Wydanie: MWM 08/2014

Czas na OUTDOOR-IMPROV!

Article_more
Cały ten jazz, głosi winietka u góry tej strony. All that jazz, cały ten zgiełk, krzyczy tytuł filmu Boba Fosse’a z 1979 roku. Jazz jest uważany za muzykę miejską i – jak wielka metropolia, która nigdy nie zasypia – daje energię, ale też potrafi ją odebrać. W jakim otoczeniu dźwiękowym możemy, biorąc przykład z muzyków jazzowych, podładować akumulatory, pocerować zszarpane nerwy i uspokoić skołatane serca? Poszukajmy odpowiedzi.

Myli się, kto sądzi, że to improwizatorskie popisy Charliego Parkera są źródłem jego ornitologicznego pseudonimu. Może i budziły one u współczesnych skojarzenia z ptasimi trelami, jednak zanim do genialnego saksofonisty przylgnęło krótkie określenie Bird, był on zwany Yardbirdem, czyli takim gatunkiem ptaszka, który fruwa głównie po więziennym spacerniaku. Parker przystał raczej na tę onomastykę, skoro tytułował swoje utwory Yardbird Suite czy Ornithology, jednak sam szukał inspiracji raczej w twórczości Varèse’a i Schönberga, a sielskie pejzaże wpływały na niego, owszem, lecz w postaci przetworzonej przez francuskich impresjonistów.

Jak wobec tego nasza legenda saksofonu, która jeszcze na okładce płyty z Newport z 1958 roku jest Janem Wróblewskim, stała się Ptaszynem? Podobno autorem pseudonimu (w pierwotnej wersji brzmiącego Ptaszyna) jest sam Krzysztof Komeda, który chciał odróżnić dwóch Janków grających w jego zespole. Gwoli ścisłości odnotujmy, że drugi z nich, perkusista Jan Zylber, został nazwany Marganiją. Kreatywny duch nie opuszczał Komedy ani na chwilę.

Jeszcze dwa ptasie wątki obowiązkowo należy odnotować. Pierwszym z nich jest płyta kontrabasisty Dave’a Hollanda nagrana w 1972 roku z Anthonym Braxtonem, Samem Riversem i Barrym Altschulem. Jej wielce inspirujący tytuł Conference of the Birds powstał podobno podczas porannej obserwacji ptaków przysiadających za oknem. Głosy ptaków – to splatające się ze sobą, to znów kontrapunktujące się nawzajem – owszem, mogą kojarzyć się z free jazzem, w którym zawęźlenia dwóch niezależnych, wyimprowizowanych linii melodycznych bywają tym bardziej wstrząsające, że następują przypadkiem. „Ptasia” płyta Dave’a Hollanda po trzydziestu z górą latach od wydania wciąż uchodzi za jeden z kamieni milowych w historii jazzowych przekroczeń.

Mikołaj Trzaska opowiedział nam niegdyś ciekawą historię. Otóż usłyszał od kogoś, że pewien gatunek ptaków charakteryzuje się dziwną cechą – ponoć śpiew innych osobników tego samego gatunku słyszą one wyłącznie wtedy, kiedy same śpiewają. Do tej pory nie udało mi się zweryfikować tej informacji, ale nawet jeśli jest ona wyssana z palca, brzmi jak gotowa koncepcja pozwalająca przy odpowiednim nastawieniu konstruować misterne i wielopiętrowe kakofoniczne struktury.

Zresztą nie kto inny, ale Mikołaj Trzaska jest jednym z nielicznych polskich improwizatorów, którzy przynajmniej eksperymentowali z ideą dźwiękowej ekologii. Płyta Danziger Straßenmusik została zarejestrowana podczas występu tria Oleś/Trzaska/Oleś na gdańskim Długim Pobrzeżu i zawiera nie tylko utwór Gołębie wieczorem, lecz także kompletny miejski pejzaż dźwiękowy z klaksonami, dzwonkami rowerów i stukotem obcasów na bruku.

Członkowie szwajcarskiego tria Steamboat Switzerland ustawili kiedyś na pastwisku (na wysokości dwóch tysięcy pięciuset metrów nad poziomem morza) ścianę wzmacniaczy, organy Hammonda i zestaw perkusyjny, nastroili bas. Lawina decybeli gruchnęła i przetoczyła się przez alpejskie hale. Co z tego wynikło? Ano niewiele. Ośmioro słuchaczy ludzkiego gatunku zatkało uszy, a stado złożone z trzystu krów gapiło się jak cielę na malowane wrota. Być może też jakaś konferencja ptaków została przerwana nagłym łopotem. Sami muzycy nie mają mistycznych wspomnień związanych z tym wydarzeniem, została barwna anegdotka, ot co.

Kiedy muzyk (nieważne – amator czy profesjonalista) wkracza z instrumentem (a niechby i własnym głosem) w homeostatyczny dźwiękowy pejzaż, ma do wyboru dwie strategie: pierwszą, nazwijmy ją umownie starotestamentową („pan stworzenia”), i drugą – franciszkańską („bracie wilku”). Członkowie Steamboat Switzerland najprawdopodobniej dążyli do dominacji. Nawet japoński trębacz Toshinori Kondō, mimo że przesiąknięty zen, kiedy ustawiał swoje elektroniczne zabawki na pustyni, kierował się dość pierwotną intencją pokrycia jak największego terytorium w ł a s n ą falą dźwiękową. Jednak jakakolwiek próba dominacji jednego osobnika gatunku homo sapiens nad naturą jest z góry skazana na porażkę – może właśnie na tym polega mądrość Kondō. Oddech trębacza kiedyś się wyczerpie, pustynia zostanie, a nad nią zamrze ostatnie echo najdłuższego nawet dźwięku.

Po drugiej stronie stoją muzycy wtapiający się w pejzaż lub zmagający się z nim za pomocą siły własnych płuc i pudeł rezonansowych akustycznych instrumentów: Sonny Rollins z saksofonem na moście Williamsburg w miejskim zgiełku, Trzaska nad Motławą, muzycy tria Tupika na warszawskim trotuarze czy wreszcie jeden z jego członków, Patryk Zakrocki, na kajaku, na środku jeziora z fujarką i minidiskiem. Albo ten sam Patryk Zakrocki z mbirą – siedzimy z nim w trawie na górce saneczkowej na Ursynowie – obrazek sprzed lat. I gęsia skórka, którą mam, kiedy słyszę, jak półprzezroczyste dźwięki mbiry mieszają się z nawoływaniami bawiącej się dzieciarni.

„Im prostszy instrument, tym krótsza droga do ekstazy”, twierdzi Patryk Zakrocki, i właśnie takich wakacji chciałbym Państwu życzyć, choćby miały trwać tylko pół godziny. Zabierzcie jakiś mały, tani instrument i wybierzcie się w miejsce, gdzie matka natura głośno daje o sobie znać. Spróbujcie wkomponować kilka własnych dźwięków w tę symfonię. Ja na pewno to zrobię.