Wydanie: MWM 07/2012

Gdy dużego jest mniej, czyli problemy z czytaniem po polsku

Muzyka w książce
Article_more
Podczas niedawnego pobytu w Pradze w witrynie księgarni dostrzegłem tytuł "Johann Sebastian Bach" – tę samą książkę Christopha Wolffa, która w Polsce ukazała się nakładem malutkiego, debiutującego wydawnictwa Lokomobila. U nas publikacja jej była więc dziełem zapaleńców, zrealizowanym w całości dzięki idée fixe kilku osób. W Czechach wydawcą był Vyšehrad, oficyna duża, zasłużona i z wielkimi tradycjami. Praca Wolffa po prostu mieści się w ich profilu – zaspokaja ich ambicje.
 

Porównajmy możliwości zbytu: Polska ma 38 milionów mieszkańców, Czechy – 10,5 miliona. Nawet jeśli doliczymy 5,5 miliona Słowaków, liczba potencjalnych czytelników i tak osiągnie ledwie około 40 procent liczby potencjalnych czytelników w Polsce. Według różnych badań zainteresowanie muzyką klasyczną deklaruje od 1 do 4 procent naszych rodaków. Mało? Oczywiście, ale w liczbach bezwzględnych! To przynajmniej 380 tysięcy osób uważających się za miłośników muzyki klasycznej! Czy rozprowadzenie wśród nich standardowego dziś nakładu tysiąca egzemplarzy bardzo potrzebnej, nowoczesnej książki o postaci takiej jak Bach, jest zadaniem nieosiągalnym? Czechom udaje się sprzedawać rentowną ilość kopii w populacji trzykrotnie mniejszej!

 

W Polsce także nie jest to niemożliwe. Pełny nakład pierwszej (i jedynej) monografii Monteverdiego autorstwa Ewy Obniskiej jeszcze w 1993 roku rozszedł się na pniu, i to mimo wysokiej wówczas ceny (pamiętam, bo byłem na studenckim wikcie i nie zdążyłem kupić tej książki). Wydawcą miało być Polskie Wydawnictwo Muzyczne, jednak wycofało się, dostrzegłszy, że autorka potraktowała rzecz poważnie, a nie popularnie. Zarobili inni, inni też dostarczyli polskiemu czytelnikowi jedną z najbardziej brakujących pozycji.

 

Inni także biorą na warsztat dalsze rażące braki. Niestety – jako że owi „inni” to często wydawnictwa niewiele większe od Lokomobili – rządzi tu przypadek czy raczej osobiste zainteresowania poszczególnych przedsiębiorców. W związku z tym na pierwsze miejsce wysuwa się muzyka dawna, zdająca się najlepiej trafiać do współczesnego odbiorcy. Obok Bacha Wolffa – pozycji niezbędnej, bo weryfikującej przestarzałe faktograficznie prace (ponad stuletnią Alberta Schweitzera i pięćdziesięcioletnią Ernesta Zavarský’ego) – w Haendlowskim roku 2009 pojawiło się pierwsze dobre, współczesne, chociaż wciąż popularne omówienie Haendla (autorstwa Christophera Hogwooda, wyd. Astraia), następnie wnikliwa i poważna praca o Buxtehudem (również Astraia); wcześniej natomiast prowadzone przez filologa klasycznego wydawnictwo Homini dostarczyło nowoczesne i znakomite omówienia muzyki antycznej – podstawowe światowe pozycje z tego zakresu, których brak także był odczuwalny (choć z pewnością antyk nie jest tym, czego w pierwszym rzędzie szuka ktoś interesujący się muzyką).

 

Co ciekawe, małe, niezależne wydawnictwa uzupełniają naszą bibliografię wybranymi monografiami i niekiedy syntezami, natomiast inną rolę wzięły na siebie wydawnictwa uniwersyteckie: publikują nie tylko rozprawy naukowe polskich badaczy (czekamy np. na syntezę muzyki modernizmu i Młodej Polski autorstwa Marcina Gmysa), lecz także niekiedy i podręczniki akademickie. Spośród nich największą oficyną zajmującą się muzyką, która ma największe osiągnięcia, jest Musica Iagellonica. Opublikowana przez nią trzytomowa monografia życia i twórczości Karola Szymanowskiego wyróżniona została Nagrodą Długosza – nagrodą dla książek naukowych o znaczeniu epokowym (warto zauważyć, że np. wcześniej wyróżniona pozycja, ogromna praca Stanisława Mossakowskiego o kaplicy Zygmuntowskiej, wydana była przez krajowego potentata, PWN). Pikanterii tej publikacji przydaje fakt, że jej autorka, Teresa Chylińska, przez blisko pół wieku była redaktorem w PWM. Mimo to, rozpoczęta także przez nią, oczywiście w PWM, edycja korespondencji Szymanowskiego przeniesiona została kilka lat temu do wydawnictwa Musica Iagellonica.

 

MI ma na swoim koncie parę innych bezcennych pozycji – na czoło wysuwa się tu chyba Chopin w oczach swoich uczniów Jeana-Jacquesa Eigeldingera – fundamentalna praca źródłowa, podstawowa dla percepcji i recepcji Chopina. Obecnie bibliografię Chopinowską wziął na siebie Narodowy Instytut Fryderyka Chopina, można więc mieć nadzieję, że uzupełni ją nie tylko o prace bezpośrednio dotyczące twórcy mazurków, lecz także omówienia twórczości jego najbliższych kolegów – Liszta, Schumanna, Belliniego... Ten brak jest wyjątkowo dotkliwy.

 

Drugą zasłużoną już oficyną są Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego. W ich katalogu znajdują się tak cenne tytuły, jak Estetyka muzyczna Carla Dahlhausa (jednego z czołowych światowych muzykologów; mijają cztery lata, jak pomysł wydania jego monografii Beethovena zaginął w PWM-owskich szufladach), a także przygotowywana powoli, ale wzorcowo Korespondencja Chopina. Podobną rolę pełni też niezależne Słowo/Obraz Terytoria: rozpocząwszy chyba książką Stefana Riegera o Glennie Gouldzie, obecnie ma w katalogu antologię tekstów dotyczących estetyki muzyki XX wieku (Kultura dźwięku), bardzo muzyczną teorię sztuki Karola Bergera (Potęga smaku), pisma Michała Bristigera i operowe eseje Jeana Starobinskiego (Czarodziejki), a także np. źródłowe teksty Wagnera (Dramaturgia opery).

 

To wciąż jednak oazy na pustyni. 30 lat temu w PWM złożone zostało tłumaczenie jednej z podstawowych książek współczesnej muzykologii, The Classical Style Charlesa Rosena. „Już witał się z gąską” – tytuł pojawił się w zapowiedziach serii Biblioteca Res Facta – „kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopaną. Ani pomyśleć o wyskoczeniu!” Kolejne próby wydania tej książki (osobiście dopisałem jeden z aktów) zasługują na oddzielną, własną tragifarsę. Dodajmy, że Rosen zdążył napisać parę innych istotnych pozycji, a także uzupełnić i poprawić ów Styl klasyczny, korzyść więc może być taka, że jeśli ktoś wreszcie doprowadzi kiedyś rzecz do szczęśliwego finału, możemy dostać najlepsze ujęcie tematu. Szkoda, że spóźnione o kilka dekad.

 

Problem nie jest wyłącznie akademicki: brak pozycji tego kalibru widać nie tylko w polskiej muzykologii, ale w samym języku, jakim mówi się w Polsce o muzyce. Takie książki wpływają na sposób myślenia, są zatem nie tylko wydarzeniem środowiskowym, ale niezbędnikiem kulturowym. Przy okazji Rosen w pewnym stopniu nadrobiłby najbardziej spektakularną lukę w polskich wydawnictwach: do tej pory polski czytelnik nie ma żadnego w miarę kompetentnego omówienia twórczości dość znaczącej postaci, jaką był Ludwig van Beethoven. Przed laty udało się Mozartowi (Alfred Einstein), Bachowi (już 3 różne książki!), Haydnowi (Karl Geiringer), nawet Vivaldiemu (Michael Talbot!), a ostatnio też Haendlowi, jednak Beethoven wciąż ma wyłącznie samą biografię George’a Marka oraz szczęśliwie zapomnianą ideową broszurkę Stefanii Łobaczewskiej. O losach niemieckiej monografii Dahlhausa już wspominałem. Sam na co dzień korzystam przede wszystkim z książki Lewisa Lockwooda (wyd. Norton). Zarobili na mnie tylko Amerykanie i Anglicy. A nie zapominajmy też o Schubercie...

 

Równie dojmujący jest brak omówienia twórczości Schumanna czy Liszta (nie wystarczy stara synteza Einsteina, Muzyka w epoce romantyzmu, nawet jeśli wznowi się ją w nakładzie większym niż 100 – słownie: sto – egzemplarzy, co zrobiło parę lat temu PWM) – poza ich znaczeniem dla twórczości Chopina dobrze chyba pamiętać, że należą oni do grona najwybitniejszych romantyków. Trudno też mówić o muzyce autora nokturnów bez uwzględniania twórczości, w którą był zapatrzony, a to – obok stylu brillant – operowe bel canto. Skoro więc właściwie nie śpiewamy w naszych teatrach Belliniego, warto byłoby chyba przynajmniej móc o nim poczytać.

 

Ciekawie w polskiej bibliografii wygląda wejście w wiek XX: omówiony jest Ryszard Strauss, podobnie jak najważniejsi twórcy następnego pokolenia, Strawiński i Bartok. Natomiast drugi ojciec estetyki nowoczesnej, Debussy, podobnie jak młodszy nieco Ravel, mają jedynie parę przypadkowych tekstów (Debussy – kronika życia, dzieła, epoki Stefana Jarocińskiego i Ravel Vladimira Jankélévitcha). Niewiele lepiej ma się rzecz z ich brzmieniowym mistrzem, Musorgskim. A już kompletnie nie ma co wspominać o potężnym źródle dla imaginacji Musorgskiego – operowym teatrze Meyerbeera. Cóż jednak Meyerbeer, skoro główny bohater późnego romantyzmu, Ryszard Wagner, jest w sytuacji niewiele lepszej od Debussy’ego?

 

Jak nawodnić tę pustynię? Kiedy wreszcie ktoś zdecyduje się wziąć na siebie odpowiedzialność za stan polskiego rynku wydawniczego? Do tego nie wystarczy nawet coraz szersze grono małych wydawnictw, kładących na szale osobiste fundusze, niekiedy wręcz kredyty pod zastaw mieszkań. Oczywiście chwała im za to, bo co byśmy bez nich zrobili! Jednak, by zbliżyć się do Czechów, trzeba nam dużo więcej.