Wydanie: MWM 08/2014

Włodzimierz Szomański

We wspomnieniach Tadeusza Nestorowicza
Article_more
Włodzimierz Szomański był wokalistą, kompozytorem, pedagogiem, aranżerem, a przede wszystkim założycielem i członkiem Spirituals Singers Band – zespołu uważanego za najlepszą polską jazzową grupę wokalną. 1 maja 2014 roku artysta zginął w wypadku samochodowym. Wraz z zespołem jechał na koncert w Siedlcach. Wspomina go przyjaciel – Tadeusz Nestorowicz, śpiewak, trębacz, kompozytor, organizator wrocławskiego życia muzycznego.

Włodek był wielkim artystą, moim przyjacielem i gospodarzem „pełną gębą”. Zawsze marzył o domku poza Wrocławiem i marzenie to spełnił w Golińsku, ku uciesze nas, jego przyjaciół – przyjeżdżaliśmy tam przy każdej okazji. My, czyli Mirek Nienartowicz (dziś znany chirurg), ja i nasze rodziny. Choć Włodek miał mnóstwo znajomych, w trójkę trzymaliśmy się razem nieprzerwanie od czasów wspólnego śpiewania w Cantores Minores Wratislavienses. Byliśmy tam w jednym głosie – trzech tenorów. Spotykaliśmy się w Golińsku, gdzie artysta, powszechnie znany jako gwiazda estrady, miał traktor, maszyny, uprawiał warzywa i kwiaty. Jak nikt inny dbał o rodzinę, dom i gości. Dom stoi przy lesie, więc Włodek często chodził na grzyby. Lubił je zbierać, wiedział, gdzie rosną, które są dobre. Wszystkich nimi częstował, ale sam nie jadł. Gdy jechał do kogoś z wizytą, zazwyczaj zabierał słoiki z przetworami własnej roboty. Świetnie gotował, hołdował kuchni polskiej. Przez pewien czas był też właścicielem pizzerii. To chyba było w latach osiemdziesiątych, lokal znajdował się na ul. Wróblewskiego za Halą Ludową i muzyk-Włodek codziennie rano dowoził tam towar i doglądał interesu. W końcu jednak doszedł do wniosku, że pizzeria nie miała większego sensu i zamknął biznes. Natomiast w domu, na suto zastawionym stole zawsze królował żurek, golonka i tego typu potrawy.

Oczywiście w tej opowieści nie można pominąć jego żony Eli, osoby w życiu Włodka najważniejszej. Energiczna, zaradna, spiritus movens w życiu Włodka. Ona była jego życiowym menedżerem. To szkolna miłość, jeszcze z liceum muzycznego na Łowieckiej. Włodek z tamtych lat to chłopak z gitarą, zafascynowany Beatlesami. Pamiętam, jak wszyscy oczekiwaliśmy, aż Ela urodzi Olę. Czekaliśmy w domu, bardzo się wspomagając, w mieszkaniu stały duże pojemniki nalewki owocowej własnej produkcji. Ela była trochę „oporna”, więc gdy Ola przyszła wreszcie po paru dniach na świat, byliśmy już na powrót całkiem przytomni. 

Przy każdym spotkaniu – urodzinach, imieninach, na wakacjach – zawsze prędzej czy później zaczynaliśmy śpiewać: od motetów Bacha po Przepijemy naszej babci. Włodkowie mieszkali blisko szkoły muzycznej, do której chodziły dzieci każdego z nas, więc często wpadaliśmy do Szomańskich – zawsze kończyło się graniem na fortepianie. To znaczy Włodek grał perfekcyjnie, a my z Mirkiem rzępoliliśmy. Bywało, że brzdąkaliśmy wszyscy trzej naraz. Obok fortepianu stał kontrabas, po który ochoczo sięgałem, nie mając o grze zielonego pojęcia. W końcu Szomańscy uznali, że to już dosyć, i sprzedali instrument. Każde spotkanie, w którym uczestniczyły nasze żony, kończyło się odśpiewaniem Kołysanki Jana Maklakiewicza – dla naszych pań od nas trzech. A teraz zostaliśmy dwaj.

Od kilkudziesięciu lat spotykaliśmy się na urodzinach Włodka. Zawsze dawałem mu krawat, każdy inny, dostosowany do aktualnego wizerunku jego zespołu: srebrny, złoty albo zwykły na co dzień. Na wspólnych wakacjach mieliśmy mnóstwo przygód: a to kłopoty samochodowe, a to bytowe – Włodka nigdy nie opuszczała radość życia. Trudności były drugorzędne. Zwykle tryskał humorem, znał mnóstwo dowcipów. Na koncertach dobrze było widać, jaką miał wielką łatwość nawiązywania kontaktu z publicznością.

W społeczności wiejskiej w Golińsku Włodek otoczony był wielkim szacunkiem i poważaniem. Kiedyś, w trakcie naszego pobytu, przyszła akurat sąsiadka i zaczęła się rozwodzić nad gospodarzem: „Pan Włodek, jaki to wspaniały człowiek! Zaradny, pracowity, życzliwy...”. I nagle widząc, że obok stoi żona Włodka, zreflektowała się: „Nie no, pani Ela też, pani Ela też, ale pan Włodek…!”.

I niech tak zostanie: Ale pan Włodek…!

Notowała Joanna Michalska