Wydanie: MWM 09/2013

Capitalny Capitol

Article_more
Nie wiemy, czy studniarz Wolf lubił muzykę, ale to na jego parceli przy Gartenstrasse wzniesiono w 1929 roku Capitol – najbardziej luksusowy kinoteatr we wschodnich Niemczech. Otwarcie było głośne, orkiestra zagrała Jubel-Ouvertüre Webera, a później dr Hans Lüdtke zaprezentował wspaniałe możliwości organów zamontowanych na scenie. Po 68 latach Capitol wraca do dawnej świetności.

Udała mu się sztuka niezwykła. Zachował wszystko co najlepsze z przeszłości, wdzięk i blichtr szalonych lat dwudziestych, a jednocześnie dostał przyszłość – nowy budynek, nową scenę, nowe technologie. W papierach urzędników unijnych ten awans został nazwany prozaicznie „przebudową oraz modernizacją teatru”, ale Capitol po prostu lubi błyszczeć, więc jego powrót do statusu gwiazdy musiał kiedyś nastąpić.

Nic dziwnego, skoro kinoteatr wybudowano przy ulicy będącej przykładem awansu w stylu amerykańskim. Gartenstrasse czyli Ogrodowa (dziś Piłsudskiego) dopiero w XIX wieku dostała swoją szansę, ale znakomicie ją wykorzystała! Z polnej, wiecznie błotnistej drogi dla „kapuściarzy” (jak nazywano właścicieli okolicznych gospodarstw ogrodniczych) stała się w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat pryncypalną ulicą miasta. Głównie dzięki dworcom. Zyskała na randze z chwilą otwarcia w 1842 roku Kolei Górnośląskiej. Z dworca przy Flurstrasse (dziś Małachowskiego, przychodnia kolejowa) pierwszy pociąg wyruszył 21 maja 1842 roku o 11:15. W wagonikach czerwonych rozsiedli się posiadacze biletów pierwszej klasy, a w zielonych (bez dachu) obywatele, którzy wykupili bilet trzeciej klasy. Podróżni po 43 minutach wysiedli na dworcu w Oławie. Rok później otwarto dworzec Kolei Świebodzkiej (nie zachował się – istniejący do dziś budynek pochodzi z lat siedemdziesiątych XIX wieku), w 1844 roku wybudowany został dworzec Kolei Dolnośląskiej (dziś pl. Orląt Lwowskich), a w 1857 roku parowóz odjechał z Dworca Głównego.

W XIX wieku kolej była wielką atrakcją, więc piękne damy i czcigodni panowie odwiedzali Gartenstrasse, aby popatrzeć na pióropusze dymu i pary (po drodze zaś zatrzymywali się w kawiarniach i restauracjach – przy dworcu Górnośląskim wybudowano szklany, ogrzewany zimą pawilon, gdzie gościom przygrywało trio, a za dworcem Świebodzkim otwarto jeden z najokazalszych lokali miasta). W wieku XX pociąg do pociągu zdecydowanie osłabł, jednak Gartenstrasse miała już nowy wabik: trzy kina. Capitol był najwspanialszy. Gdy otwierano go w lutym 1929 roku, na Gartenstrasse zjechała się cała śmietanka towarzyska Wrocławia. Miał być nie tylko kinem, lecz także siedzibą teatru, rewii i variétés, więc publiczność najpierw podziwiała na scenie tenora Maksa Kaplika z Metropolitan Opera i tancerkę ze Staatsoper w Berlinie, Elisabeth Grube, a potem obejrzała film Der Kampf um Matterhorn. W przerwach rozkoszowała się przepychem wnętrz nowego kina-teatru. 

Spółka Schauburg AG, do której należał Capitol, wiedziała, jak widzów oszołomić. Projekt budowli wykonał znany berliński architekt Friedrich Lipp, twórca m.in. stołecznego kina Atrium. Wystrojem wnętrz zajął się architekt Paul Siemers, pracami rzeźbiarskimi kierował Otto Kurth, a architekt Gustav Wolf, profesor wrocławskiej Szkoły Rzemiosł, współpracował przy opracowaniu urządzeń technicznych kina. Natomiast dekoracje malarskie, pozłacanie ścian widowni, holów i foyer było dziełem berlińskiego Atelier Fricke, specjalizującego się w malowaniu teatrów i kin. Sala kino-teatru, mogąca pomieścić 1200 widzów, atakowała wzrok feerią kolorów. Ściany i sufity ozdobiono geometryczną dekoracją ze srebrnej folii, na którą laserunkowo naniesiono farbę. Pod wpływem światła czterobarwnych lamp wnętrze kina zamieniało się w bajkowy pałac. Widownię poprzedzał szeroki hol z bufetem i garderobą. Za 

rzędami foteli w kolorze głębokiej czerwieni znajdowały się loże, a nad nimi balkon z balustradą w odcieniu masy perłowej. Mieniący się złotem sufit zdobiły dwie pozorne kopuły z ukrytym oświetleniem, a scena została zasłonięta trzema jedwabno-welurowymi kurtynami w kolorze złota, tycjanowskiej czerwieni i czerni.

Capitol nie tylko zdumiewał widzów bogactwem wystroju, lecz także budził podziw doskonałą akustyką i wyposażeniem technicznym. Na pulpicie dyrygenta zostały zamontowane aparaty telefoniczne i sygnalizacja ułatwiająca kontakt z kierownikiem sceny, iluminatorem i operatorem wyświetlającym film. W piwnicy stała wanna zapachowa, przez którą przechodziło powietrze wdmuchiwane do sali, więc nie tylko oczy i uszy widzów były zajęte kontemplowaniem sztuki. Nosy też.

To hedonistyczne cudo bardzo wyróżniało się w zabudowie ulicy. Po pierwsze, wysokością – półtorej kondygnacji więcej niż sąsiedzi. Po drugie, ekspresjonistyczną formą, ostro kontrastującą z historyzującymi fasadami niemal całej Gartenstrasse. Wspaniale wyglądała elewacja frontowa z witrynami sklepu i wejściem głównym do kina. Wyłożono ją płytkami z glazurą złoconą amalgamatem, która pod wpływem reklam świetlnych dawała oszałamiające efekty kolorystyczne. Notabene, oświetlenie zamontowane na potrzeby Capitolu zaspokoiłoby potrzeby dwudziestotysięcznego miasteczka, ale gwiazda błyszczeć musiała. Z sukcesem, skoro ówczesne przewodniki nazywały Capitol najpiękniejszym kinoteatrem Europy.

Blask przygasł w czasie oblężenia Festung Breslau, teatr stracił fronton i kilka pięter, reszty dopełniła „modernizacja”(w 1956 roku usunięto pierwotną kolorystykę, a wnętrze pomalowano temperami). Na szczęście udało się odwrócić to dzieło zniszczenia. Operacja zaczęła się w 2011 roku, we wrześniu się oficjalnie skończyła, Capitol znów błyszczy. Renowacją zachowanej zabytkowej części zajęła się architekt Anna Morasiewicz (znakomita specjalistka, to dzięki niej wnętrze Opery Wrocławskiej znów zachwyca, a kamienica Pod Podwójnym Złotym Orłem na Kurzym Targu wygląda jak w czasach Habsburgów) i zdołała cofnąć czas. Efektu nie da się opisać, trzeba zobaczyć: ściany pokryte płatkami srebra i złota, czarne i perłowe lastriko na schodach (tak spostponowane w czasach PRL-u, a tak efektowne jeśli zrobi je mistrz), wykładzina dywanowa w miedziano-złote wzory, robiona na indywidualne zamówienie we Francji, hebanowe gabloty w holu kasowym. Nawet numerki w szatni – metalowe, polerowane, żeby wyglądały jak nikiel – zostały zaprojektowane w stylistyce lat trzydziestych. Jest ich 1200, potrzeba było aż trzech mężczyzn, żeby przynieść je do szatni.

Nowy budynek teatru zaprojektowała krakowska pracownia KKM Kozień Architekci i sukces odniosła jeszcze zanim ich dzieło zobaczył cały Wrocław – autorzy zostali uhonorowani nagrodą Projekt Roku 2005 przez krakowski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich „za trafne rozwiązanie przestrzenne w trudnej lokalizacji śródmiejskiej oraz uzyskanie harmonijnego powiązania istniejących obiektów z nową strukturą architektoniczną”. W przełożeniu na język polski znaczy to mniej więcej tyle, że pięciokondygnacyjny gmach z przeszkleniem w elewacji frontowej jest jak „arka przymierza między dawnymi i młodszymi laty”: dodaje urody ulicy Piłsudskiego, jest oryginalny, choć nawiązuje do dawnej fasady kinoteatru i jednocześnie bez zgrzytów łączy się z zabytkową częścią. Ale w tej zabytkowej części daje szansę na artystyczne szaleństwa: scena została powiększona o istniejący za nią dziedziniec, jest głębsza, wyższa i pozwala na rozmach inscenizacyjny. Po prostu wygląda capitalnie.