Wydanie: MWM 08/2014

Dzisiaj zaczyna się tu sezon

Article_more
Cieplice w lipcu 1816 roku, koncert na rzecz ubogich – na estradzie „muzyk z gitarą i rosyjski oficer bez nogi, obaj ogromnie spoceni”, na widowni księżna Izabela Czartoryska, na wpół ugotowana i błagająca w duchu, żeby przestali już grać. Sezon w „badach” bywał męczący.

Mimo to wypadało spędzać letnie miesiące „u wód”, żeby podtrzymać delikatne zdrowie (wiadomo, im wyższe urodzenie, tym słabsza konstytucja) i zawrzeć nowe, cenne znajomości. Dolny Śląsk wabił gości zdrojami już w XIII wieku, a Cieplice i Lądek odwiedzały nawet koronowane głowy. Skoro były dość dobre dla kapryśnej królowej Marysieńki, pruskich monarchów, cara Aleksandra I czy przyszłego prezydenta USA Johna Q. Adamsa, to i reszta kuracjuszy musiała się czuć usatysfakcjonowana. Z miejsca czuli się lepiej.

Walc w basenie
Hugo Kołłątaj twierdził, że cieplickie wody pomogły mu na podagrę, i w liście do prawnika Franciszka Barssa, wysłanym w październiku 1792 roku pisał, jakoby zdrowie „dopiero w Warbrunn [Cieplicach] odzyskał. Teraz przecież mogę chodzić i jestem nieco rzeźwiejszy”.

Z kolei Johann Wolfgang Goethe, mało poetyczna mękoła z podagrą i problemami natury emocjonalnej (wiecznie zakochany, w kilku kobietach jednocześnie), uznał, że „wody tutejsze są wyśmienite, nie tylko na moją chorobę, w której znaczną ulgę czuję, ale nadto na wzmocnienie żołądka”.

Nie ma powodów, żeby im nie wierzyć, choć opis cieplickich kąpieli w leczniczych wodach autorstwa Anny Nakwaskiej, pisarki z Warszawy, która Warbrunn odwiedziła w 1844 roku, może przyprawić o ciężką chorobę: ścisk w basenach, zanieczyszczona woda, duszne, przesycone siarką powietrze, „wszystko to przypomina czyściec i zaiste mało powabu mieć może”. Księżna Izabela Czartoryska, która pluskała się w Cieplicach prawie trzydzieści lat wcześniej, twierdziła, że nie było tak źle. Szczególnie gdy zdarzyło się, że w basenie moczyło się mało kobiet, więc księżna zaproponowała damom, żeby w wodzie zatańczyły walca. Ona sama śpiewała i „udawała orkiestrę”, co wprawiło towarzystwo w zachwyt. Wprawdzie panny wstydziły się brać udział w tych pląsach, ale wdowy „które prawdopodobnie nie uczęszczają już na bale, przyklasnęły temu z całej siły” i walcowały, ile sił było we wszystkich kończynach.

Kąpiele znacznie więcej powabu miały w Lądku, szczególnie dla tych, którzy od wody trzymali się z daleka, a właściwie z wysoka. Osobliwością uzdrowiska był zwyczaj zażywania wspólnych kąpieli przez kobiety i mężczyzn w jednym basenie, co można było obserwować (i komentować!) z galerii. Żeby się nie narazić stróżom obyczajności, mężczyźni zakładali „porządny szlafrok albo długie bluzki, spodnie, kamizelki i szlafmyce uszyte z płótna konopianego, barchanu albo drelichu”. Kobiety za to nosiły „suknie, gorset i rodzaj czepku nocnego lub inne stosowne ozdoby głowy”. Skraj sukni obciążało kilka sztuk ołowiu o wadze półtora funta, aby „suknia w basenie opadała na dół i ażeby woda jej nie unosiła”. 

Muzyka paskudzi
Kto nie miał przyjemności w oglądaniu dam w mokrych koszulkach i w ogóle żadne romanse oraz flirty go nie interesowały, ten mógł się oddać przyjemnościom „dla duszy”. Karol Bołoz Antoniewicz, który Lądek oglądał w 1837 roku, jeszcze jako człowiek świecki (dwa lata później, pochowawszy młodą żonę i piątkę dzieci, wstąpił do jezuitów i został słynnym kaznodzieją), zachwycił się, że w uzdrowisku przywitała go orkiestra dęta. „Woń kwiatów, w klombach jakby bukietach po trawniku rozrzuconych, i harmonijne dźwięki muzyki, zmieszane z wesołymi głosami i śmiechem przechadzających się, napełniały powietrze. Zdrój życie dający wił się miłośnie pomiędzy nas, a szmer jego był to śpiew dobroczynnej najady, cierpiącą ludzkość do swych brzegów wabiącej i zdrowie w czystych wód kryształach rozdającej” – cieszył się Antoniewicz.

Z tym śpiewem najady troszkę przesadził, z wód kryształami też, ale faktycznie wszyscy pili „pod muzyczkę”. A ocena jej jakości w dużym stopniu zależała od stopnia muzykalności kuracjusza. Jeśli przyjechał tak wymagający gość jak Fryderyk Chopin – nic to, że nastoletni – nie warto było oczekiwać dobrej reklamy. Zjawił się w Dusznikach w 1826 roku, razem z siostrami – Ludwiką i słabowitą, zagrożoną gruźlicą Emilią. Po dwóch tygodniach picia serwatki i wody miał „niby tyć” i lepiej wyglądać, ale za to zapadł na uszy. „Rano, najpóźniej o godzinie 6, już wszyscy chorzy przy zrzodle; tu dopiero kiepska dęta muzyka – z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, na czele których fagocista, chudy, z osiodłanym, zatabaczonym nosem, przestrasza wszystkie damy, co się koni boją, przygrywa wolno spacerującym Kurgaestom (niem. kuracjuszom)” – pisał Chopin w liście do przyjaciela, Wilhelma Kolberga, późniejszego inżyniera, kartografa i hydrografa.

Skarżył się też, że taka przechadzka z kubeczkiem i fagocistą trwa dwie godziny, następnie jest przerwa na śniadanie, zajęcia własne i obiad, a potem znowu to samo. „Po obiedzie zazwyczaj jeszcze większa maskarada niż rano, bo każdy wystrojony, każdy w innym niż rano pokazuje się kostiumie! Znów muzyka paskudzi, a tak chodzi się już do samego wieczora” – wyzłośliwiał się Fryderyk.

Nie ma się co dziwić tej frustracji, bo w liście do Józefa Elsnera nie ukrywał, że wszystkie piękności Dusznik i Śląska nie mogą mu zastąpić jednego: dobrego fortepianu. „A instrumenty, które widziałem sprawiają mi więcej przykrości niż przyjemności; na szczęście ta męczarnia nie potrwa już długo, pora naszego pożegnania się z Dusznikami zbliża się” – pisał Chopin.

Klient nasz pan
W zasadzie jednak wszystkie życzenia kuracjuszy starano się spełnić. Od maja do sierpnia w uzdrowiskach i miejscowościach wczasowych Dolnego Śląska obowiązywała specjalna taksa kuracyjna. Goście słono płacili, ale i dużo wymagali. W trosce o ich nadwątlone nerwy władze policyjne wydały w 1867 roku zakaz trzaskania batem na terenie dusznickiego uzdrowiska, a w 1876 roku usiłowały zabronić damom przechadzania się po parkowych alejach w sukniach z długimi trenami. Po to, żeby zachować czystość powietrza, bo treny wzniecały tumany pyłu. Jak na to zareagowały kuracjuszki – nie wiadomo.

Gdyby jednak ktoś dostał pylicy, mógł ratować swe zdrowie kuracjami mleczno-żętycowymi, polecanymi przez Instytut Serwatkowy ze Szczawna. W XIX wieku utrzymywano w okolicach tego uzdrowiska stado złożone z osiemdziesięciu osłów, stu pięćdziesięciu krów, trzystu owiec galicyjskich i sześciuset kóz. Było więc z czego ciągnąć.

Miło pomyśleć, że wśród cudzoziemskich kuracjuszy najwięcej było Polaków! „Nie masz zakątka dawnej Rzeczypospolitej, która by kontyngentu swego nie dostawiła” – pisał ze Szczawna w 1857 roku korespondent krakowskiego „Czasu”. Dyrekcje uzdrowisk wydawały osobne prospekty w języku polskim, a czytelnie zdrojowe zaopatrywano w polską prasę.

Lato w mieście
Wydaje się jednak, że mimo wszystko lato w mieście mogło być przyjemniejsze. We Wrocławiu tym bardziej, bo w kategorii „rozrywka” miasto wygrywało z uzdrowiskami. Muzyka, piwo i mnóstwo okazji do spotkań towarzyskich. W dość nudnym sezonie 1852 roku zorganizowano imprezy dla przedsiębiorców, tropicieli osobliwości, miłośników sztuk wszelakich i piwa.

Najpierw zwiedzanie wystawy „przemysłu i wyrobów prowincji Śląska”, gdzie na honorowym miejscu pokazywano rodzime płótna, odznaczające się „cienkością i pięknością”. A przynajmniej krakowski „Czas” wystawił im taką recenzję. To akurat nikogo nie dziwiło, bo Dolny Śląsk był już od czasów średniowiecza mekką tkaczy. A w koszulach ze śląskiego płótna podbijano Dziki Zachód. Choć w XIX wieku śląski przemysł tkacki zaczął się załamywać, na światowej wystawie w Londynie wyroby z fabryki należącej do Meyera Kauffmanna ze Świdnicy pobiły jakością produkty angielskie, mimo że wyprodukowano je na ręcznych warsztatach tkackich.

Potem wizyta w teatrze letnim Ogrodu Zimowego Krolla. Świeżo otwarty, mieścił się w okolicy dzisiejszej ul. Szczytnickiej. Miał dwie zalety: wystawiał „krotochwilne sztuki” i przyjmował widzów złaknionych nie tylko duchowej strawy. „Wolność palenia cygar, pożywania chłodników, picia kawy lub piwa podczas reprezentacji ma pewien pociąg, który w krótkim czasie może teatrowi dość liczną przyswoić publiczność” – prorokował „Czas” (i trafił).

Wreszcie wieczór w cyrku Rentza. „Ludzie małą tu grają rolę, konie główną. (...) Klacz Arabeska i ogier Macdonald tańcują polkę z taką gracją, z jaką niejeden tancerz lub tancerka poszczycić się nie są wstanie” – twierdził „Czas”.

A nocą „piękne spacery, których tyle we Wrocławiu, i wszędzie grające muzyki”. Po co wyjeżdżać? „Muzyka w Mieście” to jest to, co najlepsze!