Wydanie: MWM 09/2013

Jerzy Fryderyk w stroju domowym

Article_more
W jesienne, szare, deszczowe popołudnie 1992 roku do sklepu muzycznego „Vivart” na rogu Senatorskiej i Moliera w Warszawie wszedł nieśmiały nastolatek. Pobłądził chwilę wśród regałów z muzyką popularną, rockową i jazzem po to tylko by zorientować się, że w głębi sklepu kryją się jeszcze jedne drzwi. Po ich przekroczeniu młody człowiek wszedł do innego świata, świata muzyki dawnej dyskretnie rozbrzmiewającej w niewielkim pomieszczeniu.

Chłopak szukał tego miejsca, by odnaleźć utwór, który kilka dni wcześniej usłyszał w radiowej Dwójce. Przeglądał niezgrabnie przegródki opisane wieloma niewiele mu mówiącymi nazwiskami, do momentu gdy zbliżył się do niego sprzedawca i spytał, czy w czymś może pomóc. Chłopak wyjąkał nazwisko Purcell’a i wspomniał o odzie urodzinowej dla królowej Anny. Sprzedawca zmarszczył brwi, zastanowił się i powiedział chłopakowi, że chyba coś jednak przekręcił. Pokazał mu dwie płyty z odami urodzinowymi: Purcell’a dla królowej Mary i Händla dla królowej Anny. Sprzedawca odtworzył płyty w odtwarzaczu a w małej salce „na zapleczu” rozbrzmiały delikatne dźwięki dawnych instrumentów i niezwykle subtelny śpiew. Młodzieniec kupił w pierwszym miesiącu płytę Henry Purcell’a z odą Hail! Bright Cecilia, która natychmiast go oczarowała, w drugim, za zaoszczędzone kieszonkowe, Eternal Source of Light Divine Jerzego Fryderyka Händla w wykonaniu The King’s Consort.

Włoski Niemiec w Anglii
Omyłkowo, przez połączenie dwóch postaci i dwóch utworów: dzieła Händla z nazwiskiem Purcell’a, zaczęła się moja przygoda z muzyką dawną. Największą miłością obdarzyłem Brytyjskiego Orfeusza, ale im dłużej żyję, tym bardziej doceniam Händla, którego wszechstronne oeuvre zaskakuje mnie coraz bardziej, od wczesnego Dixit Dominus po późnego Samsona. Myślę, że nie jestem jedynym człowiekiem, któremu zdarza się słuchać muzyki Händla jak nastolatkom – brytyjskiego popu. Są jednak i niezwykłe momenty związane z tą muzyką, tak jak wieczór, kiedy stojąc (niemal na jednej nodze, bo na drugą nie było już miejsca) przy drzwiach wejściowych w małej widowni Opery Kameralnej w Warszawie, słuchałem ze ściśniętym sercem słynnej arii Lascia ch’io pianga z opery Rinaldo wykonywanej przez Olgę Pasiecznik. W takich chwilach jest się poza czasem, przestrzenią i materią. Nie pamiętam już dziś, czy to jej łzy bardziej zapamiętałem, czy własne. I choćbyś był najszczęśliwszym z ludzi – myślę – zaczniesz płakać, za czymś co utraciłeś gdzieś w głębi własnego ja.

Zastanawiam się czasem, jak ten młody i arogancki geniusz odbywający swoje muzyczne grand tour po półwyspie apenińskim przesyconym słońcem, winem, arcydziełami starożytności, renesansu, manieryzmu i dojrzałego baroku – które tak często inspirowały Niemców, od Dürera po Maxa Klingera i które czczono, jak w pismach zachwyconego antykiem Winckelmanna – mógł tak łatwo przyjąć, niczym własny, włoski temperament muzyczny? Jak ten młody protestant z północy, odczuwał zmysłową rozkosz sztuk skąpanych w południowym słońcu? Jak młody Händel, człowiek chwytający w żagle wiatr muzycznej mody, niczym górująca nad Wenecją Fortuna powiew szczęścia w poły swej tuniki, stał się po latach spędzonych na Wyspach Brytyjczykiem, twórcą angielskich Anthems i szczerym miłośnikiem Purcell’a? Nadal pozostaje to dla mnie zagadką.

To co łączyło go najbardziej z Anglią, to umiłowanie szczerej melodii. Ta melodia urokliwa, nieco sentymentalna, zamglona w utworach Purcell’a, w redakcji Halleńczyka staje się bezpośrednia i uniwersalna, niezwykle elegancko oprawiona w dojrzałą i wyrafinowaną formę, czerpiącą jasność ze słońca Italii i precyzję z niemieckiej pasji dążenia do odwzorowywania harmonii natury. 

Zielone sklepienie
Dorobek muzyczny Händlea przypomina mi dziś drezdeńskie Grünes Gewölbe – skarbiec zamkowy wypełniony przez Wettynów najniezwyklejszymi kształtami dzieł rąk ludzkich i bezcennymi kosztownościami spotęgowanymi w niezliczonych lustrach. Nie można go objąć wzrokiem, próba kilkugodzinnego zapoznania się z tymi dziełami sztuki, niejednokrotnie zespolonymi przez złotników z kuriozami natury, kończy się fiaskiem, porażką znużenia pięknem, przesłodzeniem monotonią wyrafinowanych ornamentów. Z muzyką Händla jest podobnie – nie należy jej „nadużywać”. Każdy utwór wyodrębniony, usłyszany w nowym kontekście, czasem po latach, odkrywa przed nami swe piękno, które im jesteśmy starsi, tym bardziej potrafimy docenić.

Händel odwiedził Drezno w czasie jego największego rozkwitu, nie pozostał tam jednak by konkurować z muzyką Heinichena czy Zelenki. Z pewnością widział i słyszał późnobarokowy przepych dworu króla Polski Augusta II, przechadzał się po Zwingerze, może nawet widział bogactwa skarbca zamkowego, ale nie przyszło mu pisać polonezów i nie uległ modzie na styl polski, która nawet we Francji za sprawą Marii Leszczyńskiej przez chwilę i powierzchownie uwidoczniła się w strojach i muzyce. Szczęśliwie się stało, że muzyk posłuchał głosu serca, instynktu, czy jak kto woli, zrealizował plan marketingowy i wrócił do swej londyńskiej stolicy, podbierając królowi polskiemu śpiewaków, by zyskać nową siłę konkurowania z Farinellim i Porporą.

Nieco przekornie na warszawskiej wystawie Wywyższonych w Muzeum Narodowym przy płaszczu koronacyjnym i regaliach Augusta III rozbrzmiewał hymn Zadok the Priest – jeden z porażających swą monumentalnością chórów Händla. Jaką muzykę Händel napisałby dla wawelskiej ceremonii? Czy przeszłaby ona do historii, czy odeszła w niebyt niedoceniona w kraju obrzeży osiemnastowiecznej cywilizacji? Dzięki Bogu Händel został w Londynie. Gdyby z niego wyjechał, zapewne nigdy by nie powstał Samson z tenorową arią Total eclipse – cierpieniem człowieka tracącego wzrok niezbędny muzykowi w pracy, jak malarzowi przy malowaniu płótna.

Geniusz w pracowni
Gdybym miał porównać Händla z którymś z malarzy, szukałbym wśród wielkich mistrzów takich jak da Vinci, Rubens czy van Dyck. We Włoszech był Włochem, dla Niemców był Niemcem, w Anglii kontynuatorem tradycji Purcell’a. Pod kolorowymi maskami różnych stylów i mód odnajdujemy twarz Händla – człowieka wesołego i kochającego życie, ale paradoksalnie niezwykle samotnego. Człowieka, który próbuje nauczyć nas, że pomimo męczącej codziennością należy wytrwale szukać prawdy o sobie samym i chwytać odważnie nadarzające się okazje. Muzyka Händla przypomina nam, że już tu kiedyś byliśmy, w podobnych emocjach, stanach i wzruszeniach i nakazuje nam nie zapominać tego, kim jesteśmy jako istoty ludzkie.

Portretowano Händla kilkakrotnie, najczęściej w wysokiej i opadającej na ramiona peruce dodającej twarzy dostojności, elegancji i powagi. Ja jednak najbardziej lubię intymniejszy portret pędzla Philipa Merciera, ukazujący kompozytora przy klawesynie z piórem w ręku i kartkami z zapisem nutowym na okrągłym stoliku. Händel ma na sobie czerwony szlafrok, nie ma peruki lecz swobodne nakrycie głowy. Jest dojrzałym wiekowo mężczyzną, lecz nadal wyglądającym młodo. Wynika to zapewne z przenikliwego spojrzenia, dzięki któremu odnosi się wrażenie, że to on przygląda się obserwującej go osobie, nie na odwrót. Po ustach przemyka cień niemal niezauważalnego uśmiechu wyrażający pobłażliwość albo stwierdzenie: tak, rzeczywiście doznałeś łaski patrzenia na wielkiego artystę, geniusza w jego pracowni, oderwanego na chwilę od komponowania. Pewniej jednak ten przelotny uśmiech wyraża przekonanie Jerzego Fryderyka, że oto widzisz kompozytora, z którym niewielu może się mierzyć. Choć na obrazie widać meble, klawesyn, kartę z nutami, przybory do pisania, to skupiamy się jedynie na twarzy muzyka i jego wielkich acz delikatnych dłoniach. Händel, nieco znużony, podpiera głowę ręką wspartą o instrument. Za chwilę pożegna się z nami i odwróci plecami zmęczony nieco przydługim pozowaniem, by w końcu zasiąść przed klawiszami i zagrać jedną ze swych suit klawesynowych.

Zazdroszczę wrocławianom, że wysłuchają Ody na dzień św. Cecylii. Jak co roku w listopadowy wieczór poświęcony patronce muzyki stanę przed dylematem, którą odę napisaną ku jej czci wybrać: Purcell’a czy Händla. Pierwsza, jak i druga sprawia, że boję się pomyśleć czym byłby wszechświat bez harmonizującej go muzyki.