Wydanie: MWM 09/2013

Piękny i bestia

Article_more
Frank Zappa i jazz niespecjalnie się lubili. Owszem, spotkali się przelotnie kilka razy, coś nawet razem nagrali, ale raczej nie zapałali do siebie wyjątkową sympatią.

Jazz podśmiewywał się z niedouczenia Franka i nie widział w jego kompozycjach nic na tyle ciekawego, aby po nie sięgnąć. Frank odpłacał się pięknym za nadobne, nie szczędząc jazzowi swoich słynnych kąśliwych uwag. „Jazz nie umarł. Zaczął tylko dziwnie pachnieć” – w swoim stylu podsumował Zappa zagadnienie, które krytycy jazzowi roztrząsali od dekad. Po takim afroncie jazz zaczął wyniośle ignorować dokonania rockowego wariata, a i Zappa też zmienił obiekt drwin i złośliwości.

 

Wcześniej wielokrotnie Frank zarzucał występującym w jego zespołach muzykom jazzowym granie, za przeproszeniem, „solówek tryskających” (co zresztą nie przeszkadzało mu bardzo chętnie ich zatrudniać). Wieloletni skrzypek Zappy, Jean-Luc Ponty odgryzał się mówiąc, że Frank miał kompleksy spowodowane brakami w wykształceniu w zakresie harmonii funkcyjnej. Podobno faktycznie gitarzysta nie lubił Charliego Parkera, „wynalazcy” nowoczesnego jazzu z całą jego harmoniczną maestrią. Z drugiej strony wczesna kompozycja Zappy America Drinks and Goes Home jest niczym innym, jak wyjątkowo wysublimowanym ćwiczeniem z typowej dla jazzu progresji akordowej: II–V–I. W modalnym klasyku Franka – utworze King Kong – słychać echa wcześniejszych eksperymentów Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Pod koniec lat sześćdziesiątych z wielką przyjemnością prowadzony przez Zappę zespół The Mothers of Inventions okazjonalnie zapraszał na estradę freejazzowego saksofonistę Rashaana Rolanda Kirka. Zappa jest przecież Zappą – skłonność do paradoksu, niechęć do arbitralnych rozwiązań i wpisana w poruszanie się po świecie XX wieku niekonsekwencja są – być może – jego najważniejszym przesłaniem.

 

Jak wiadomo, Zappa był jednym z najwspanialszych parodystów w historii muzyki. Ciekawe, że choć nielitościwie naigrawał się z wszystkich stylów (od muzyki doo woop, przez rocka psychodelicznego, hard rock po heavy metal i reggae) oraz rockowych gwiazd (od Boba Dylana po Led Zeppelin), to jakimś cudem oszczędzał jazz. Wyjątkiem – ale tylko w warstwie słownej – jest słynny Eric Dolphy Memorial Barbecue: zjadliwa szpila wbita wytwórniom muzycznym żerującym na śmierci dopiero co zmarłego jazzmana, którego zresztą Zappa bardzo cenił. Nawet w latach osiemdziesiątych, kiedy publicystyczne powołanie Franka najczęściej brało górę nad samą muzyką, jazz służył mu jako artystyczne tworzywo, nie obiekt żartów.

 

Kiedy w początkach lat siedemdziesiątych Zappa powściągnął na chwilę swoją skłonność do muzycznych happeningów, nagrał kilka płyt, które wśród krytyków (nie tylko jazzowych) cieszą się wyjątkową atencją. Długie, rozbudowane kompozycyjnie i przede wszystkim zawierające sporo improwizacji utwory z płyt Hot Rats!, Waka Jawaka czy Grand Wazoo miały być – między innymi według znakomitego niemieckiego dziennikarza Joachima Ernsta Berendta – najwybitniejszymi osiągnięciami Zappy (jako najbliższe jazzowi). To rzeczywiście świetne albumy. Dziś widać jednak, że próbę czasu przetrwały na tych płytach przede wszystkim 

nieprzewidywalne, piętrowe, absolutnie niepodrabialne kompozycje. Zaś tak niezwykle brzmiące w rockowym zespole początku lat siedemdziesiątych solówki, ciągnące się w nieskończoność na tle nie tak przecież wysublimowanej gry sekcji rytmicznej dziś nie odbiegają wiele od dziesiątek jazzrockowych nagrań, jakie zostały nam po tej epoce. George Duke, Don Preston czy Sal Marquez może byli znakomitymi muzykami jazzowymi, ale nie byli jednak elektryzującymi improwizatorami na miarę najwybitniejszych liderów świata jazzu (wyjątki stanowią wspomniany Ponty – jeden z najwspanialszych jazzowych skrzypków w historii, perkusista Vinnie Colaiuta – pracujący z Zappą w latach osiemdziesiątych, który jednak zamienił później intelektualną muzykę Franka na aintelektualne fusion, i saksofonista Michael Brecker – który na płycie Zappa in New York zagrał być może jedną ze swoich najbardziej żarliwych improwizacji). Kryterium bliskości jazzu nie powinno być (choć bywa) kryterium jakości i wielkości.

 

 „Jazz jest muzyką nędzarzy” – powiedział raz Zappa. I mówił najzupełniej dosłownie, mając na myśli niski status materialny jazzmanów (ponoć wypowiedział te słowa, gdy zobaczył Duke’a Ellingtona – legendę jazzu – proszącego organizatorów festiwalu o dziesięć dolarów zaliczki). Znane są trudne relacje Zappy ze światem muzyki poważnej – godne odnotowania, ale jednak nie do końca udane mimo wsparcia Pierre’a Bouleza realizacje symfoniczne czy lekceważenie ze strony muzyków orkiestrowych, z którymi Frank współpracował. Zappa wprowadził muzykę rockową w dorosłość, ale jego ambicje na tym się nie kończyły: chciał być uznanym za „prawdziwego”, „poważnego” kompozytora. Te marzenia – przynajmniej na razie – nie zostały spełnione i choć nie sposób wyczuć u Zappy oznak zgorzknienia, nie krył swojego rozczarowania. Niezależnie jednak od wielu cierpkich słów, jakie Zappa wypowiedział pod jej adresem, klasykę niewątpliwie poważał. Za to jazz – jako konkretne środowisko, określone media, festiwale i organizacje – był ważny, o ile dostarczał mu sprawnych technicznie i elastycznych stylistycznie muzyków. Poza tym – mógł dla niego nie istnieć.

 

I wzajemnie. Liczba nagranych przed 2000 rokiem. jazzowych interpretacji utworów Franka jest znikoma. A gdy się wreszcie pojawiły, okazało się, że zinterpretować Zappę nie jest tak łatwo. Niezależnie od krytycznych uwag Ponty’ego o umiejętnościach Zappy, jego kompozycje są po prostu piekielnie trudne. Dziwnym trafem jednak muzykę największego rockowego ekscentryka wykonują najchętniej orkiestry. Może dlatego, że operując możliwościami brzmieniowymi big bandu najłatwiej można uzyskać ciekawy efekt bez ingerencji w misterną konstrukcję konkretnych utworów. Mimo to bez pewnej dozy dekonstrukcji, grane niemal w identycznym tempie, jak oryginały, utwory te bronią się jedynie… siłą geniuszu Zappy. Trudno zagrać je nowatorsko, ale trudno je również zepsuć. Można więc sięgnąć po płytę big bandu Eda Palermo Eddy Loves Frank z 2009 roku (Palermo twierdzi, że Frank Zappa jest jego Duke’iem Ellingtonem), grupę Riccardo Fassiego (Riccardo Fassi Tankio Band Plays the Music of Frank Zappa), posłuchać angielskiego zespołu Zappatistas (The Music of Frank Zappa Absolutely Live z 2001 roku) lub zasłużonego big bandu NDR w zappowskim programie czy też francuskiej orkiestry, chyba najlepszej z wymienionych, Le Bocal (Oh No!, Just Another Frank Zappa Memorial Barbecue!, 2004). W każdym przypadku otrzymujemy porcję solidnego, nowoczesnego bigbandowego jazzu, niestety pozbawionego większych wzlotów.

 

Owszem, możemy w jazzowych dyskografiach wyszukiwać zappowskie perełki: żartobliwy The Frank Zappa Memorial Bris grupy Hasidic New Wave, bezkompromisowe My Guitar Wants to Kill You Mama nowojorskiego zespołu EZ Pour Spout czy piękną miniaturkę Big Swifty Joce Mienniela. Wciąż jednak za najlepsze jazzowe albumy z muzyką Zappy musimy uznać te, które nagrali jego byli współpracownicy: odważne, freejazzowe odczytanie mniej znanych piosenek Zappy autorstwa pianisty Dona Prestona z płyty Transformations (2000) oraz przede wszystkim świetny, swobodnie traktujący wyjściowy materiał album King Kong, nagrany w 1970 roku przez Jean-Luca Ponty’ego, przy udziale… samego Zappy, który przygotował aranżacje.

 

Oczywiście można powiedzieć, że spuścizna Zappy jest wystarczająco bogata, żeby obejść się bez jazzowych interpretacji. Ja jednak ciągle mam nadzieję. Wierzę, że Zappa wciąż czeka na równego sobie szaleństwem geniusza, na swojego Zorna, który nagra mu jego The Big Gundown. Ależ to będzie płyta!