Wydanie: MWM 09/2013

Póki sił i głosu starczy

Article_more
O dziwo, nawet uczenie się nowych ról nie przychodzi dziś z większym trudem niż kiedyś. Muszę tylko być czujna, bo najwyraźniej moja pamięć podzieliła się teraz na prywatną i służbową. W prywatnej czasem się coś odgryzie. Najczęściej nazwisko czy jakaś nazwa. To co zawodowe, konkretne, nieodwołalne i na papierze, jest w mojej głowie jakoś bardziej uporządkowane.

Maciej Łukasz Gołębiowski: Wiem, z jakiego domu pani pochodzi, dlatego trudno zacząć tę rozmowę inaczej, jak od pytania, dlaczego nie została pani muzykiem?

Barbara Krafftówna: W domu faktycznie muzyka była częstym i miłym gościem. Mama miała słuch absolutny, prawdziwą komputerową aparaturę w głowie i duszę artystki. Grała na skrzypcach i śpiewała. Po niej miałam to, co do śpiewania potrzebne – dźwięczny głos, z natury ustawiony, choć w okresie młodzieńczym niestety malutki jak u myszy. Dużo musiałam potem pracować, by słychać mnie było ze sceny nie tylko w pierwszym rzędzie.

 

Kto panią uczył?

Profesor Adam Ludwig, znakomity śpiewak, solista Opery Lwowskiej, reżyser i pedagog. Razem z żoną, też śpiewaczką, Wandą Heinrich, tworzyli wspaniały duet pedagogiczny i ciepły dom, do którego kochałam chodzić i tam nauczyłam się tajników warsztatu śpiewającego artysty. Profesor uczył też Marię Fołtyn i kształtował jej talent głosowy.

 

Grała pani na jakimś instrumencie?

Przyuczano mnie do fortepianu. Jako mała dziewczynka ćwiczyłam grzecznie palcówki. Nie zdążyłam jednak pomyśleć o karierze muzyka, gdy wybuchła wojna i wszystko się skończyło. Po wojnie wszystko próbowało się nadrabiać w podwójnym tempie, mocno, intensywnie. Był w nas wszystkich ogromny głód. Głód ciszy, snu, głód na talerzu. Głód normalności po prostu.

 

Pamięta pani swój pierwszy publiczny występ śpiewany?

Bardzo dobrze pamiętam. To było w Gdyni, w pierwszym sezonie Teatru Wybrzeże, założonego i prowadzonego przez Iwo Galla. Pani Gallowa organizowała wtedy w słynnej kawiarni Fangrata przy gdyńskim Skwerze Kościuszki serię poranków literackich i koncertów estradowych. Tam po raz pierwszy wystąpiłam jako śpiewająca aktorka, wykonując poważny estradowy repertuar. Jeździliśmy także ciężarowym samochodem pod plandeką w teren w promieniu stu kilometrów od Trójmiasta. Wszędzie, gdzie udało się znaleźć nie do końca rozstrojone pianino, dyrektor Iwo Gall organizował wieczory poezji i muzyki dla miejscowej ludności. Tak się docierało ze sztuką do narodu.

 

Czym różni się występ estradowy od pracy aktora na dramatycznego?

Estrada wymaga kontaktu z widzem, umiejętności wciągania go, „wsysania” w spektakl. Taki występ ma w widzu obudzić pytania, pozostawić go z niedosytem. Rola muzyki jest tu ogromna. To ona potrafi w publiczności obudzić takie emocje, o które nikt by siebie nie podejrzewał. Scena teatralna wymaga natomiast tzw. czwartej ściany. Gramy tak, jakby widzów nie było, choć przecież wiemy, że są. To bardzo finezyjny układ. Dostaje się w ręce wielką masę żywej materii, do której musimy dotrzeć. Na każdym przedstawieniu widz ma dostać zgrabną, spójną kompozycję takich elementów jak tekst sztuki, koncepcja reżysera, wizja scenografa, pomysł kostiumologa itd. Na tej podstawie powinien móc sobie wyrobić własną opinię i gust.

 

Śpiewająca Barbara Krafftówna to przede wszystkim Kabaret Starszych Panów. Jak tam pani trafiła?

Wszystko zaczęło się w radiu. Wasowski i Przybora byli radiowcami z krwi i kości, a i ja stamtąd prawie nie wychodziłam. Najpierw w Gdańsku, a właściwie we Wrzeszczu – Gdańsk był w gruzach, potem w Warszawie. Z tamtych czasów moje szczególne wspomnienie dotyczy sprzętu na którym pracowaliśmy. Mikrofony były tak nieczułe, że nie można było ani o pół centymetra odchylić ust od miejsca, gdzie dobrze zbierały głos. Celowaliśmy w punkcik, żadnej innej ekspresji poza głosem nie mogliśmy mieć. Staliśmy jak mumie mając nadzieję, że jako tako nas słychać. Wszystko szło przecież na żywo.

 

Jak ocenia pani dzisiejszą muzykę popularną?

Jesteśmy od pół wieku świadkami takiego czasu w historii muzyki, którego nigdy nie akceptowałam i nie zaakceptuję. Kojarzy mi się to po prostu z chorobą. Nigdy bym nie przypuszczała, że od pół wieku ludzie będą słuchać niemal wyłącznie łupania. Niemal bez dźwięku, bez melodii, a i w słowach bez treści, które powtarzają się po dwadzieścia razy. Czasem słuchając radia orientuję się nagle, że chyba zacięła się im płyta, a może taśma? Może zemdlał ten, co siedzi przy konsolecie? Kocham cię, pada deszcz... pada deszcz, kocham cię... kocham cię, kocham cię, pada deszcz. I tak w kółko! Nie rozumiem jak można robić z publiczności i z siebie idiotów?! A do tego te śpiewające wyjce w ogóle nie dbają nawet o własne gardło. Wrzeszczą jakby ktoś im wyrywał paznokcie. To musiało przyjść od jakiś dzikich ludów, albo od padających w malignie narkomanów, którzy wydają z siebie nieartykułowane charkoty. Nagrywa się to wszystko z użyciem najnowszej techniki. Nie trzeba czysto, nie trzeba wyraźnie. Resztę i tak zrobi komputer.

Naprawdę nic nie jest warte uwagi?

Prawie nic. Owszem, nawet w tej masowej produkcji bywają przebłyski talentu, ale niestety mało twórcze. Teraz hitem stał się stary przebój Petersburskiego wygrzebany z archiwum Ty, albo żadna. Dołożono do niego trochę łomotu i to nazywa się nową aranżacją. Na pocieszenie można powiedzieć, że jednak taki produkt już choć trochę przypomina „śpiewanie”, bo jest melodia i jakaś treść. A jednak smutno, że zamiast stworzyć coś nowego, grzebie się w starociach. Czy naprawdę aż tak została przytępiona wrażliwość twórców i publiczności, że nie możemy doczekać się końca tego marazmu? Chętnie bym jeszcze gdzieś pośpiewała. Czekam, wyglądam, żyję nadzieją. Że pojawi się nowy Przybora, nowy Młynarski, nowy Wasowski i nowy Pietrzak. Wtedy jestem do dyspozycji, póki sił i głosu starczy.

 

W słynnym walcu Embarras żaden komputer nie musiał pani poprawiać, ale jakoś tak się stało, że dziś niewielu kojarzy ten utwór z jego pierwszą wykonawczynią. Łatwo pani przyszło oddać go Irenie Santor?

Pierwsze kabarety w telewizji nie były w ogóle rejestrowane. Grało się premierę, szło to w eter i kropka. Jednym dowodem występu były zachowane teksty i nuty oraz nagrania radiowe. Telewizja długo nie nagrywała naszej pracy. Po moim pierwszym występie nie było więc śladu. Za to Irena Santor, ówczesna wschodząca gwiazda, gdzieś tę piosenkę usłyszała i zachwyciła się. Wkrótce ją zaśpiewała, nagrała w radio, włączyła do repertuaru i tak już zostało. Owszem, na początku była z tym pewna aferka, bo nikogo nie spytała o zgodę, ale przeprosiła, więc wszystko zostało wyjaśnione i załagodzone. Starsi Panowie byli kulturalni, ja ugodowa, a walc zaśpiewany pięknie. Na wiosnę tego roku odbył się festiwal muzyczny we Wrocławiu, poświęcony twórczości Jerzego Wasowskiego. Ponieważ miałam zaśpiewać walca, moim życzeniem i warunkiem wobec organizatorów i reżysera Pawła Miśkiewicza było wyjaśnienie publiczności, że nie śpiewam nagle piosenki Ireny Santor, tylko swoją z repertuaru Kabaretu Starszych Panów.

 

Po Starszych Panach był Kabaret Pod Egidą. Inny, ale też niezwykły i też rozśpiewany.

Gdy Pietrzak zgłosił się do mnie, nie od razu przyjęłam propozycję. Miałam wątpliwości, czy ten styl jest mi bliski i czy się tam sprawdzę. Szybko jednak wątpliwości zostały zupełnie rozwiane. Ten kabaret tworzyli ludzie prawdziwej ówczesnej awangardy. Niezwykła, cudowna mozaika talentów, które zamiast z sobą konkurować, tworzyły wspólne dzieło, choć każdy na swój sposób. Był Pietrzak ze swoją twardą rzeczywistością, był trafiający nawet do niepiśmiennych Rosiewicz, był Stanisławski, Kreczmar, Kofta. Wszyscy spotykali się wieczorami na tej wspólnej estradce. Takiej małej, że stojąc i śpiewając, trzeba było uważać, by nie nadepnąć ręki jakiegoś widza, który akurat tam się wcisnął. Dla wykonawcy była to sytuacja tyleż trudna, co fascynująca. A do tego mieliśmy stałą pomoc samych autorów, gdyby ktoś zapomniał tekstu. To sprawiało, że czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mimo ciągłego zmęczenia. Do kabaretu przyjeżdżałam często prosto ze spektaklu, ledwo zdążyłam zmyć makijaż i przebrać się, a już był mój czas wejścia na estradę. Ale to wcale nie przeszkadzało. Pamiętam, że po dzienniku o północy wpadał do nas często wspaniały Kazimierz Rudzki i na żywo relacjonował ostatnie wiadomości z telewizji dodając własny komentarz. Niepowtarzalny był to program.

 

Co na to cenzura?

Zakamuflowany cenzor był oczywiście obecny na każdym wieczorze. Musieliśmy też przed premierą dawać specjalne pokazy tylko dla cenzury. Graliśmy to przy pełnej sali urzędników, którzy po prostu szaleli, niemal spadali z krzeseł ze śmiechu. A na koniec słyszeliśmy – bardzo przepraszamy, ale to jednak nie może się ukazać. Co charakterystyczne, takie decyzje dostawaliśmy niemal zawsze wtedy, gdy się ich w ogóle nie spodziewaliśmy. Cenzura była szczególnie czujna, gdy mieliśmy gdzieś wyjeżdżać. Choćby do Sopotu, gdzie przez kilka lat graliśmy cykliczne dwutygodniowe programy, albo gdy mieliśmy jechać na festiwal do Opola. Zapowiedziano wtedy, że wszystko dobrze, ale Sztuczny miód Agnieszki Osieckiej musimy skreślić z repertuaru. Pietrzak się postawił, powiedział, że bez tej piosenki w ogóle nie jedziemy. Albo całość, albo nic. Po pertraktacjach jakoś się zgodzili. Pojechaliśmy. Odbyła się próba generalna, był prawie cały amfiteatr ludzi, wszystko zaśpiewałam bez problemu. Przyszedł wieczór premiery. Stoję przy wejściu na estradę, już się przeżegnałam i mam wchodzić. W tym momencie czuję, że unoszę się nad ziemię. Z obu stron biorą mnie pod łokcie dwaj rośli panowie i nóżkami machając jestem wyniesiona zza kulis. Grzecznie przeprosili, niemal zasalutowali, ale wyjaśnili, że musieli tak zrobić. Wyrośli dosłownie spod ziemi. Nikt się nie spodziewał. Nikt nawet nie przypuszczał, że mogą być do tego zdolni. I tak nie zaśpiewałam w Opolu Sztucznego miodu. Niestety.

 

Zapewne poznała pani także muzyków klasycznych. Ktoś utkwił w pani pamięci szczególnie?

Lutosławski. Trudno naszą znajomość nazwać jakimiś stałymi kontaktami, nie było zresztą ku temu okazji. Bliska przyjaźń z kimś, kto siedzi dwadzieścia cztery godziny i tworzy, nie jest łatwa. Zderzaliśmy się jednak ze sobą i zawsze były to spotkania wyjątkowo ciepłe i emocjonalne. Pamiętam gdy przyjechał z żoną do Los Angeles na swój koncert. Tam się za kulisami spotkaliśmy. Trwały próby, było potworne zmęczenie, niedawna podróż, perspektywa poważnego występu. A jednak pamiętam z tego czasu coś zupełnie innego – zwarcie się w serdecznym uścisku, tę atmosferę, ten księżyc nad nami. W tych kilku chwilach zostało zawarte dosłownie wszystko, co chcieliśmy sobie wtedy przekazać. Okazało się, że niepotrzebne są lata wspólnej pracy, by się poznać i zaprzyjaźnić. Bywa tak, że ludzie ze sobą pracują pół życia i mimo to są dla siebie jakby za szybą. Nam wystarczyło pięć minut raz na kilka lat.

 

Jaki był Witold Lutosławski?

Bardzo nieskomplikowany, ale jednocześnie sprawiał wrażenie, że działa jakby na dwóch rejestrach jednocześnie. Tu sobie rozmawia, jest kontaktowy, serdeczny i zaangażowany w rozmowę, a tam w głowie cała filharmonia pracuje mu dzień i noc, bez przerwy. Żył na styku dwóch światów i to się dało odczuć w każdej chwili z nim spędzonej.

 

Nasza rozmowa ukaże się w czasopiśmie wychodzącym we Wrocławiu. To miasto jest pani chyba szczególnie bliskie?

Lata spędzone we Wrocławiu, to był bardzo ważny czas mojej egzystencji tak prywatnej, jak zawodowej. To miasto, choć mocno doświadczone przez wojnę, było jednak mniej zniszczone niż Warszawa. Gdy nastał pokój, szybko stało się ważnym ośrodkiem kultury. Trzy lata na tamtej scenie były dla mnie prawdziwą przygodą i szkołą życia. Tam także uczyłam się śpiewać.

 

W tym roku obchodzi pani osiemdziesiąte piąte urodziny, niedawno odbył się huczny benefis, ciągle pani gra i śpiewa. Czy kiedyś będzie czas na prawdziwą, zasłużoną po wielokroć emeryturę?

Póki głowa pracuje i steruje sprawnie ciałkiem, nie chcę rozstawać się ze sceną. O dziwo, nawet uczenie się nowych ról nie przychodzi dziś z większym trudem niż kiedyś. Muszę tylko być czujna, bo najwyraźniej moja pamięć podzieliła się teraz na prywatną i służbową. W prywatnej czasem się coś odgryzie. Najczęściej nazwisko czy jakaś nazwa. To co zawodowe, konkretne, nieodwołalne i na papierze, jest w mojej głowie jakoś bardziej uporządkowane. Poszczególne rodzaje pamięci – wzrokowa, słuchowa, ruchowa, wzajemnie sobie pomagają i jak dotąd czynią to na szczęście skutecznie.

 

Rozmawiał Maciej Łukasz Gołębiowski

 

Barbara Krafftówna – jedna z najbardziej charakterystycznych aktorek teatralnych i filmowych, artystek estradowych i kabaretowych w powojennej Polsce. Z wielkim powodzeniem występowała w teatrach Łodzi, Wrocławia i Warszawy. Stworzyła wybitne role w filmach Wojciecha Jerzego Hasa, Leonarda Buczkowskiego, Andrzeja Wajdy, Kazimierza Kutza, a także w popularnych serialach. Jest legendą polskiego kabaretu; stworzyła niezapomniane interpretacje piosenek Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory.