Autor: Anna Skulska
Wydanie: MWM 08/2014

Wajnberg odkrywany

Wywiad z Danutą Gwizdalanką
Article_more
Znakomita muzyka Mieczysława Wajnberga po latach zapomnienia powróciła na estrady filharmoniczne i sceny operowe. W teatrach Bregencji i Warszawy można było oglądać jego Pasażerkę, na płytach dostępne są symfonie i kameralistyka w wykonaniach najlepszych światowych artystów. Ten polsko-żydowsko-rosyjski kompozytor doczekał się wreszcie monografii w języku polskim. Książka Danuty Gwizdalanki Mieczysław Wajnberg: kompozytor z trzech światów ukazała się na początku tego roku.

Anna Skulska: Muzyka Mieczysława Wajnberga, przez lata zapomniana, teraz przeżywa swój renesans. Czy historia wreszcie doceniła jego twórczość?

Danuta Gwizdalanka: Według mnie są dwie historie. Jedna to ta, której uczymy się z podręczników i uczymy innych. W gruncie rzeczy powinno się ją nazywać historią innowacji w muzyce. Znajdujemy tam nazwiska kompozytorów, których się prawie nie grywa, zwłaszcza jeśli chodzi o XX wiek, a przeciętnemu melomanowi są nieznane. Nie ma tam natomiast bardzo wielu nazwisk, które należą do popularnego repertuaru, bo ta druga historia to jest historia repertuaru, który polubili słuchacze i wykonawcy. Dam przykład takiego kompozytora, który rzadko pojawia się w publikacjach dotyczących historii muzyki pisanych z perspektywy innowacyjności, natomiast jest nieustannie obecny w salach koncertowych. To Siergiej Rachmaninow. Podobnie jak Richard Strauss żył w XX wieku i nie da się ukryć, że do tego stulecia należał. Zaś z punktu widzenia historyków muzyki należy do przeszłej epoki.

 

Jeśli chodzi o Wajnberga – nie był kompozytorem, który należałby do historii muzyki „innowacyjnej”, a równocześnie z różnych względów, także politycznych, nie miał szans na wejście do repertuaru popularnego. Co prawda jako jeden z kompozytorów żyjących w Moskwie miał znakomitych wykonawców, ale nie zapraszało się ich na przykład na koncerty poza granice ZSRR. Wajnberg nie miał poza zaprzyjaźnionymi muzykami żadnego sposobu na to, żeby zaistnieć w życiu koncertowym poza Rosją. W ten sposób został kompozytorem o znaczeniu lokalnym, chociaż każdy kompozytor życzyłby sobie takiego lokalnego znaczenia z takimi lokalnymi wykonawcami, jakich miał. Wspomnę Mścisława Rostropowicza czy Emila Gilelsa.

 

Tak naprawdę świat usłyszał o Wajnbergu w latach dziewięćdziesiątych, co było konsekwencją zainteresowania Szwedów jego muzyką. Byli to szwedzki muzykolog Per Skansk, wielki entuzjasta twórczości Wajnberga, i sędzia Tony Parsons, który zaprzyjaźnił się z kompozytorem i pomagał mu w wielu trudnych sytuacjach życiowych, na przykład wysyłał leki. W Szwecji powstało coś w rodzaju koła zainteresowania Wajnbergiem. Parsons nawet współfinansował wydanie cyklu płyt, które ukazały się na Zachodzie, ale w dużym stopniu były to przegrania z radzieckich albumów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W ten sposób krąg osób zainteresowanych muzyką Wajnberga powiększył się. To muzyka, która nie ma problemu z dotarciem do słuchaczy, ponieważ jest napisana – mówiąc najogólniej – w duchu Szostakowicza. Ale nie tylko. Słuchając jego utworów, jak na przykład Rapsodii na tematy mołdawskie, odnosimy wrażenie, że słuchamy utworu skomponowanego w konwencji szkół narodowych, tyle że wykorzystany tam folklor nie istnieje w szkole narodowej polskiej, rosyjskiej czy czeskiej. Jest to folklor żydowski. Ta muzyka co prawda zawiera elementy bliskie poszukiwaniom drugiej połowy XX wieku, jest jednak pisana w konwencji filharmonicznej. Właśnie dlatego znajduje słuchaczy i zdobyła niezłych wykonawców – dobrze się ją gra, jest często popisowa, ale nie nadmiernie trudna w tym sensie, żeby trzeba było „walczyć” z instrumentem. W ten sposób Wajnberg wszedł do repertuaru koncertowego.

 

Porozmawiajmy o jego losach, które miały wpływ na rozwój twórczości. Urodził się w Polsce – czy zachowały się dokumenty z czasów warszawskich?

Ze źródłami był problem. Dotarłam do rękopisu książki Davida Fanninga, który sięgnął do materiałów zebranych przez Pera Skanska. To on rozmawiał z wieloma osobami, które znały osobiście Wajnberga również w Polsce, między innymi z Ryszardem Sielickim (ojcem Edwarda), który z nim studiował, a także z Krzysztofem Meyerem, który znał osobiście kompozytora. Per Skansk przygotował materiał do książki, ale zmarł przedwcześnie, a to, co pozostało, przejął David Fanning. Z punktu widzenia obu muzykologów okres polski wcale nie był bardzo interesujący, ponieważ wówczas Wajnberg był pianistą, a komponować zaczął dopiero na Białorusi. Przy okazji padło stwierdzenie, którego się spodziewałam, że mimo szalejącego w Polsce antysemityzmu udało się Wajnbergowi skończyć studia. Stanęłam na głowie, aby je sprostować, bo akurat w Konserwatorium Warszawskim antysemityzmu nie było, co potwierdza między innymi Magdalena Dziadek, która właśnie ukończyła monografię Konserwatorium. Potwierdziła, że co trzeci student deklarował, że jest Żydem. Niestety nie udało się odnaleźć świadectw Wajnberga. W archiwach nie ma żadnych dokumentów, poza krótkimi wzmiankami. Udało mi się ustalić (dzięki Grzegorzowi Wiśniewskiemu), że kompozytor urodził się na ul. Żelaznej 66. Ten dom stoi do dziś (w książce zamieściłam fotografię). Udało się także ustalić, że rodzina należała do średniozamożnych. Ojciec był muzykiem, grywał w teatrach, a było ich wiele. I chyba był artystą cenionym, skoro w wytwórni płytowej Syrena odpowiadał za nagrania muzyki żydowskiej, których ukazywało się bardzo dużo.

 

Mieczysław Wajnberg oczywiście nauczył się grać i chodził z ojcem do teatrów. Opowiadał, że wspólnie grali, próbował nawet dyrygować. Wiadomo o dwóch koncertach, w których Wajnberg występował jako pianista. Kiedy skończył dwanaście lat, rodzice posłali go do prywatnej szkoły muzycznej prowadzonej przez nieznaną z imienia panią Matulewicz, a ona – dostrzegłszy wyjątkowy talent – poleciła Wajnberga Józefowi Turczyńskiemu, u którego uczył się w szkole średniej działającej przy Konserwatorium Warszawskim. Profesor Turczyński uważał go za najlepszego ucznia w pokoleniu po Witoldzie Małcużyńskim i gdyby nie sytuacja polityczna być może losy Wajnberga potoczyłyby się zupełnie inaczej. W 1939 roku przybył do Polski z koncertami Józef Hofmann, honorowy profesor warszawskiego konserwatorium. Turczyński przedstawił mu swojego najzdolniejszego studenta. Hofmann, zachwycony grą młodego Wajnberga, zaproponował mu dalsze studia w Curtis Institute w Filadelfii, którym kierował od 1938 roku. Obiecał pomoc w zdobyciu wizy, bo władze amerykańskie bardzo niechętnie przyznawały wówczas wizy europejskim Żydom. Nie zdążył jednak pokonać wielu trudności i Wajnberg nie wyjechał do USA. Dlatego 1 września 1939 roku był w Warszawie.

 

W tym momencie w życiu kompozytora – jak wyznał po latach – „zamknął się najlepszy i najszczęśliwszy” okres. Potem nastąpiła tułaczka i kolejny etap edukacji. Kto miał wpływ na jego osobowość artystyczną?

Z czteroosobowej rodziny Wajnberga ocalał tylko on. Jego pierwsza żona przedstawiła wersję, że cała rodzina uciekała z Warszawy, lecz złamany obcas siostry Estery spowodował, że rodzice zostali z nią na tyłach kolumny uchodźców i nie zdążyli na pociąg. Mieczysław zaś podążał z tłumem na wschód i to go uratowało. Niestety rodzice i siostra znaleźli się w łódzkim getcie, a stamtąd zostali przetransportowani do obozu w Trawnikach, gdzie zginęli. Wajnberg – podobnie jak wielu innych Polaków, którym udało się przejść na wschodnią stronę – został automatycznie obywatelem radzieckim i wtedy zmieniono mu imię z Mieczysława na Mojsieja. Ale to właściwe imię znajdujemy jeszcze na akcie zwolnienia go z więzienia na Łubiance w 1953 roku. Po dramatycznej tułaczce trafił do Mińska na Białorusi. Nie mógłby iść do wojska, bo miał gruźlicę kręgosłupa, był mały, chudy, a od wywózki na Sybir prawdopodobnie uratował go fakt, że podjął studia w konserwatorium muzycznym.

 

W ZSRR organizowano dekady kultury, aby pokazać, jak wspaniale rozwija się każdy region. Dekada taka na Białorusi była zaplanowana na rok 1941, chociaż nie było za bardzo czym się chwalić. Konserwatorium, pozbawione własnych artystów, mogło jedynie przedstawić grupę doskonale wykształconych muzyków po Konserwatorium Warszawskim. Było sporo chórmistrzów, pianistów, szczegółowo piszę o tym w mojej książce. W tej właśnie grupie był Mieczysław Wajnberg. Jego nauczycielem został sześćdziesięcioletni kompozytor, Wasilij Zołotariow. Gdyby został w Warszawie, byłby zapewne kompozytorem typu Petersburskiego lub Warsa. Grał w warszawskiej Adrii, teatrach, występował w kabarecie Qui Pro Quo, związany był z rozrywką, miał doświadczenie jako kompozytor i improwizator muzyki tanecznej. Jednak w jego dorobku znajdowało się również parę drobiazgów na kwartet smyczkowy. A skoro w Mińsku znalazł się klasie Zołotariowa, ucznia Rimskiego-Korsakowa, poszedł w inną stronę.

 

Mówimy cały czas o dramatycznych latach – trwa druga wojna światowa. Z Mińska Wajnberg musiał uciekać, przedostał się do Taszkientu…

W 1941 roku grał koncert dyplomowy w Mińsku i dosłownie następnego dnia Niemcy napadły na ZSRR. W związku z tym trzeba się było ewakuować. Ruszył z kolegą w drogę i dotarli do Taszkientu, dokąd ewakuowano między innymi Konserwatorium Leningradzkie. Udało mu się znaleźć pracę korepetytora w operze. Przebywał w Taszkiencie nielegalnie, ale doceniono jego umiejętności – był wspaniałym pianistą z ogromnym doświadczeniem. Gabriel Chmura, który teraz wprowadza dzieła Wajnberga na estrady, opowiadał mi, że tam właśnie jego ojciec śpiewał pod dyrekcją Wajnberga. Kompozytor pisał też muzykę do patriotycznych przedstawień. Dyrektorem Opery i Baletu w Taszkiencie został wtedy Salomon Michoels, z którego córką, Natalią Wowsi Michoels, Wajnberg się ożenił. Wszedł więc do jednej z najciekawszych artystycznie rodzin w owym czasie w ZSRR.

 

A jak znalazł się w Moskwie?

W Taszkiencie nawiązał sporo znajomości, między innymi poznał byłych asystentów Dymitra Szostakowicza. Jeden z nich po wykonaniu I Symfonii Wajnberga, zachwycony, napisał do Szostakowicza, a przez kolegów przekazał partyturę. I wtedy Szostakowicz zrobił coś, co się może wydawać niewiarygodne – wystąpił do władz o to, by pozwolono Wajnbergowi przyjechać do Moskwy. I udało się. Dzięki Szostakowiczowi wszedł w krąg elity radzieckich muzyków.

 

Wajnberg uciekał z Polski, a potem z Mińska przed nazizmem. Zamieszkał w Moskwie. Czy stamtąd nigdy nie chciał uciec?

W 1953 roku ożenił się i miał już rodzinę. Udawało mu się wiele razy uniknąć śmierci! Po raz pierwszy w 1939 roku podczas ucieczki z Warszawy; później opuszczając Mińsk, gdzie prawie cała orkiestra, żydowscy muzycy z Warszawy, została zamordowana przez Niemców; wreszcie śmierć groziła mu także wtedy, gdy z Taszkientu przyjechał do Moskwy. Tam właśnie, zanim w 1953 roku umarł Stalin, teść Wajnberga stał się ofiarą czystek antysemickich. Po koncercie, na którym Dawid Ojstrach grał jego Rapsodię mołdawską (w wersji na skrzypce z orkiestrą), kiedy w domu świętowali z przyjaciółmi, o drugiej w nocy przyszło NKWD i zabrało Wajnberga. Został oskarżony o żydowski nacjonalizm, a w owym czasie znalezienie się na Łubiance praktycznie oznaczało wyrok śmierci. Jednak uratował go zgon Stalina! I tu pomógł mu Szostakowicz, który wstawił się za nim u Woroszyłowa. Prawdopodobnie spowodowało to, że w połowie kwietnia wyszedł z więzienia. Wajnberg  wszedł do rodziny, która była bardzo silnie związana ze środowiskiem żydowskim. Kuzyn teścia był jednym z najbardziej znanych lekarzy radzieckich, a jego szwagierka mówiła, że z siostrą każdego dnia spodziewały się aresztowania. Byli więc zaskoczeni, kiedy NKWD zabrało nie córki, ale zięcia Michoelsa.

 

Tym bardziej się dziwię, że mając już pozycję wśród muzyków i nie tylko, nie próbował uciekać.

W Polsce nie miał już rodziny.

 

A na Zachód?

Widocznie nie chciał, chociaż jego pierwsza żona w 1970 roku opuściła Moskwę i wyjechała do Izraela. 

 

Dymitr Szostakowicz pomagał mu, ale czy znaleźli porozumienie na niwie muzycznej?

Wajnberg był podobno bardzo sympatycznym człowiekiem. Szostakowicz świetnie się z nim czuł, bardzo często grywali na cztery ręce. I kiedy Szostakowicz miał wykonać jakiś utwór na przesłuchaniach, to prosił, żeby towarzyszył mu Wajnberg. Miał do niego ogromne zaufanie. Myślę, że lubili się również prywatnie.

 

Czy w Moskwie Wajnberg był związany z jakąś instytucją muzyczną?

Nie miał żadnej etatowej pracy, nie uczył w żadnej szkole, robił to, co wielu innych kompozytorów: pisał muzykę do teatru i cyrku. Dowiedziałam się, że to właśnie współpraca z cyrkiem była najbardziej lukratywna. Komponował także muzykę do filmów, jest między innymi autorem muzyki do filmu Lecą żurawie. Utarło się powiedzenie, że kompozytorzy radzieccy byli przez państwo rozpuszczeni i mieli dużo pieniędzy. Nie! Jeśli czyjeś utwory były wykonywane, to autor otrzymywał z tego tytułu tantiemy, a utwory Wajnberga były grywane bardzo rzadko. Dotarłam do spisu, który pokazuje, że często jego muzyka była przedstawiana w Leningradzie i że była to muzyka filmowa. Wajnberg – podobnie jak twórcy muzyki filmowej w USA czy jak w ZSRR, na przykład Szostakowicz i Prokofiew – przygotowywał suity złożone z kompozycji napisanych do filmów i to one były wykonywane na estradzie.

 

Rozumiem, że skoro Wajnberg nie był związany z żadną instytucją, działał dość ekspansywnie jako kompozytor?

Otóż nie. Mówiła o tym jego żona, a także Krzysztof Meyer. Interesowało go tylko samo pisanie, był przykładem typowego muzyka przedwojennej Warszawy. Utrzymywał się dzięki różnym zamówieniom. Jego druga żona tak opisywała zaabsorbowanie męża: „Pracuje cały czas we dnie i w nocy. […] Nawet kiedy śpi, też pracuje, bo gdy zasypia, jego place bezwiednie coś wystukują, czasami jeszcze na kołdrze, jakby uderzał w klawisze fortepianu. […] Kiedy zaś zdarzy się, że po ukończeniu jakiegoś utworu przez dwa tygodnie nie zacznie nowego, to wpada w depresję i zamartwia się, że przestał być kompozytorem”. Efektem takiego komponowania stały się sto pięćdziesiąt cztery utwory opusowane oraz kilkadziesiąt typowo zarobkowych prac dla filmu, cyrku i radia.

 

Odnoszę wrażenie, że Wajnberg żył w izolacji.

W pewnym sensie rzeczywiście była to izolacja. Teraz giniemy w zalewie informacji, a wówczas ludzie – proszę o tym pamiętać – byli od nich odcięci. Żelazna kurtyna była skuteczna.

 

Do Polski, oprócz wizyty na festiwalu Warszawska Jesień, chyba nie przyjeżdżał?

Na Warszawskiej Jesieni był raz, w 1966 roku. Z dawnych kolegów nikt oprócz Zbigniewa Turskiego nie chciał się z nim kontaktować. Poza tym Wajnberg zobaczył zupełnie inne miasto niż to, które zapamiętał i z którego uciekał w 1939 roku.

 

Dlaczego nazwała pani Wajnberga kompozytorem trzech światów?

Wychował się w świecie muzyki żydowskiej przedwojennej Warszawy – to był jego pierwszy świat. Jako pianista wniknął w muzykę europejską: Bacha, Beethovena, Chopina, ale nie sądzę, aby zajmował się nową muzyką, chociaż grał utwory Turskiego i Panufnika. To był ten drugi świat. Potem doszła tradycja rosyjska, którą przekazał mu Zołotariow. Te trzy światy nałożyły się na siebie.

 

Wajnberg żył w Moskwie i tam zmarł. A co z jego spuścizną? Pozostała w Moskwie?

David Fanning potwierdza, że jego partytury są częściowo zdeponowane w Szwecji u pana Parsonsa, a jeśli chodzi o wykonania, Wajnberg ma sporą grupę entuzjastów w Europie Północnej i Zachodniej. Od 2003 roku w angielskiej firmie Chandos ukazały się symfonie nagrane przez Gabriela Chmurę z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia, a także z muzykami szwedzkimi. Francusko-belgijski Quatuor Danel zarejestrował dla niemieckiej firmy CPO wszystkie kwartety smyczkowe, w Londynie wytwórnia Toccata Classics podjęła się wydania kompletu pieśni. Kompozytor trafił do katalogu firmy Naxos między innymi dzięki nagraniom VIII Symfonii „Kwiaty polskie” w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita.

 

Pamiętam, jak tę symfonię przygotował w Warszawie Kazimierz Kord…

W życiu Wajnberga były bardzo ważne dwie postaci. Mentorem muzycznym był Dymitr Szostakowicz, a w pozostałych sferach – właśnie autor Kwiatów polskich, Julian Tuwim. Kompozytor pozostawił wiele pieśni do tekstów rosyjskich i do wierszy Tuwima.

 

Odbieram Wajnbrga jako postać dramatyczną. A czy on sam czuł się spełniony jako kompozytor, muzyk?

Nie pozostawił po sobie wielu tekstów. Istnieją trzy wywiady. W jednym z nich mówił, że było strasznie ciężko, ale czuł, że był spełniony, ponieważ mógł komponować, a ludzie z kręgu jego przyjaciół wykonywali tę muzykę. To było dla niego ważne. 

 

Rozmawiała Anna Skulska

 

Danuta Gwizdalanka – muzykolog i filolog angielski, była wykładowcą w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, a także na University of Michigan. Wprowadziła do polskiego piśmiennictwa muzycznego tematykę ekologii muzyki i analizy genderowej. Jest autorką kilkunastu książek muzycznych, w tym Przewodnika po muzyce kameralnej, i podręczników szkolnych, haseł w Encyklopedii Muzycznej PWM oraz felietonów w „Ruchu Muzycznym”. Wspólnie z mężem, Krzysztofem Meyerem, napisała dwutomową biografię Witolda Lutosławskiego.