Wydanie: MWM 09/2013

Witek i Danusia

Gabriela i Marcin Bogusławscy wspominają Witolda Lutosławskiego
Article_more
Pewnego lutowego wieczoru, kilka dni po setnych urodzinach Witolda Lutosławskiego, Agata Kwiecińska i Barbara Schabowska wybrały się z wizytą na ul. Śmiałą 39 do domu kompozytora na warszawskim Żoliborzu. Spotkały się z rodziną Lutosławskiego: pasierbem Marcinem Bogusławskim, jego żoną Gabrielą i córką chrzestną, Agatą Bogusławską. Pytały, jaki był wielki kompozytor w rodzinnym gronie.

Ochota – Saska Kępa - Żoliborz

Marcin Bogusławski: Rodzice poznali się podczas okupacji przez mojego brata matki, Stanisława Dygata. Mieszkaliśmy wówczas na Kolonii Staszica w domu, który wybudował mój dziadek, architekt. Podczas okupacji stosunki między sąsiadami były bardzo bliskie. W naszym domu wynajmował pokój Andrzej Panufnik, który był przyjacielem ojczyma – utrzymywali nieustanny kontakt już choćby dlatego, że wspólnie koncertowali. I właśnie wtedy, przy okazji wizyt u Panufnika, ojczym poznał matkę. Potem już wspólnie przenieśliśmy się na Saską Kępę, gdzie my zamieszkaliśmy u państwa Ekierów, a ojczym dokwaterowany został do rodziny piętro wyżej. Kiedy mój biologiczny ojciec ułożył sobie życie w nowym małżeństwie, matka i Witek wzięli ślub i za sprzedaną działkę na Kolonii Staszica kupili mieszkanie. Musieli je najpierw wyremontować, ponieważ podczas wojny pocisk uszkodził narożnik budynku. Tak więc moje wspólne życie z rodzicami toczyło się na Saskiej Kępie.

 

Wystarczały im niezwykle skromne warunki. Jedyne, czego ojczym zawsze potrzebował, to cisza. Niestety, jak to w kamienicy, było o nią bardzo trudno. Dlatego też Witek wytłumił swoją sypialnię, która stała się swego rodzaju studiem radiowym o podwójnych ścianach, podłodze i suficie – była „pudełkiem w pudełku”. Zabiegi te zmniejszyły co prawda powierzchnię pomieszczenia, ale dały zdecydowanie większy komfort. Mieszkałem z nimi do końca studiów architektonicznych, po czym przeniosłem się do własnego mieszkania.

 

Dom na Żoliborzu rodzice kupili w 1968 roku, dwa lata po moim wyjeździe z Polski. W pewnym sensie inicjatorem przeprowadzki był Mścisław Rostropowicz. Trzeba pamiętać, że – tak jak niemal wszyscy w powojennej Warszawie – rodzice żyli w bardzo trudnych warunkach. W trzech pokojach musiało pomieścić się aż sześć osób. W pokoju sypialnym stało podwójne łóżko, najkrótszy, jaki można było kupić fortepian i biurko. Trudno było poruszać się między tymi meblami. Rostropowicz, który pokochał muzykę ojczyma, przyjechał pewnego razu do Warszawy, by się z nim spotkać. Kiedy w tym zagraconym pokoju usiadł na łóżku i zagrał na wiolonczeli, na ojczymie zrobiło to tak duże wrażenie, że specjalnie dla Rostropowicza napisał potem Koncert wiolonczelowy. Kiedy muzyk wychodził, powiedział: „Jestem zaskoczony warunkami, w jakich pan pracuje”. Ojczym był już wtedy znanym na świecie kompozytorem. W dużej części problemy materialne minęły. Słowa Rostropowicza skłoniły go, by stworzyć sobie wygodne warunki pracy twórczej.

 

Gabriela Bogusławska: W domu, w którym jesteśmy niewiele się zmieniło. Jego układ pozostał taki sam; w pracowni stoją stare meble – stół i biurko. Tylko kanapa, która się rozpadła, wyniesiona została na strych. Gdyby jednak ktoś chciał ją zobaczyć, wciąż ma taką szansę (śmiech). Nie ma też fortepianu, który znajduje się dziś na Zamku Królewskim.

 

M.B.: To świetny Bechstein – tak dobry, że szkoda było, by marnował się w domu. Na Zamku zaś nie było instrumentu koncertowego. Taka zresztą była wola Witka. Często powtarzał, że nie chce, by instrument stał nieużywany. Oprócz fortepianu znajdowało się tu również stanowisko odsłuchowe z wysokiej klasy głośnikami. Większość dokumentów i partytur pojechała do Bazylei, do Fundacji Paula Sachera. Tu, w domu, zostało trochę zdjęć i raczej przypadkowych nagród, których Witek dostał bardzo dużo. Dość powiedzieć, że samych doktoratów honorowych otrzymał siedemnaście.

 

Przyjaciele

G.B.: Witek był zawsze bardzo zajęty. Dlatego, jak sądzę, szkoda mu było czasu na jałowe rozmowy, a rodzina miała dość niewielkie grono znajomych. Nigdy nie prowadzili otwartego domu, przez który przewijałby się tłum ludzi. Witkowie mieli swoich wypróbowanych przyjaciół. Bardzo bronili swojej prywatności przed mediami i ewentualnymi intruzami ze świata muzycznego. Niedawno, z okazji rocznicy urodzin, urządziliśmy tu, na Śmiałej, kolację dla muzyków. Wśród gości znaleźli się bardzo dobrzy i długoletni znajomi mojego teścia, bywający tu dawniej. Zostałam przez nich poproszona o pokazanie im pracowni. Okazało się, że nikt z nich nigdy wcześniej jej nie widział. Nigdy! Witek mało kogo wpuszczał do swojego sanktuarium. Być może czynił wyjątek dla Józka Patkowskiego i Tadeusza Kaczyńskiego, ale chyba dla nikogo innego. Do domu teściów wstęp o każdej porze miały nasze dziewczynki.

 

M.B.: Ojczym miał grono przyjaciół, którzy należeli do elity intelektualnej Warszawy. Nigdy jednak nie przyjmował w domu więcej, niż kilka osób jednocześnie. Sześcioosobowy obiad, to już było spotkanie w dużym gronie. Rodzice przyjaźnili się blisko z Krystyną Zachwatowicz i Andrzejem Wajdą, którzy mieszkają po sąsiedzku. Ojczym co prawda jeździł do nich zwykle samochodem, ale przecież wystarczy trzyminutowy spacer, by dotrzeć do ich domu. Pamiętam, że bywali tutaj Ryszard Kapuściński i profesor Klemens Szaniawski, wybitny filozof. Bliskie stosunki, które można nazwać rodzinnymi, ojczym utrzymywał ze Stasiem Dygatem. Typowe dla Witka było to, że co prawda tolerował wszystkich ludzi, ale nie miał przyjemności z widywania się ze wszystkimi. Co ciekawe, i Staś Dygat, i Kalina Jędrusik, pod wieloma względami byli jego przeciwieństwami, a jednak istniała między nimi prawdziwa bliskość. Na pewno ogromną rolę w tej relacji odgrywał podobny rodzaj poczucia humoru.

Teściowie i dziadkowie

G.B.: To teściowie chcieli, bym mówiła do nich „Witek” i „Danusia”. Nie było przecież zwyczaju zwracania się do teściów po imieniu. Długo zajęło mi przyzwyczajenie się do tego. Z Danusią poradziłam sobie dość szybko, gorzej było z teściem – chyba przez półtora roku nie mogło mi przejść przez gardło jego imię. To był przecież wielki Witold Lutosławski, a ja przyszłam z zewnątrz. Bardzo „gimnastykowałam” się, starałam się mówić bezosobowo do chwili, gdy tak bardzo się zaplątałam, że musiałam nazwać go „panem” lub „Witkiem”. Kiedy zwróciłam się po imieniu, Witek roześmiał się, bo oczywiście zauważył wcześniej moją nieustanną „gimnastykę”. Potem jakoś już poszło. Chcieli też, by po imieniu zwracały się do nich nasze córki, czego potem chyba żałowali. Teściowa powiedziała kiedyś, że jest jej smutno, że żadna z dziewczynek nie nazywa jej babcią. Tylko na laurkach, które rysowały w dzieciństwie, pisały „dla babci i dziadka”.

 

Agata Bogusławska: Pamiętam, że Witek bardzo dużo pracował, nawet na wakacjach w Norwegii. Starał się jednak spędzać czas z nami, był zainteresowany naszym życiem, ciekawiły go nasze szkolne sprawy. Gdy przyprowadzałam do domu koleżanki, zwykle schodził z pracowni, by się z nimi przywitać. Kiedy przyjeżdżali do Norwegii, zwykle brali nas na zakupy, a dziadek doradzał nam w wyborze ubrań. Lubił ładne rzeczy, miał dobry gust, wiedział, co może się nam spodobać. Kiedy robiłyśmy zakupy tylko z Danusią, po powrocie do domu musiał odbyć się pokaz mody. Odrywał się od pracy, kazał nam wszystko pokazywać i przymierzać. Zawsze przywozili nam z podróży prezenty. Zazwyczaj były to ubrania, które – jestem pewna – wybierał sam Witek. Lubił naszą obecność. Sądzę, że kupili dom w Norwegii dlatego, że chcieli być bliżej nas. Również tam był wyciszony pokój, w którym mógł pracować nawet podczas naszej, dzieci, obecności. Nie pamiętam go przy instrumencie, komponował raczej na papierze. Pozwalał towarzyszyć mi podczas przepisywania nut przez babcię Danutę. Witek nigdy nie obnosił się z tym, że jest wybitnym kompozytorem i nie narzucał się nam ze swoją muzyką, dlatego właściwie jej nie znałyśmy. Zdałyśmy sobie sprawę z jego pozycji w świecie muzycznym dopiero po przeprowadzce do Polski.

 

Nauczyciel

G.B.: Witek czytał bardzo dużo literatury francuskiej, co słychać w jego muzyce. Dlatego na półkach znaleźć można wiele klasyki francuskiej. Przypuszczam, że bardzo często słuchał muzyki z Danusią. Ona była niemal we wszystkim jego wierną towarzyszką. Tak samo było w Oslo – najlepszy sprzęt grający stał w piwnicy i tam właśnie wspólnie słuchali muzyki. Nigdy natomiast nie słuchał z nami, nie rozmawialiśmy też o muzyce, czego bardzo żałuję. Mówiłam zresztą o tym teściowej. I ona, i Witek uważali, że nie można nikogo zmuszać do słuchania muzyki. Ja byłam zdania, że dzieci należy tego nauczyć. Oni twierdzili, że jeśli będą chciałby, same zaczną słuchać. Kiedy zapytałam, dlaczego Marcin – podobnie jak ja – jest ignorantem muzycznym, to Danusia odpowiedziała, że nigdy nie zmuszali go do chodzenia na koncerty i że samo zachęcanie do słuchania byłoby już pewnego rodzaju przymusem. Chcieli mu zostawić absolutną wolność wyboru. Witek nie narzucał komukolwiek swoich poglądów i swojej woli. Mojego męża wychowywał wyłącznie poprzez dawanie przykładu. Dlatego, jeśli ktoś może powiedzieć, że bardzo dobrze znał Witka, to jest to właśnie mój mąż. Istniała między nimi bardzo silna więź emocjonalna, łączył ich także sposób myślenia. Potrafili rozmawiać godzinami.

 

M.B.: Wychowywał mnie, używając bardzo niewiele słów. Z drugiej strony, byłem raczej grzecznym dzieckiem i nie przysparzałem kłopotów. Rodzice chyba byli ze mnie zadowoleni, a w każdym razie nie mieli powodów, by się o mnie martwić. To chyba najważniejsza rzecz, jaką osiągnąłem w życiu (śmiech). Nie tylko zresztą ja uczyłem się od niego. Mogę chyba powiedzieć, że w dziedzinie architektury i bliskich jej sztuk – rzeźby, malarstwa – ojczym wiele się nauczył ode mnie. Trzeba, oczywiście, zachować proporcje i pamiętać o różnicy talentów. Ale niewątpliwie znajdowaliśmy wspólny język.

 

Wakacje

M.B.: Związki z Norwegią zaczęły się, gdy kupiliśmy dom pod Oslo. Rodzice bardzo lubili tam przyjeżdżać i oderwać się od polskich spraw. Początkowo zagospodarowaliśmy tam dla nich strych. Potem sami kupili bardzo skromny domek w Oslo, gdzie przyjeżdżali na dwa-trzy miesiące każdego roku. Prawie każdego roku spędzaliśmy też wspólnie wakacje. Starałem się wyszukiwać miejsca, gdzie latem panowała znośna temperatura. Ojczym zabierał na wakacje partytury i pracował. Miał zwyczaj skrupulatnego przygotowywania się do koncertów z własną muzyką – wprowadzał nowe oznaczenia, poprawiał zapis, jeszcze raz czytał partyturę.

 

G.B.: Pewnego roku pojechaliśmy do Turcji, gdzie Witek zamierzał pracować, ponieważ zaraz po wypoczynku czekała go seria koncertów. Mieszkaliśmy w typowym ośrodku wypoczynkowym, gdzie nie było warunków do pracy. Marcin próbował więc wyprosić u obsługi stół, ale mu się nie udało. Turcy nie mogli zrozumieć, do czego jest nam on potrzebny. Dlatego Witek pracował na łóżku – siedział na nim po turecku i ucząc się partytur, machał rękami. W tym momencie weszła pokojówka, by sprzątnąć pokój. Kiedy zobaczyła starszego pana siedzącego na łóżku i machającego rękami, narobił wrzasku i uciekła. Nie chciała – jak się wyraziła – sprzątać u wariata (śmiech).

 

Kompozytor

M.B.: Ojczym był niezwykle uporządkowany. Zawsze o tej samej godzinie udawał się do pracowni, zamykał podwójne drzwi i potrójne okna, i nikogo do siebie nie wpuszczał. Nawet matka, która była z nim tak blisko i która kopiowała jego nuty, nie wiedziała, czy był to akurat dzień, kiedy robił manicure, czy pisał genialną muzykę. Aż do dwunastej nikomu nie wolno było przeszkadzać. W południe siadywał z matką na tarasie, by wspólnie wypić kawę, którą wcześniej sam mełł i parzył – najczęściej tę, przysłaną przez nas z Norwegii. Po przerwie znów zamykał się w pracowni, potem schodził tylko na obiad. Poświęcał pracy całe dnie.

 

Miał bardzo dokładnie zorganizowany warsztat pracy. Nigdy nie miał problemów z odszukaniem w stercie papierów czegokolwiek, co było mu akurat potrzebne. Pamiętam, że kiedy skończył IV Symfonię zadzwonił do mnie i zaproponował wspólną kolację. Podjechaliśmy więc samochodem pod dom rodziców, by ich zabrać. Kiedyśmy wychodzili, powiedział: „A wiesz, w ostatniej chwili zupełnie zmieniłem zakończenie”. Zaimponował mi tym – nawet przy tak wielkiej systematyczności i skrupulatności, nie stracił świeżego spojrzenia na swoją pracę.

 

G.B.: Pamiętam telefon Witka po napisaniu IV Symfonii. Powiedział: „No, skończyłem. Idziemy świętować!”. Poszły z nami wszystkie trzy córki. Byliśmy razem we włoskiej restauracji w centrum Oslo. Sandra zaczęła bardzo zabawnie opowiadać historie o swoich chłopakach. Witek śmiał się wówczas tak głośno, że w pewnym momencie spostrzegliśmy, że w całej restauracji zapadła cisza i wszyscy na nas obserwują. Był to najserdeczniejszy i najgłośniejszy śmiech, jaki kiedykolwiek słyszałam.

 

M.B.: Przywiązywał wielką wagę do wszystkich swoich wypowiedzi. Dłuższy czas namawiałem go, by zatrudnił sekretarkę, na co nigdy się nie zgodził. Nadal sam prowadził całą gigantyczną korespondencję. Wynikało to z chęci jak najbardziej precyzyjnego wyrażania swoich myśli. Do odpisywania na listy nie dopuszczał nawet matki, która pomagała mu przecież we wszystkich innych zajęciach. 

 

Stosunek ojczyma do odbiorców sztuki był bardzo szczególny. Podkreślał, że nigdy nie kieruje się gustem odbiorcy, że wyraża tylko to, co sam chce wyrazić. Uważał, że jest to najszczerszy z możliwych sposób postępowania twórcy. Jednocześnie bardzo interesował się słuchaczami swojej muzyki. Jednak nie chodziło o to, czy jego muzyka odnosi sukcesy. Wynikało to raczej z bardzo poważnego traktowania odbiorców – martwił się, iż ktoś mógł stracić czas na słuchanie czegoś, co wcale do niego nie przemawiało.  

 

Mąż i żona

G.B.: Witek i Danusia stworzyli bardzo wyjątkową relację. Byli niezwykle sobie oddani. Oboje cały czas troszczyli się o siebie nawzajem. Zwykle podobnie myśleli, a jeśli zdarzały się jakieś różnice, Danusia szybko przyjmowała jego punkt widzenia, bo Witek miał niebywały dar przekonywania (śmiech). Rzadko zdarzają się takie pary.  

 

M.B.: Byli znakomicie dobrani. Ojczym był tytanem pracy, dlatego miał mało czasu, który mógł poświęcać rodzinie. Na ogół rodzi to poczucie winy. Na szczęście matka nie dawała mu do tego powodów. Była przyzwyczajona do takiego życia rodzinnego, bo jej ojciec również dużo pracował. Ja także rozumiałem jego wybór. Jednocześnie matka zapewniała ojczymowi komfort – starała się, by nie był narażany na nadmierne zainteresowanie innych ludzi lub mediów. Ułatwiała mu życie we wszystkich sprawach praktycznych. Ojczym był silnym człowiekiem i mocno wierzył w swój talent. Miał jednocześnie delikatną konstrukcję psychiczną. Jeden telefon mógł zepsuć mu cały dzień pracy. Ta para pasowała do siebie charakterami i stosunkiem do takich pojęć, jak sukces. Ów sukces, w powszechnym rozumieniu tego słowa, ojczyma w ogóle nie interesował. Chciał po prostu wykorzystać maksymalnie swój talent.

 

G.B.: To było dwoje ludzie szalenie skromnych i niezwykle mało wymagających od życia. Zadowalało ich minimum. Byli zawsze zadowoleni. Niezależnie od warunków, w jakich przyszło im żyć, nigdy nie słyszałam najmniejszego narzekania. Jedyna rzecz, na którą zdarzało się utyskiwać teściowi, to był hałas i wszechobecna – w windach, sklepach, restauracjach – muzyka.

 

M.B.: Staś Dygat powiedział, że kiedy Witek wyjeżdża, matka jest jak wyłączona lodówka. Rzeczywiście, całkowicie traciła ochotę na jakąkolwiek aktywność.

 

G.B.: Tworzyli nierozerwalną całość. Kiedy Witek umarł, Danusia nie chciała dłużej żyć. Parę dni po pogrzebie pojechaliśmy z nią i dziećmi na cmentarz. Witek został pochowany obok grobu Witolda Rowickiego. Danusia spojrzała na daty życia i śmierci Rowickich i powiedziała: „Jakie szczęście miała Elżbieta, żyła tylko cztery miesiące dłużej od swego męża”. Jak się miało okazać, Danusia przeżyła Witka tylko o dwa… 

 

Autorytet

M.B.: Mój biologiczny ojciec, Jan Bogusławski, był wybitnym architektem, profesorem na wydziale, którego i ja byłem studentem. Po całym dniu wykładów i ćwiczeń zwykle szedłem jeszcze na zajęcia do ojca. Właściwie to on uczył mnie architektury. Przekazał mi całą swoją wiedzę. Ojczym zaś kształtował mnie jako człowieka. To, czego się nauczyłem we wszystkich innych dziedzinach życia, zawdzięczam właśnie jemu. Zacząłem nawet zachowywać się tak jak on, przejąłem od niego zwłaszcza sposób mówienia. Na szczęście fizycznie byłem na tyle podobny do ojca, że nie było wątpliwości, czyim jestem synem (śmiech).

 

Witek był najbardziej „correct” człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. Był niezwykle konsekwentny. Nie mogę sobie przypomnieć ani jednego momentu, kiedy by nie miał racji. Miał bardzo spokojny, ostrożny sposób mówienia, nigdy nie pozwalał sobie na uniesienia, był całkowicie opanowany. Monolit, potęga. Miał na mnie ogromny wpływ. Darzyłem go ogromnym zaufaniem, a on nigdy nie mnie zawiódł.

 

Agata Kwiecińska i Barbara Schabowska (Program 2 Polskiego Radia), opracowanie – Piotr Matwiejczuk

 

Rozmowa była emitowana na antenie Programu 2 Polskiego Radia, nie jest autoryzowana.