu z innymi artystami. Uczestnicy i publiczność przyjeżdżają do nas z całego świata. To zaszczyt móc zapraszać najlepsze grupy, a nawet z nimi występować. W tym roku wykonaliśmy jedną piosenkę razem z fińskim zespołem Rajaton i kilka utworów z The King’s Singers, którzy śpiewają prawie tak długo jak my, ale w zupełni innym stylu, i są najlepsi na świece w tym, co robią.

Anglia była motywem przewodnim jednego z numerów „Muzyki z Mieście” – pisaliśmy, że Wielka Brytania jest krajem chórów.
Zdecydowanie tak! Co prawda w śpiewie a capella prześcigają nas Stany Zjednoczone, ale na tle reszty Europy wypadamy w tej dziedzinie znakomicie. Kiedy parę lat temu zacząłem śpiewać w grupie a capella na uniwersytecie, mieliśmy w Oxfordzie pięć takich zespołów i może jeszcze dwa na innych uczelniach. A teraz grupy a capella działają na większości uniwersytetów.

We Wrocławiu połączycie klasyczny śpiew chóru z Waszym niepowtarzalnym stylem. Jak powstają aranżacje utworów, które wykonacie z Chórem Filharmonii Wrocławskiej?
Zajmuję się tym osobiście i zadanie to zabiera mi ostatnio większość czasu, ale świetnie się bawię. Prowadzimy dużo warsztatów dla chórzystów, jednak nigdy nie śpiewaliśmy tak dużego koncertu w całości z chórem, więc jesteśmy bardzo podekscytowani. Do utworów z naszego repertuaru dodajemy partie chóralne, a część muzyki będzie całkowicie nowa również dla nas. Może uda nam się zaśpiewać coś po polsku, ale proszę nie pytać co, bo to niespodzianka.

Znam ludzi z pokolenia moich rodziców, którzy twierdzą, że dzięki albumowi Jazz Sebastian Bach docenili lipskiego kantora i w ogóle muzykę klasyczną. Pewnie i dziś na waszych koncertach są ludzie, którzy w innych okolicznościach nie słuchaliby Donizettiego albo Corellego. Macie poczucie misji?
Tak, ale niezwiązane z klasyką, a po prostu z inspirowaniem ludzi muzyką. Chcemy, uświadomić wszystkich ludzi, że potrafią śpiewać! Niech każdy wie, jak fantastyczne możliwości ma ludzki głos. I jak wielką radością jest śpiewanie. Nasza misja to „rozruszanie” ludzi. Teraz w zespole skupiamy się na emocjonalnym oddziaływaniu na publiczność, zastanawiamy się, jaką historię chcemy opowiedzieć. Najlepsze, co może nas spotkać, to słuchacz, który po koncercie przychodzi i mówi: „Ta piosenka miała dla mnie ogromne znaczenie, bo…”. To właśnie sens występowania. Nawet w trakcie trudnego utworu trzeba cały czas myśleć, jakie ta muzyka może mieć emocjonalne znaczenie dla pojedynczego człowieka na widowni.

Rozmawiała Joanna Michalska

The Swingle Singers – zespół wokalny a capella nagrodzony pięcioma statuetkami Grammy; grupa wydała pięćdziesiąt płyt, pojawia się na ścieżkach dźwiękowych przebojowych seriali Glee i Sex w wielkim mieście. Zespół z krótkimi przerwami występuje od 1963 roku, kiedy to założona przez Amerykanina Warda Swingle’a grupa zasłynęła dzięki albumowi Jazz Sebastian Bach. Obecny siedmioosobowy skład działa w Londynie, jest organizatorem London A Capella Festival.